Pokazywanie postów oznaczonych etykietą De Sade. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą De Sade. Pokaż wszystkie posty

18 sierpnia 2010

Szaleni (2005) – Krwisty befsztyk a la Svankmajer

Na początku filmu zaskoczenie - pojawia się sam reżyser! Wyjaśnia, że film, który zaraz obejrzymy, jest horrorem, a więc czymś gorszym od dzieła sztuki. Nie należy brać na poważnie tego kokieteryjnego wyznania. Jan Svankmajer nie byłby w stanie nakręcić komercyjnego filmu chyba nawet wtedy, gdyby mocno się starał. A z dalszych partii wypowiedzi wynika dobitnie, iż sztafaż kina grozy jest dla niego wyłącznie pretekstem do postawienia ważkich pytań filozoficznych. Najważniejsze dotyczy sposobu organizacji świata. Czy powinien panować w nim chaos, czy też restrykcyjny porządek? Svankmajer zdradza również swoje literackie inspiracje: twórczość Markiza de Sade i Edgara Allana Poe. Prawdę mówiąc, wszystko to wywnioskować można z samego seansu, więc wstępu równie dobrze mogłoby nie być. Skoro jednak zdecydowano się na jego wprowadzenie, warto ten fakt wykorzystać i skupić się nie tyle na poszukiwaniu sensu (który został nam już wyjawiony), ile na kontemplacji plastycznego piękna kolejnych sekwencji.

Szaleni rozgrywają się w tajemniczym, anachronicznym uniwersum. Być może jest to Francja za czasów Wielkiej Rewolucji, a może współczesne Czechy, któż wie? Jean Berlot (Pavel Liska), młodzieniec o kruchej psychice i cierpiętniczym wejrzeniu spotyka na swej drodze demonicznego Markiza (Jan Tríska). Apodyktyczny arystokrata nie znoszącym sprzeciwu tonem zaprasza go do swego mrocznego zamczyska. Ku swemu wielkiemu przerażeniu Jean odkrywa, że nocami markiz odprawia w lochach czarne msze, w których bluźnierstwo miesza się z wyuzdaniem. Brzmi być może banalnie, ale jak to jest przedstawione! Miotając bluźnierstwa, Markiz wbija z uporem maniaka dziesiątki gwoździ w korpus drewnianego Chrystusa, czyniąc z niego coś na kształt olbrzymiego jeżozwierza. „Ukoronujemy twoje czoło jeszcze ostrzejszymi cierniami, aż agonalna krew tryśnie z twych przyschniętych ran!” krzyczy, podczas gdy półnadzy mężczyźni i kobiety w rytualnych szatach kroją tort w kształcie krzyża. Po wielkim żarciu następuje rytualny seks na ołtarzu, z praktycznym wykorzystaniem hostii. Istotną rolę odgrywa tu również pejcz, którego w żadnej historii o Boskim Markizie zabraknąć nie może.

Żadne słowa nie oddadzą hipnotycznej siły tej sceny, którą porównać można tylko z pamiętnym fragmentem Oczu szeroko zamkniętych. Bluźniercza gwałtowność i wizualna brawura wkrótce ustępuje miejsca gęstej, gotyckiej atmosferze następnej sekwencji. Tym razem najlepiej oszczędzić szczegółów, gdyż im mniej wiemy o mrocznej intrydze, tym lepiej. Wystarczy powiedzieć, że jej rozwiązanie sprawi mnóstwo przyjemności każdemu miłośnikowi autora Kruka oraz Upadku domu Usherów.

Po złożeniu hołdu obydwu wymienionym we wstępie pisarzom Svankmajer przechodzi do meritum, czyli rzeczonego wywodu o istocie rzeczywistości, przeprowadzonego na przykładzie szpitala psychiatrycznego. Nie po raz pierwszy dom wariatów posłużył za metaforę świata, z pacjentami, w których szaleństwie niczym w krzywym zwierciadle odbija się nasze własne, oraz z personelem, zdającym się reprezentować wszelkie opresyjne instytucje. Zarazem film igra z przyzwyczajeniami widzów, dokonując całkowitej zamiany ról. W wariatkowie, dokąd Markiz zabiera Jeana, całą władza znajduje się w ręku szaleńców, zaś doktorzy i pielęgniarze trzymani są pod kluczem.

