Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po francusku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po francusku. Pokaż wszystkie posty

26 maja 2011

Hara-Kiri, Journal bête et méchant

"Czasopismo głupie i złośliwe" - tak brzmiał podtytuł Hara-Kiri, magazynu satyrycznego ukazującego się we Francji w latach 1960-1985. Przez dwie i pół dekady bezlitośnie obśmiewało ono wszystkich i wszystko, co się dało, w pełni korzystając z wolności słowa. Ostentacyjną wulgarnością i poziomem prezentowanego humoru przypominał trochę nasze NIE, jednak w przeciwieństwie do tygodnika Urbana nie reprezentował żadnej opcji politycznej. Jego filozofia sprowadzała się do sentencji, jaką w filmie Horse Feathers wyspiewuje Groucho Marx: "Whatever It Is, I'm Against It!”. Tak jak Monty Python w Anglii, tak Hara-Kiri we Francji stał się synonimem totalnej anarchii, dla której nie istnieją żadne świętości. Notabene, redaktorzy Hara-Kiri zasłużyli na miano obrazoburców znacznie bardziej niż kultowi angielscy komicy, którzy wystrzegali się kpienia z religijnych symboli. Paryscy złośliwcy nie mieli podobnych skrupułów.

Subiektywny Top 10 najbardziej ofensywnych okładek:

"Chciałam go porzucić, ale on nie chciał"


"Uprawiajcie grzyby"


"Upośledzeni fizycznie są takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni"


"Armia daje wam pracę"


"Jackie ociera łzy"


"Czerwiec 1940 - to były czasy!"


"Czy można zrobić się na brąz bez słońca?"


"Zostań poszukiwaczką złota"


"NIE dla aborcji. Pozwólcie im żyć!"


SPECJALNY NUMER ŚWIĄTECZNY:

Święta Dziewica: "Zrobiłam sobie aborcję!"

15 maja 2011

Komiksowy Cytat Tygodnia - Corto Maltese, Tom 10: Tango

Polskie akcenty w zachodnich komiksach pojawiają się tak rzadko, że jak dotad nikomu chyba nie przyszło do głowy ich tropienie. Po co bowiem przygnębiać się własną nieobecnością, uświadamiając sobie z żalem, że nikogo nie interesujemy? Oczywiście od każdej reguły są wyjątki i z marszu można wymienić przynajmniej trzy. Ten najważniejszy to oczywiście Maus Arta Spiegelmana, gdzie przybraliśmy niezbyt chwalebną postać świń. Ta personifikacja stała się niegdyś powodem oburzenia co niektórych, tymczasem z rozwoju wypadków wyraźnie wynika, że nie była wcale najgorszą z możliwych. Przede wszystkim, świnia może być uznana za zwierzę całkiem sympatyczne. Ponadto w czasach wielkiej inwazji kotów i zorganizowanych przez nich obozów zagłady znacznie bezpieczniej było tłuścioszkom niż chudym myszkom (takim jak sam bohater). Już w ludzkiej postaci, lecz wciąż w okresie II Wojny Światowej, byli Polacy świadkami interwencji samego Człowieka ze Stali w historii Superman: Time and Time Again. Niestety, rzucany z jednej epoki historycznej w drugą bohater nie miał możliwości pokonać III Rzeszy w pojedynkę. Udało mu się co prawda uratować tysiąc ludzi, lecz cóż to jest przy milionowych stratach?
Wydaje się, że zawsze łączeni będziemy z martyrologią, nawet kiedy zagraniczni twórcy zdecydują się sportretować bardziej odległą przeszłość. Tak dzieje się w mandze Aż do nieba. Tajemnicza historia Polski. Pani Riyoko Ikeda, specjalistka od historycznych wyciskaczy łez (Róża z Wersalu), dostrzegła w okresie rozbiorów i późniejszych wojen napoleońskich idealne tło dla tragicznego romansu, którego bohaterem jest sam książę Józef Poniatowski. Czytając o jego burzliwych losach, nie sposób nie uronić również łezki nad umęczoną, gnębioną przez zaborców Rzeczposplitą.
W tym elitarnym gronie "polonicum" zgoła nietypową pozycję zajmuje dziesiaty tom Corto Maltese, wybitnej włoskiej serii, rozgrywajacej się na początku XX wieku. Choć w tym okresie Polacy byli wciąż pod jarzmem obcego panowania, nie pozwalali o sobie zapomnieć, i jak się okazuje, nie tylko w tym pozytywnym sensie, jako laureaci Nagrody Nobla z zakresu fizyki (Maria Skłodowska-Curie) czy literatury (Henryk Sienkiewicz). Niektórzy wykazywali przedsiębiorczość w znacznie mniej chwalebnych dziedzinach, o czym przekonuje poniższy dialog z początku albumu Tango. Zarys fabuły: Corto zjawia się w Argentynie, by odnaleźć swoją przyjaciółkę, Luise Brookszowyc...


