Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty

26 maja 2011

Hara-Kiri, Journal bête et méchant

"Czasopismo głupie i złośliwe" - tak brzmiał podtytuł Hara-Kiri, magazynu satyrycznego ukazującego się we Francji w latach 1960-1985. Przez dwie i pół dekady bezlitośnie obśmiewało ono wszystkich i wszystko, co się dało, w pełni korzystając z wolności słowa. Ostentacyjną wulgarnością i poziomem prezentowanego humoru przypominał trochę nasze NIE, jednak w przeciwieństwie do tygodnika Urbana nie reprezentował żadnej opcji politycznej. Jego filozofia sprowadzała się do sentencji, jaką w filmie Horse Feathers wyspiewuje Groucho Marx: "Whatever It Is, I'm Against It!”. Tak jak Monty Python w Anglii, tak Hara-Kiri we Francji stał się synonimem totalnej anarchii, dla której nie istnieją żadne świętości. Notabene, redaktorzy Hara-Kiri zasłużyli na miano obrazoburców znacznie bardziej niż kultowi angielscy komicy, którzy wystrzegali się kpienia z religijnych symboli. Paryscy złośliwcy nie mieli podobnych skrupułów.

Subiektywny Top 10 najbardziej ofensywnych okładek:

"Chciałam go porzucić, ale on nie chciał"


"Uprawiajcie grzyby"


"Upośledzeni fizycznie są takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni"


"Armia daje wam pracę"


"Jackie ociera łzy"


"Czerwiec 1940 - to były czasy!"


"Czy można zrobić się na brąz bez słońca?"


"Zostań poszukiwaczką złota"


"NIE dla aborcji. Pozwólcie im żyć!"


SPECJALNY NUMER ŚWIĄTECZNY:

Święta Dziewica: "Zrobiłam sobie aborcję!"

14 kwietnia 2011

Komiksowy Cytat Tygodnia – Asterix, T.24: Asterix u Belgów

Polityk musi dbać o stosowne wyrażanie się, zwłaszcza jeśli zamierza przejść do historii. Juliusz Cezar był pod tym względem niedościgłym wzorem, zostawił po sobie nie tylko dzieła literackie, z których po dziś dzień uczymy się łaciny (Wojna galijska), ale też szereg błyskotliwych sentencji. "Alea iacta est", "Veni, vidi, vici"... Nawet dźgany sztyletami spiskowców, umierający Cezar zdążył wyszeptać niezapomniane: "I ty, Brutusie, przeciw mnie?". Czy jednak każda wypowiedź Juliusza trzymała równie wysoki poziom? Czy na pewno nie zdarzały mu się chwile słabości i sformułowania mniej wyrafinowane? René Goscinny wysuwa własną teorię na ten temat...

W Rzymie trwają obrady senatu.
Przewodniczący: Senator Plusminus ma głos.
Senator Plusminus: Drodzy koledzy! Plantatorzy brassiki (kapusty) z okolic Pissae są w sytuacji wielce niepokojącej z powodu długotrwałej suszy...

Senator Plusminus: Musimy zająć się Pissae...
Rzymski żołnierz: Namiestnik Wolfgangamadeusz przybył do Rzymu. Prosi o posłuchanie w sprawie niepokojącej sytuacji w Belgii...
Juliusz Cezar: Niech wejdzie!

Senator Plusminus: Ależ nie! Regulamin zabrania przerywać mówcy... Mówiłem więc, że brassika...
Sceptyczny senator: Tak, niech wejdzie! Juliusz Cezar wypruwa z Rzymu żyły na swoje kampanie! Będę ciekaw dowiedzieć się, na co idą te wszystkie pieniądze!

Senator Plusminus: Pomyślcie, że rolnicy uprawiający brassikę...
Juliusz Cezar: Nie boję się wysłuchać publicznie raportu namiestnika Wolfgangamadeusza. Niech wejdzie!
Senator Plusminus: A brassika?

Juliusz Cezar: WIESZ, GDZIE MOŻESZ SOBIE WSADZIĆ TĘ BRASSIKĘ?!
Przewodniczący: Wykreśl ostatnią wypowiedź Cezara. Jako przykład dla przyszłych pokoleń robiłaby fatalne wrażenie.