Czy lunatyczna idylla może trwać wiecznie, a totalny chaos jest stanem naturalnym? A jeśli nihilistyczny markiz się myli, to według jakich zasad należy budować społeczny ład, czy wszystkie środki są dozwolone? Czy nasze życie ma wartość i sens, czy też jesteśmy wyłącznie kawałkami ruchliwego, kopulującego miecha (jak sugerują pojawiające się raz po raz groteskowe animacje). Takie właśnie niewygodne pytania stawia nam Svankmajer, udowadniając, że należy mu się nie tylko tytuł „mistrza animacji z Pragi” (o tym wiemy już od dawna), ale i wybitnego adaptatora twórczości Markiza de Sade. Pomimo podjętej przez samego twórcę próby zareklamowania go jako horroru, filmem zainteresowały się głównie te same osoby, co zwykle, mianowicie bywalcy kin studyjnych. Tak widocznie musiało być. Prawdziwa sztuka zazwyczaj pozostaje elitarna.

Koniec czczej mowy, niech przemówią obrazy!

29 czerwca 2010

Night Terrors (1993) – Raz, dwa, Markiz de Sade już cię ma!


Markiz de Sade na krzyżu, recytujący fragmenty swoich dzieł. Arabski szejk galopujący na koniu w pełnym negliżu. Orgiastyczny bal maskowy w strojach orientalnych. Krwawe rytuały żydowskiej sekty, wyłupującej swym ofiarom oczy. Każda z powyższych obrazów pasowałaby jak ulał do jednego z dzieł Kena Russella. Tymczasem wszystkie pochodzą z filmu Night Terrors, podpisanego przez Tobe Hoopera. Czyżby twórca Texas Chainsaw Massacre postanowił wejść do grona bluźnierczych wizjonerów kina?

Nic z tego, nawet nie warto się łudzić. Tobe Hooper może cieszyć się kultowym statusem ze względu na swój porażający debiut, ale jego późniejsze projekty (m.in. kontynuacja Masakry) dobitnie świadczą o tym, że bliżej mu do statusu rzemieślnika niż jednego z autorów kina grozy. Wygląda wręcz na to, że jest reżyserem bez właściwości, który wszystkie ważniejsze decyzje zostawia producentom. Nie bez powodu jego najlepszą realizację, Poltergeist, uważa się przede wszystkim za "dziecko" Stevena Spielberga. Figurujące w czołówce nazwisko reżysera ma na celu zaciągnąć przed ekrany fanów horrorów, którzy mają dobrą pamięć i nadzieję na dzieło godne Masakry. O ile w przypadku Poltergeist końcowy efekt ma spore szanse ich zadowolić (w końcu Spielberg zna się na rzeczy), o tyle z Night Terrors będą mieli znacznie więcej problemu. Nie jest to film łatwy do klasyfikacji. Najbardziej pasowałoby do niego określenie „erotyczny horror”, jako że usiłuje połączyć oba te gatunki. Problem w tym, że z tej mieszanki nie wychodzi smakowity koktajl seksu i grozy. Być może źle dozowano składniki, być może były one nie najlepszej próby, tak czy inaczej końcowy efekt jest dość trudny do strawienia. Można pokusić się o nazwanie Night Terrors campem, ale czy warto nadużywać tego określenia na produkt, który po prostu nie wyszedł? Nie każdy kicz zasługuje na tego typu nobilitację.

Skąd taki dziwoląg w dorobku Hoopera? Cherchez le producteur! Rzut oka na producenta i wszystko będzie jasne. Harry Allan Towers to stary wyjadacz kina eksploatacji, siedzący w biznesie od wczesnych lat 60tych. Jako miłośnik pięknych kobiet dbał zawsze, by nie zabrakło ich w filmach z jego stajni (miał do nich również szczęście w życiu prywatnym, jego żoną została wspaniała Maria Rohm). Zapewne z tego względu wyjątkowo dobrze dogadywał się z reżyserem Jessem Franco, któremu kobiece krągłości przesłaniały zawsze cały świat, a z pewnością cały obiektyw! Na przełomie lat 60. i 70. ta dwójka nakręciła wspólnie kilka luźnych adaptacji D. A. F. de Sade, którym rozgłos zapewniło już samo nazwisko pisarza. Po wielu latach Towers przypomniał sobie o markizie i postanowił wykorzystać go oraz jeszcze. Z małą różnicą. Markiz nie występuje tym razem w charakterze scenarzysty, lecz jednego z głównych bohaterów.