Corto Maltese: Powiedz, Fosforito, nie znasz przypadkiem stowarzyszenia o nazwie "Warsavia"?
Fosforito: Warsavia? Zamierzasz igrać z ogniem!

Corto Maltese: Dlaczego?
Fosforito: Warsavia to parawan przestępczej siatki.

Fosforito: Owo stowarzyszenie wzajemnej pomocy, założone na początku wieku na mocy prawa z 1901 roku, nie jest niczym innym niż zbieraniną rajfurów.
Corto Maltese: Skąd nazwa Warsavia?

Fosforito: Ponieważ prawie wszyscy mają polskie korzenie, co nie oznacza, że wszyscy imigranci z Polski zajmują się prostytucją.* Stowarzyszenie liczy sobie około 300 członków, którzy kontrolują 3000 burdeli, gdzie pracuje 30 000 dziewcząt.
Większość z nich to Żydówki, zwiedzione fałszywymi propozycjami małżeństwa...

* Uff... Kamień spadł mi z serca!
Fosforito: ...które przywieziono tutaj, do Buenos Aires i Rosario. Znajdują się tu również włoscy rajfurzy, hiszpańscy sutenerzy i francuscy alfonsi, wyrywający sobie strefy wpływów. Skąd to pytanie?
Corto Maltese: Znałem dziewczynę, która przyjechała tutaj, by pracować dla tych ludzi.

Fosforito: Ach... To nie będzie proste. Te środowisko ma swoje ścisłe prawa. Kiedy dziewczyny się buntują, zostają wysłane na południe albo znikają. Znasz jej adres?
Corto Maltese: Nie.

Odszukanie Louise nie będzie prostym zadaniem. Corto jeszcze nie domyśla się, na jakie niebezpieczeństwo naraża się, wchodząc w drogę demonicznemu stowarzyszeniu Warsavia! Choć trzymałem za niego kciuki, miałem zarazem cichą satysfakcję, że po raz pierwszy przypada nam rola czarnych charakterów. Nie udało mi się niestety odszukać informacji o tej przestępczej organizacji. Z wiadomych wzgledów nie wspominają o niej w podręcznikach. Ufam jednak Hugo Prattowi, który już nie raz dał się poznać jako rzetelny i wnikliwy badacz tego wyjatkowo burzliwego okresu w dziejach...

30 sierpnia 2010

Katia (1959) – Car, moja miłość

Nie mamy dobrych doświadczeń z carską Rosją. Co prawda przez cały XIX wiek stanowiliśmy część Imperium, ale najwyraźniej nie chcieliśmy tego faktu zaakceptować. Świadczą nie tylko kolejne desperackie próby odzyskania niepodległości, ale i ówczesna literatura, utrwalająca negatywny obraz ciemiężcy, chyba ważniejsza dla naszej zbiorowej świadomości niż wszystkie nieudane zrywy narodowe. Wystarczy sięgnąć po Mickiewicza, który dla Rosji nie ma litości, zwłaszcza w Dziadach: piękne miasto Petersburg oskarża o brak gustu, zaś największym bluźnierstwem, jakie wkłada w usta Konradowi, jest porównanie Boga do cara! Nic dziwnego, że po tej lekturze wobec żadnego z przedstawicieli rosyjskich monarchów nie możemy żywić ciepłych uczuć.