Namiestnik Wolfgangamadeusz: Ave!
Przewodniczący: Ave, namiestniku Wolfgangamadeuszu. Słuchamy cię!

Namiestnik Wolfgangamadeusz: Sytuacja w Belgii jest poważna. Nagle nasiliły się walki. Wszystkie obozy i wysunięte posterunki zostały zniszczone.
Sceptyczny senator: Ha! Oto piękny rezultat wypraw Cezara! Nie jest nawet zdolny ujarzmić kilku barbarzyńców!
Senator Plusminus: Jasne! Lepiej by zrobił, gdyby poszedł sadzić kapustę!

Juliusz Cezar: Belgowie nie są barbarzyńcami! Są najdzielniejsi pośród wszystkich ludów Galii. Ale w końcu ich pokonamy. Tak, jak pokonaliśmy resztę Galii, która przyjmuje nasze prawa bez oporu!
Namiestnik Wolfgangamadeusz: Ale właśnie, o Cezarze, Belgowie nie są już sami. Całe hordy przybywają z Galii Celtyckiej ze zbrojną pomocą.* Wspomaga ich nawet jakaś tajemnicza flota...
Juliusz Cezar: ?
* opis ździebko wyolbrzymiony, ale chyba domyślacie się, o kim mowa...

Sceptyczny senator: TO POWSZECHNE POWSTANIE!
Senator Plusminus: No to mamy bigos!
Juliusz Cezar: Cisza! Ta wiadomość jest faktycznie niepokojąca. Wyruszę zaraz do Belgii...

Juliusz Cezar: Przyjdę, zobaczę i zwyciężę!
Przewodniczący: To możesz zostawić.

PS. Tłumaczenie: Jolanda Sztuczyńska

19 listopada 2010

Schulmädchen-Report 7: Doch das Herz muß dabei sein (1974) - Nastoletnia żądza w RFN

"To już siódma część Raportu o szkolnych dziewczętach. Czy od premiery pierwszej części staliśmy się bardziej moralni? Wątpliwe. Ale z pewnością pozbyliśmy się wiele pruderii." Od tych słów rozpoczyna się kolejny sexploitation pseudo-edukacyjny rodem z RFN. Formuła sprawdzona: historia przewodnia, której bohaterowie snują inne historie. Wszystkie dotyczą seksualnej aktywności uczennic niemieckich liceów. Za klamrę spinającą służy relacja z rozprawy sądowej, dotyczącej nielegalnego burdeliku, jaki założył przedsiębiorczy młodzieniec, namawiając do współudziału kilka bezpruderyjnych koleżanek. Rozprawa toczy się powolnym trybem, a siedzący na korytarzu rodzice dla zabicia czasu opowiadają sobie, co też wyrabia ta współczesna młodzież.

Ich konstatacje mogą uspokoić co niektórych widzów, przerażonych deprawacją nastolatków w XXI wieku. Nic nowego pod słońcem: już w latach 70. niepokojono się rozpasaniem dorastających i kręcono na ten temat alarmujące obrazy, do których jednak Raporty się nie zaliczają. Mocno wątpliwe, by realizatorzy serii pragnęli uświadamiać i przestrzegać, pomimo wszystkich deklaracji, jakie umieszczali przed każdym kolejnym odcinkiem. Przyświecający im cel jest jasny: pokazać jak najwięcej apetycznej, młodzieńczej golizny. Młodzieńczej, ale nie młodocianej - wszystkie aktorki, które tak ochoczo wcielają się w role siedemnastek, szesnastek i piętnastek, w rzeczywistości przekroczyły już magiczną granicę osiemnastki, pozwalającą im na legalne robienie tego, z czym jeszcze niedawno musiały się ukrywać.