Co innego Francuzi, którzy z władcami Rosji utrzymywali pozytywne stosunki i mieli powody, by opłakiwać koniec dynastii Romanowów. O ich sympatii względem carów świadczy dobitnie film Katia, powstały pod koniec lat 50. Jego treścią jest namiętny romans Aleksandra II z młodą arystokratką, wyniesioną do rangi pierwszej faworyty (z perspektywą zostania carycą, do czego niestety nie dochodzi). Aleksander II ukazany zostaje jako mądry, przenikliwy władca, który pragnie polepszyć dolę ludu. Niestety, na drodze realizacji zaplanowanych przez niego reform socjalnych stają ministrowie, myśląca wyłącznie o własnych interesach. Ileż dobrego dokonałby car, gdyby nie ta banda pochlebców i obłudników! Niestety, o jego szlachetności nie wie tajna rada rewolucjonistów, której idee socjalizmu uderzyły do głowy, popychając do czynów desperackich, takich jak próba zamachu na znienawidzonego władcę…

Rewolucyjne wrzenie, śmiertelne niebezpieczne dla monarchii, okazuje się zbawienne dla samego filmu, który jako melodramat mógłby okazać się za mało dramatyczny. Romans bohaterów nie napotyka zbyt wielu przeszkód. On ją kocha, zaś ona jego, obydwoje są piękni i czarujący, a różnica wieku nie przeszkadza. Ministrowie szemrzą, ale ostatecznie romans Aleksandra nie kłopocze ich w takim stopniu, jak jego miłość do ludu. Nawet schorowana caryca akceptuje nową kochankę męża i na łożu śmierci wyznacza ją na swą następczynią. Ciąg dalszy mógłby być romantyczną idyllą, gdyby nie ta przeklęta polityka. Zamachy na Aleksandra powtarzają się i choć on sam zachowuje godne podziwu opanowanie, nie zmienia to faktu, że jego życie wisi na włosku. Chyba że wprowadzi na czas satysfakcjonujące dla rewolucjonistów reformy. Czy jednak pozwolą mu na to interesowni ministrowie?

Po filmie Roberta Siodmaka spodziewałem się po prostu romansu z wyższych sfer, tymczasem otrzymałem znacznie więcej. Co prawda para amantów jest nie do pogardzenia. Curd Jürgens, niemiecki aktor bardzo chętnie obsadzany we francuskich produkcjach, jak mało kto nadaje się do ról twardych i szlachetnych władców (a także dzielnych wojaków). Romy Schneider specjalizowała się w tym okresie w rolach młodych dziewcząt, które swym wdziękiem podbijają serca osób u władzy: królów, cesarzy, carów... Curd i Romy doskonale się prezentują, tak że nietrudno uwierzyć w ich ekranową miłość. Jednak kolejna po tetralogii Sissi miłosna historia z wyższych sfer bardzo łatwo mogłaby znudzić widza, gdyby nie zastrzyk napięcia pod postacią rewolucjonistów. Choć są ewidentnym zagrożeniem, film unika ich potępienia. Cele przecież mają słuszne, tylko te ich metody… Gdyby tylko wiedzieli, że car dobrze im życzy i należy raczej zabrać się za osoby z jego gabinetu!

Pomimo dość drastycznego finału, wymowa całości okazuje się zaskakująco pojednawcza. Twórcom udaje się zarówno poprzeć postępowe hasła, jak i zachować honor i splendor Jego Majestatu. A jednak Katia przekona do siebie głównie konserwatystów, ponieważ przede wszystkim jest wyrazem sentymentu za bezpowrotnie minioną epoką, za jej świetnością i blichtrem, za pięknymi kobietami w zachwycających sukniach oraz przystojnymi mężczyznami w świetnie skrojonych mundurach. Tęsknoty za dawną mocarstwowością. I choć ta nigdy nie była naszym udziałem, bardzo przyjemnie jest zapomnieć o tym na czas seansu i przez półtorej godziny pławić się w luksusach carskiego dworu.