A może wcale nie musiały? Jeśli wierzyć twócom Raportu, których inwencja w wymyślaniu pikantnych scenariuszy zdaje się niewyczerpana, nastolatki o seksie wiedzą wszystko i wszystkiego zdążyły też spróbować. Nie bez powodu w większości przedstawianych historyjek to one są górą, a nie dorośli, skrępowani konwenansami i nie nadążający za duchem czasu. W świecie Raportów znacznie częściej uwodzeni, wykorzystywani i porzucani są dojrzali mężczyźni, zazwyczaj przedstawiciele szacownych zawodów. Doktorzy, nauczyciele, psychiatrzy - wszyscy oni nader łatwo dają się omotać figlarnym nimfetkom. Ich kultura prawie bez walki kapituluje przed dziewczęcym biologizmem. Los samców budziłby litość, gdyby całej naszej uwagi nie pochłaniała kontemplacja cielesnych powabów ich nastoletnich kusicielek. Realizatorzy próbują również w inny sposób odwrócić uwagę widzów od wszelkich smutnych konstatacji, wprowadzając sporą dawkę humoru. W przypadku tegoż najbardziej ewidentna staje się różnica kulturowa pomiędzy Niemcami a resztą świata. Gagi, stanowiące dla nich beczkę śmiechu, okazują się mocno głupie bądź wręcz żałosne dla innych nacji. Może z wyjątkiem chińskiej i japońskiej, one również przepadają za monstrualnie grubym dowcipem.

W siódmej części Raportu brzemię komizmu spoczywa na barkach Rinaldo Talamonti, wcielającego się we włoskiego gastarbeitera Carlo, któremu niski status społeczny nie przeszkadza w licznych erotycznych przygodach. Z jakiegoś tajemniczego powodu podlotki faworyzują właśnie jego. Być może działa na nie jego włoski temperament, a może czują się paniami sytuacji, dominując nad Carlo pod każdym względem: fizycznym (nie jest ideałem męskiej urody), zawodowym (wykonuje proste prace fizyczne), a nawet lingwistycznym (niemiłosiernie kaleczy niemiecką mowę). Jurny Włoch jest jedynym stałym bohaterem serii, powracającym regularnie od swojego debiutu w "czwórce", gdzie udało mu się obsłużyć pod rząd cztery rozpalone dziewoje. "Siódemka" podnosi mu nieco kwalifikacje (jest kelnerem, ponadto kochankiem szefowej, co dobrze wróży na przyszłość), ale wymaga od niego biegania w negliżu po całym hotelu. Przecież czymś musi nas rozbawić!

Pozostałe epizody są poważniejsze, dzięki czemu harmonizują z "sądowniczym" motywem przewodnim. Mamy więc gang motocyklistów, który w swą przestępczą działalność wplątuje cud-dziewczynę (Sonja Jeannine, największa ślicznotka serii); seksowną prymuskę, która z żelazną konsekwencją wciela w życie wszystko, o czym przeczytała w podręczniku do wychowania seksualnego; wreszcie pewną blondyneczkę, zakochaną do szaleństwa w nauczycielu, który niestety woli wdzięki jej matki. Potrzeba podstępu, by wylądował w łóżku również z córką. Żadna z historii nie odbiega poziomem od poprzednich odsłon Raportu, nie sposób dostrzec ani podwyżki, ani też spadku formy, co przy siódemce w tytule powinno cieszyć. Pomimo wszystkich uproszczeń i słabości RFN-owska seria oddaje w dużym stopniu klimat dekady, w której nie obawiano się jeszcze interesować pożyciem płciowym nastolatków. Z perspektywy lat doskonale widać, że obwieszczony w prologu siódmej części Schulmädchen-Report triumf nad pruderią okazał tylko pobożnym życzeniem.

Nastoletnia żądza w dziewięciu odsłonach:

Na drugim planie Charles Bronson.


RFN to raj dla gastarbeiterów!


Wymarzony punkt widzenia


Podczas przyjmowania zamówienia kelner wykazuje się pełnym profesjonalizmem


Młodzieżowy gang torturuje swe ofiary na wymyślne sposoby...


Czarny charakter pije i pali.
Już wówczas nie były to nałogi mile widziane!


Mężczyźnie znacznie trudniej się obnażyć...


Igraszki przy tablicy


Najwymyślniejsze pozycje obejrzymy w finale!

2 września 2010

Mio figlio Nerone (1956) - Boski, oszczędzaj głos!