Фото:

Car Aleksander II oraz jego syn,
poirytowani ślamazarnością rządu


Wdzięczna heroina


Car i Katia bratający się z ludem


Jej pierwszy bal


To właśnie miłość!


XIX wieczna Rosja to okres wielu krwawych pojedynków


Jednak car powinien obawiać się raczej Komitetu Rewolucyjnego…


… który z maniakalnym uporem przygotowuje kolejne zamachy
(tutaj: bombowy)


Pełna złych przeczuć Katia żegna ukochanego.
Czy zobaczy go jeszcze żywego?!?

18 sierpnia 2010

Komiksowy Cytat Tygodnia - Vasco, Tom 15: Le fantôme de Bruges

Pierwszorzędna seria historyczna Vasco nie miała u nas szczęścia. Na początku lat 90. Pegasusowi udało się co prawda wydać dwa pierwsze albumów, ale na tym się skończyło i nikt już nie podjął rękawicy, nawet potężny Egmont. Tymczasem we Francji i Hiszpanii seria wychodzi w najlepsze, licząc już ponad dwadzieścia tomów. Poniższy fragment pochodzi z piętnastego, pt. Widmo z Brugii. Vasco Baglioni, siostrzeniec majętnego włoskiego bankiera, zdążył już przeżyć masę przygód, nie tylko na terenie Europy, ale i w dalekiej Azji. Ma więc o czym opowiadać kompanom od kielicha, gdy bawi w tawernie swego rodzinnego miasta….

Vasco: Ach, przyjaciele, jakich niebezpieczeństw nie napotkałem? Droga do Khanbalic najeżona jest tysiącem pułapek, których pokonanie wymagało od mej skromnej osoby nadludzkiej odwagi!
Kompan #1: Opowiadaj!

Vasco: Spotkałem ludzi z głowami psów i takich, którym twarz zastępowała brzuch. Walczyłem ze smokiem…
Kompan #2: Od swego powrotu z Tatarii Vasco nie przestaje karmić nas banialukami!
Vasco: Masz mnie za fanfarona?!?
Kompan #1: Pozwól mu mówić, Taddeo. Ty sam nigdy nie wyściubiłeś nosa poza swoją dzielnicę. W księgach, które czytałem, widniały podobizny takich potworów!

Podróżny #1: Karczmarzu, daj nam pękaty dzbanuszek twego najlepszego wina!
Karczmarz: Natychmiast, mili panowie!
Vasco: Pozwólcie, że skosztuję tego napoju.

Vasco: Santa Madonna! Ten łajdak oberżysta zaserwował wam jakąś truciznę!

Vasco: Carponi, przeklęty bukłaku wina! Znowu próbujesz oszukiwać podróżnych! Ładną reputację wyrabiasz swoim rodakom! Wszyscy uchodzić będziemy za rozbójników!
Podaj im lepiej swoje wspaniałe Panforte oraz doskonałe wino Moscato… i zapisz wszystko na mój rachunek!
Karczmarz: Już się robi, Messer, już się robi!
Podróżny #1: Tysięczne dzięki!

Vasco: Panforte to przepyszne ciasto z cukru, migdałów, miodu i marynowanych melonów… Ale z kim mam zaszczyt?
Podróżny #1: Piet i Quentin Jordaens. Przybywamy z Flandrii na pielgrzymkę do Rzymu. Jednak uroki waszego miasta zachęciły nas, by spędzić w nim kilka dni, panie…?

Vasco: Baglioni. Vasco Baglioni, obywatel Sienny i największy podróżnik po Marco Polo!
Piet Jordaens: Naprawdę widziałeś te wszystkie niezwykłe rzeczy, o których opowiadałeś swoim przyjaciołom?
Vasco: Ależ skąd! Rzeczywistość jest żałosna. Napotkałem wyłącznie na masakry i nieszczęście. Ludzie są wszędzie tacy sami. Ale czy trzeba zabijać ich marzenia?

31 maja 2010

Alix, Tom I - Alix l'intrépide

Nieustraszony Alix jest dla mnie albumem wyjątkowym, gdyż od niego zaczęła się moja przygoda z francuskim. Co prawda, nie dane mu było stać się pierwszym komiksem, jaki przeczytałem w tym pięknym języku. Wręcz przeciwnie, okazał się tak trudny i niewdzięczny w lekturze, że na kilka miesięcy zraziłem się do nauki! Dopiero jakiś czas później przemożne pragnienie poznawania europejskich komiksów wzięło górę nad gnuśnością i lenistwem, skłaniając mnie do podjęcia na nowo trudów samodzielnej edukacji. Nauczony doświadczeniem, pierwsze lektury wybierałem sobie spośród komiksów językowo prostszych – Asterix, Thorgal, Zara La Vampira, te bardziej rozgadane zostawiając sobie na przyszłość. Nie było rzecz jasna wątpliwości, że wcześniej czy później zmierzę się z albumem, przy którym wcześniej tak sromotnie poległem. I nadszedł wreszcie ten dzień…

Nie da się ukryć, że sięgnięcie po tak trudny tytuł na sam początek nauki nie było posunięciem rozsądnym. Alix jest dziełem starej daty, powstał na samym początku lat pięćdziesiątych. Autorzy nie mieli jeszcze zaufania do czytelności własnych rysunków i zdolności percepcyjnych odbiorcy, każdy obrazek opatrywali więc komentarzem więcej niż wyczerpującym. „Alix przystąpił dwa kroki po zimnej, marmurowej posadzce, przystanął i wstrzymując oddech, delikatnie odsłonił kotarę. Jego oczom ukazał się zaskakujący widok. Chłopak nie mógł uwierzyć własnym oczom…” Toż to opowiadanie z ilustracjami, a nie komiks, który powinien przemawiać obrazem! Ten typ narracji, kontrastujący z przyzwyczajeniami dzisiejszego odbiorcy, 60 lat temu był jednak na porządku dziennym i nie można czynić z niego zarzutu. Czy jednak warto odgrzebywać podobną ramotkę?

Odpowiedź zależała będzie od tego, jak bardzo interesujemy się komiksem historycznym. Dla miłośników tego gatunku, mającego we Francji bardzo silną pozycję, Alix jest wręcz lekturą obowiązkową. Jacques Martin utorował drogę i wyznaczył horyzont zainteresowań dla wszystkich autorów, podejmujących trud odtworzenia na kartach komiksu minionych epok. Do inspiracji Martinem przyznają się m.in. François Bourgeon (Towarzysze Zmierzchu) i Gilles Chaillet (Vasco). Kto wie, gdyby nie popularność Alixa, w głowie Gościnnego i Uderzo nie zrodziłby się pomysł do stworzenia parodii rzymskiego antyku? Czy to tylko zbieg okoliczności, że seria Martina rozgrywa się za konsulatu Juliusza Cezara, a jej tytułowym bohaterem jest młodzieniec pochodzenia galijskiego…

Już pierwszy album pozwala się zorientować, na jak szeroką skalę zakrojona będzie opowieść o Aliksie. Akcja pędzi na łeb, na szyję, jest jej nawet więcej, niż tekstu w dymkach! Nawet nie próbuję jej opisywać, to zbyt trudne zadanie! W kwestii nadmiaru atrakcji wiele wyjaśnia fakt, że pierwotnie przygody Alixa ukazywały się w gazecie. Mała objętość odcinka zmuszała do maksymalnej kondensacji akcji. Czytelnik gazety miał swoje prawa, w każdym numerze otrzymywać musiał coś atrakcyjnego i trzymającego w napięciu. Trochę gorzej wypada to jako albumowa całość. Nadmiar zdarzeń przytłacza, a supremacja tekstu nad obrazem miejscami irytuje. Od dziesięciu zwrotów akcji lepsze byłyby dwa, góra trzy, ale przedstawione dokładniej, z większą precyzją. Np. gdy na rzymski patrol napadają lwy, byłoby ciekawiej zobaczyć trzy większe kadry, wypełnione dramatyczną walką, a nie jeden mały, ograniczający się do prezentacji nóg zagryzionych żołnierzy. Z drugiej strony, zwolnienie akcji mogłoby opóźnić o kilka numerów spotkanie Alixa z Juliuszem Cezarem, a tego przecież byśmy nie chcieli!