W latach 50. ekrany kin zdominowały wielkie produkcje historyczne, przeważnie o tematyce biblijnej (Stary Testament, Jezus i spółka) i około-biblijnej (prześladowania szlachetnych chrześcijan przez dekadenckich Rzymian). Kręcone z przepychem, w technice Technicolor i widescreen, bez wątpienia były imponującymi widowiskami, jednak już nawet wówczas mogły irytować bardziej wyrobionych widzów niemiłosiernym patosem, fabularnym banałem i natrętnym moralizatorstwem. Od pewnego momentu inicjatywę przejęli Włosi, realizując setki filmów o zbliżonej tematyce i znacznie skromniejszym budżecie. Jednak w 1956 roku postanowili zabawić się nieco kosztem antyku, realizując komedię Mio figlio Nerone, w której centralną postacią został najbardziej popularny czarny charakter filmów sandałowych, cesarz Neron.

Jakże to, matkobójca i podpalacz Rzymu bohaterem lekkiej komedii?!? Ale właściwie, dlaczego by nie? Od prawie dwóch tysięcy lat ten rzymski cesarz był obiektem niezliczonej liczby niewybrednych paszkwili. Chrześcijanie nie mogli mu wybaczyć, że to za jego panowania rozpoczęły się prześladowania ich religii, nie zakrojone co prawda na tak szeroką skalę, jak to się zazwyczaj przedstawia, ale mniejsza o szczegóły. Neron stał się symbolem krwawego tyrana, a dla jego większego zohydzenia uczyniono zeń karykaturę, wyśmiewając wszystko, co tylko się dało: jego rude włosy, tuszę, nawet zacięcie artystyczne. Ten komiczny aspekt cesarza widać dość dobrze w ekranizacjach Quo Vadis, zawierających obowiązkową scenę, w której niemiłosiernie fałszuje przy akompaniamencie liry, skwapliwie oklaskiwany przez zastraszonych dworaków. Zwłaszcza Peter Ustinov w słynnej amerykańskiej produkcji nie zawahał się swoją aktorską szarżą uczynić z Nerona postaci, która budzi zarówno grozę, jak i śmiech.

Jeszcze dalej poszedł w Mio figlio Nerone Alberto Sordi, który jako szalony cesarz wyłącznie bawi, pomimo licznych nagannych postępków, jakich się dopuszcza. Zresztą bardzo często to właśnie one stają się źródłem przedniej rozrywki. Neron stroni od Rzymu, spędzając czas w nadmorskiej willi, w towarzystwie swojej narzeczonej, pięknej Poppei (Brigitte Bardot) oraz starego nauczyciela, filozofa Seneki (Vittorio De Sica). Idyllę przerywa pojawienie się Agryppiny (Gloria Swanson), matki cesarza, która nie daje mu spokoju, namawiając do podboju Brytanii. Przyłączenie nowych ziem do imperium byłoby czynem godnym władcy Rzymu i napełniłoby dumą jej matczyne serce. Tymczasem Neron ma zupełnie inną wizję swojej kariery. Chciałby zostać pierwszym artystą na carskim tronie, a zagranicę podbić raczej swym talentem wokalnym podczas międzynarodowego tournee.

Jego zapał jest autentyczny i aż szkoda, że nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistych umiejętnościach. Co do tego, że Neron nie powinien śpiewać, zgadzają się wszyscy, doskonale przy tym wiedząc, że zdradzenie się z tą opinią nie byłoby czynem rozsądnym. Jednak podczas gdy Poppea i Seneka, pragnący utrzymać swą pozycję faworytów, prześcigają się w komplementach, matka robi wszystko, by poznał przykrą prawdę o swym talencie. Rzecz jasna wykorzystuje do tego osoby postronne. Nawet bez prób kwestionowania talentu syna Agryppina musi mieć się na baczności. Neron przeczuwa, że to właśnie ona jest główną przeszkodą na drodze do wielkiej kariery i postanawia się jej pozbyć. Na wszelkie możliwe sposoby. Czy jednak osobę, której udało się przeżyć rządy Tyberiusza, Kaliguli i Klaudiusza (notabene pomagając temu ostatniemu w przejściu na tamten świat), można tak łatwo wyeliminować?