Wśród fanów serii tom pierwszy jest rzecz jasna pozycją obowiązkową, każdy przecież chce wiedzieć, od czego się wszystko zaczęło, natomiast nie ocenia się go zbyt wysoko. Bohatera poznajemy dobrze dopiero w następnych. Również intrygi stają się w nich bardziej wyrafinowane, a tło historyczne ulega wyeksponowaniu. W sumie to całkiem dobre prognozy na przyszłość. Co prawda nie wyobrażam sobie, w jaki sposób można pogłębić Alixa, który w swojej pierwszej przygodzie wygląda na młodzieńca, jakich w komiksach wiele: szczerego, prawego i dzielnego blondaska. Może rzeczywiście zyska jakieś cechy charakterystyczne, ale nie liczyłbym na nagłą przemianę w postać szekspirowską. Najważniejsze jednak, by w jego towarzystwie miło się nam zwiedzało Imperium Rzymskie w całej jego rozciągłości. Ta wycieczka po antyku trwa zresztą po dziś dzień: w 2009 roku ukazał się 28 tom serii.

Niektóre z atrakcji:

Basen z żarłocznymi krokodylami!


Pojedynek ze złym centurionem!


Spotkanie z wygłodniałym stadem wilków!


Zażarta bitwa morska!


Brawurowy pojedynek rydwanów!


Wielki pożar Koloseum!

22 kwietnia 2010

Kapitan Fracasse (1961) - Fortes Fortuna Adiuvat!


Doskonały reprezentant gatunku "płaszcza i szpady". Wszystko tu jest! Wartka akcja, napięcie, brawurowe pojedynki na szpadę, kaskaderskie popisy aktorów (właśnie tak: samych aktorów, nie ich dublerów!), przygoda i melodramat, patos i humor. Nie zabrakło nawet płaszcza, który okazuje się całkiem przydatny podczas walki. Dezorientacja przeciwnika poprzez zarzucenie mu płaszcza na głowę to jednak zagrywka poniżej pasa, dobra dla czarnych charakterów. Sam bohater, baron Philippe de Sigognac (Jean Marais), nigdy nie uciekłby się do podobnie niehonorowego czynu. Do zwycięstwa wystarczą mu jego popisowe szermierskie umiejętności.

No właśnie. Jean Marais w momencie kręcenia filmu miał 48 lat, ale prezencji i sprawności fizycznej mógłby mu pozazdrościć niejeden młodszy aktor. Wygląda zresztą na to, że francuskie produkcje historyczne preferowały właśnie taki, dojrzały typ herosa (vide Curd Jürgens w obydwu częściach Michela Strogoffa). A męskiej części publiczności nie powinien ten fakt przeszkadzać. Maraisowi partnerują bowiem dwie piękne kobiety. Geneviève Grad jako Isabelle jest przeurocza i niezwykle delikatna. Nic dziwnego, że wzbudza tak opiekuńcze uczucia u bohatera, który z miejsca zakochuje się po uszy i świata nie widzi poza jej śliczną twarzyczką. Nie dostrzega nawet innej wartej grzechu kobiety, odważnej Cyganki Chiquity (Joelle La Tour). Nie dziwmy się, w sercu romantycznego herosa jest miejsce tylko dla tej jednej jedynej. Natomiast mniej zobowiązany widz może sam zdecydować, czy bardziej podoba mu się subtelna Geneviève (znana z serii Żandarmów z de Funèsem), czy zmysłowa Joelle.