Komedie historyczne rzadko kiedy są autentycznie zabawne, gdyż opierają się głównie na wygłupach (Kleopatra poślizguje się na skórce od banana, itp.), na szczęście Mio figlio Nerone uznać można za chwalebny wyjątek. Mogłoby się wydawać, że śpiewający Neron to czysty banał, a jednak! Widok Alberto Sordiego, który na scenie ozdobionej jak do barokowej opery wykonuje arię Mamma Mia, w czym wspomaga go chór uroczych cherubinków, potrafi rozbawić do łez. Podobnej sekwencji nie powstydziłby się sam Ken Russell za swoich najlepszych lat! Międzynarodowa obsada świetnie się ze sobą czuje, choć ze wspomnień Brigitte Bardot wynika, że na planie każdy mówił w swoim ojczystym języku (ona sama po francusku, Sordi i De Sica po włosku, a Swanson amerykańskim angielskim) i raz po raz pojawiały się problemy z komunikacją. A propos Bardotki, w kostiumie antycznym wygląda równie wspaniale, co we współczesnym i kto wie, czy gdyby w tym samym roku nie zagarnął jej Roger Vadim, nie stałaby się największą gwiazdą włoskich peplum?

W przedniej rozrywce nie powinien nam przeszkadzać fakt, że autentyczna historia wyglądała akurat odwrotnie. Gdyby Neron istotnie zaszył się na prowincji i muzykował, Agryppina byłaby wniebowzięta. Tych dwoje toczyło bowiem bezpardonową walkę o władzę, w której każdy cios był dozwolony, a wygrać mógł sprytniejszy i bardziej bezwzględny. Fakt zwycięstwa Nerona dobrze świadczy o jego inteligencji, choć nie przynosi mu chwały. Nerona na serio należy szukać jednak gdzie indziej, nie w kinie, lecz komiksowej serii Murena, której cztery pierwsze albumy wyszły również u nas.

„Minął Nero, jak mija wicher, burza, pożar, wojna lub mór”, ale na szczęście można oglądać go w tak fajnych filmach, jak ten:

Niezapowiedziana wizyta mamusi


Agryppina chce uczynić z syna wojaka, on natomiast marzy raczej o karierze wokalnej (patrz niżej)


A Song For Mamma


Poppea podczas jednej ze swych mlecznych kąpieli


Poppei nigdy za wiele!


Neron, Seneka i Poppea przygotowują ostateczne rozwiązanie problemu Agryppiny. Czy tym razem się powiedzie?


Seneka dyktuje strofy dla potomności


Poppea Forever!


Na imprezach u Nerona czas mija jak z bicza strzelił!


Triumf artysty

26 czerwca 2010

The Japanese Wife Next Door (2004) – Wszystko zostaje w rodzinie


„Jeśli umysł kobiety jest normalnie rozwinięty, jeśli jest dobrze wychowana, to jej zmysł seksualny jest odpowiednio słaby. Gdyby było inaczej, cały świat byłby tylko wielkim burdelem, w którym niemożliwe byłyby małżeństwo i rodzina.”
Richard Freiherr von Krafft-Ebing

The Japanese Wife Next Door to komedia soft-porno sympatyczna, lekka i bezpretensjonalna, tym niemniej stawiająca widza przed mało komfortowymi pytaniami: „Czy podołałbyś potrzebom żony nimfomanki? Czy zdołałbyś ją ujarzmić?”. Męska duma każe odpowiedzieć twierdząco, lecz rodzą się w nas wątpliwości i niepokojące pytania. A jeśli opinie o wybujałym temperamencie płci przeciwnej nie są przesadzone? A jeśli niewieścia chuć, przez wieki trzymana w ryzach przez system patriarchalny, ostatecznie się wyzwoliła i stanowi realne zagrożenie dla męskiej podmiotowości?