Film, będący adaptacją powieści Teofila Gautiera, opowiada o przygodach zubożałego barona de Sigognac, który porzuca rodzinną Gaskonię i przyłącza się do wędrownej grupy aktorów. Decyzję o rozpoczęciu kariery scenicznej podejmuje głównie pod wpływem uczucia do młodej aktorki Isabelli. W Paryżu przedstawienia zespołu cieszą się wielkim powodzeniem, a ich sława dociera nawet do króla. Niemała w tym zasługa de Sigognac'a, który pod pseudonimem "kapitan Fracasse" błyszczy na scenie talentem komediowym (role amantów były już niestety obsadzone). Jednak sukces zespołu sprawia, że śliczną Isabellą zaczyna się interesować inny mężczyzna, dumny i zepsuty arystokrata, diuk de Vallombreuse. Składając dziewczynie nieprzystojne propozycje, naraża się na gniew Sigognac'a, który wyzywa go na pojedynek. Pokonany, lecz zaledwie draśnięty w ramię diuk nie docenia wielkoduszności swego przeciwnika. Wkrótce na drodze kapitana Fracasse zaroi się od wszelkiej maści rzezimieszków, skrytobójców i mistrzów szpady, hojnie opłacanych przez perfidnego de Vallombreuse...

Czy bohaterowi uda się pokonać ich wszystkich? I czy jego miłość do Isabelli zwycięży wszystkie przeszkody, nawet te społeczne (albowiem małżeństwo między arystokratą, nawet ubogim, a dziewczyną z ludu było w tych czasach po prostu nie do pomyślenia)? Czy zło zostanie ukarane? Czy w finale wyjdzie na jaw tajemnica związana z tożsamością rodziców Isabelli? Oczywiście, że tak! Inaczej nie byłoby prawdziwej zabawy! Powiększają ją jeszcze wspaniałe zdjęcia w panoramie, a także obsadowa niespodzianka - Louis de Funès na drugim planie! Co prawda jego rola ma raczej poważny charakter, ale charakterystyczna mimika i werwa (na ekranie wręcz go roznosi) zapowiadają przyszłego króla komedii.

Z pewnością nie jest to koniec mojej przygody z Kapitanem Fracasse. Powstały bowiem również dwie inne ekranizacje, które podpisali uznani mistrzowie, Abel Gance (1943) i Ettore Scola (1991). A przede wszystkim zamierzam sięgnąć po powieść francuskiego romantyka, powszechnie dostępną również u nas. Tak więc prawdziwa uczta dopiero się zaczyna!

A teraz już nieodłączne fotostory:

Isabelle namawia barona de Sigognac, by towarzyszył aktorskiej trupie. Któż byłby w stanie odmówić takiej dziewczynie?

Żywot aktora nie jest usłany różami. To wieczna tułaczka, aż po śmierć w szczerym polu...

Baron de Sigognac (po lewej) zmienia się na scenie nie do poznania!

Nieoficjalne spotkanie z wielbicielką teatru. Los bywa niekiedy łaskawy dla aktorów - zwłaszcza dla tych przystojnych!

Wielką miłość bohaterów czeka jeszcze wiele przeszkód...

Pierwszy pojedynek diuka de Vallombreuse i kapitana Fracasse. Aktorzy, którym nie pomagał dynamiczny montaż, musieli opanować trudną sztukę fechtunku!

Trzech na jednego? Dla kapitana Fracasse (pierwszy z lewej) to żadne wyzwanie!

Wytworny czarny charakter pod wieloma względami przypomina naszego Bogusława Radziwiłła.

Wystarczy przypomnieć sobie analogiczną scenę z Potopu....

Pojedynków ci w filmie dostatek!

Dwie piękności w jednym kadrze. Mmm, ten dekolt...

Czy spodziewaliście się innego zakończenia?

Link IMDb