Problem nie jest nowy, już w latach siedemdziesiątych kino straszyło kobietami, wysysającymi z partnera ostatnie soki (specjalizował się w tym Marco Ferreri, np. Ape Regina, Żegnaj samcze!, Przyszłość jest kobietą, Ciało). Najskuteczniejsze remedium na ruchy emancypacyjne proponowała w tym okresie kinematografia japońska. W dziełach z kategorii pinku eiga widz odnajdywał szereg porad, jak poradzić sobie z rozbrykaną samicą. Do osiągnięcia dominacji niezbędna była zarówno siła woli, jak i zestaw odpowiednich akcesoriów: mocne sznury, łańcuchy, pejcze, skórzane maski… Tylko sadomasochizm był w stanie ocalić zagrożoną męskość! Był to wniosek dość skrajny, ponadto podszyty niepewnością. Większość pinku kończyła się zbliżeniem na tajemniczo uśmiechniętą twarz bohaterki. Być może osiągnęła pełnię szczęścia w całkowitym poddaństwie, za sprawą intensywnej tresury wyleczona z niedorzecznych myśli o samostanowieniu. Albo wręcz przeciwnie, zdała sobie sprawę z drzemiącej w niej siły (skojarzenia z hitem Various Manx jak najbardziej wskazane!), w starciu z którą męska brutalność okazuje się zaledwie dziecinną igraszką…

Późniejszy o trzy dekady The Japanese Wife Next Door potwierdza tę drugą, pesymistyczną teorię. Niby tradycja jeszcze jakoś się trzyma, lecz tak naprawdę z całego patriarchatu ostały się tylko fasady. W japońskim domu rządzą teraz baby, a facetom pozostało tylko podporządkować się biernie ich rozkazom. To one dzierżą pejcz i rozdają razy, choć znacznie chętniej korzystają z pokaźnych rozmiarów dildo na baterie - gadżetu, który skutecznie zastępuje męskie towarzystwo. Jeśli chcemy konkurować z tym cackiem z sex-shopu, musimy zacisnąć zęby i przystać na kobiece reguły gry.

Zapewne wyciągam nadto skrajne wnioski z jednostkowego przypadku. Przecież nie wszystkie japońskie dziewczyny są takie jak Sakura, bohaterka niniejszego filmu. Chyba nie każda jest nimfomanką, która do cna eksploatuje poczciwego męża, po czym, wciąż nienasycona, zabiera się za jego bliskich. W sidła rozpustnicy wpadają po kolei dziadek, siostra i ojciec bohatera… Brakuje w tym gronie tylko matki i to wyłącznie dlatego, że biedaczce zmarło się dziesięć lat wcześniej.Czy spokojna, żyjąca w poszanowaniu tradycji, azjatycka familia może z dnia na dzień przemienić się w bandę wyuzdanych erotomanów? Oczywiście, w japońskim kinie erotycznym wszystko jest możliwe, wszystko też da się pokazać, byleby tylko za bardzo nie eksponować organów płciowych (choć najwyraźniej cenzura zelżała, dopuszcza już spowity cieniem zarys penisa!).

Może nie ma sensu bić na alarm, skoro z istniejącego stanu rzeczy zadowoleni są wszyscy domownicy i tylko mąż Sakury lęka się o swoje zdrowie, narażone na szwank w nieustającym seksualnym maratonie. Ale akurat Takashi może obwiniać wyłącznie siebie. W prologu filmu sam dokonał wyboru pomiędzy wyzywającą Sakurą a delikatną Ryoko, a teraz ma za swoje. Nie każdej dziewczynie, która już na pierwszej randce robi nam dobrze, rozsądnie jest proponować małżeństwo! Któż jednak wie, czy subtelna Ryoko nie okazałaby się podobną do Sakury diablicą? W końcu cicha woda brzegi rwie, a pod niejedną anielską twarzyczką ukrywa się nieodrodna córka Lilith! Być może seksuolog Krafft-Ebing, ten znienawidzony przez feministki mieszczański konserwatysta, miał całkowitą rację i już wkrótce kobieca potęga pozbawi resztek sił witalnych cały męski ród, doprowadzając do jego wymarcia? Pocieszam się, że będzie to śmierć z rozkoszy…

Kadry tak gorące, że aż parzą! Jeśli nieobcy ci wstyd, nie patrz!!!

Jak łatwo nas uwieść…


Miłe złego początki


Na pierwszym planie: różowy przedmiot pożądania


Sakura zna się na męskiej anatomii


Japońska cenzura (patrz: dół kadru) stymuluje wyobraźnię widza


Właśnie tak buduje się rodzinne więzy!


Sakurę gra ponętna Reiko Yamaguchi, aktorka dzieląca swój czas pomiędzy produkcje soft (pinku) i hard (AV).