Zgodnie z tradycją kina grozy i na przekór historycznym faktom, Towers i Hooper utożsamiają Sade'a z jednym z bohaterów jego utworów. Jest u nich sadystą do kwadratu, wcieleniem zła i perwersji. Dzięki konszachtom z siłami ciemności posiada tajemne moce, a rzucane przezeń uroki zachowują moc przez setki lat. A na tym nie koniec, ponieważ rolę powierzono Robertowi Englundowi, aktorowi o bardzo ograniczonym emploi. W jego wykonaniu Sade jest po prostu kolejnym wcieleniem Freddiego Krugera, tyle że znacznie gustowniej ubranym. Podniszczony sweterek zastąpiła jedwabna koszula, a przypaloną twarz ukryto pod pudrem i peruką, co nie powinno zmylić uważnego widza, dostrzegającego te same grymasy, ten sam demoniczny rechot, a zwłaszcza identyczne moce. Sade włada ludzkimi snami. Po śmierci staje się inkubem, który nawiedza dorastające dziewczęta, wodząc je na pokuszenie marzeniami lepkimi od krwi i spermy. Wystarczy, by przeczytały choć stroniczkę z Justyny czy 120 dni Sodomy, a już znajdują się pod wpływem tego demona lubieżności!

Jednym słowem, koncepcja postaci zakrawa na czysty absurd, wywołujący pusty śmiech każdego, kto jako tako zapoznał się z sylwetką De Sade’a. Zarazem oceniana obiektywnie, zawiera w sobie pewien potencjał, którego umiejętne wykorzystanie przyczyniłoby się do sukcesu filmu. Towers i Hooper są jednak zbytnimi asekurantami, by podjąć wyzwanie i pójść śladem autentycznego markiza, eksplorując erotyzm w jego najmroczniejszej postaci. Uciekają więc w mętne wizje orgii, w których notabene nikt nie jest do końca rozebrany, w nachalną symbolikę grzechu pierworodnego, jakieś nadgniłe jabłka i oślizgłe węże, w wybrane na chybił trafił cytaty z Filozofii w buduarze, jakby one same miały załatwić sprawę. Oczywiście nie załatwiają, stąd masa wątków pobocznych, łatających fabularne dziury. Harlequinowy romans z arabskim przystojniakiem czy seria rytualnych morderstw malowniczej sekty to tematy zastępcze, o wiele bezpieczniejsze od tego, co powinno pozostać w centrum uwagi filmowców, mianowicie seksualności podlotków.

Odkrywanie własnej fizyczności, niepewność, z jaką młode dziewczyny oczekują na seksualną inicjację, podszyta strachem fascynacja agresywną męskością - to zagadnienia, jakie warto poruszać, zarówno w obrębie kina erotycznego, jak i horroru. Można nawet od biedy posłużyć się markizem de Sade jako wytrychem. Tym niemniej do tego wszystkiego potrzebna jest zarówno spójna koncepcja, jak i twórcza odwaga. Gdy brakuje tych dwóch elementów, nawet najbardziej zakręcone sceny nie są w stanie ocalić filmowców przed utonięciem w bagnie idiotyzmów.

Psioczę niemiłosiernie na film, ale wypada oddać cesarzowi, co cesarskie: poniższe kadry wyglądają intrygująco.

Markiz de Sade rzuca straszną klątwę. Strzeżcie się, dziewczęta!


Od świeżo poznanej arystokratki bohaterka otrzymuje egzemplarz Filozofii w buduarze. Ileż nieszczęść przysporzy jej ta lektura, stokroć lepiej byłoby cisnąć ją w ogień!


Tej sceny nie powstydziłby się sam Derek Jarman...


Markiz pasowałby jak ulał do teledysku Army Of Lovers pt. Crucified


W łóżku z Kobietą-Wężem. Skojarzenia prowadzą tym razem do clipu Metalliki, Until It Sleeps.


Realizatorzy starają się jak mogą, by przykuć uwagę widza, ale to tylko półśrodki…

18 kwietnia 2010

Sade: L’aigle, Mademoiselle – Boski Markiz w szponach komiksowej awangardy


„L’aigle, Mademoiselle, est quelquefois obligé de quitter la septième région de l’air pour venir s’abaisser sur la cime du Mont Olympe... Il faut donc que je m’abaisse... Je m’abaisserai... „
D.A.F. de Sade

Markiz de Sade siedzi w celi, wspominając dawne dni, pełne wszelkich zbytków i wyrafinowanej rozpusty. Tymczasem rzeczywistość skrzeczy. W więzieniu zamknęła go własna teściowa, znużona jego ciągłymi ekscesami. Nie ma prawomocnego wyroku sądu, nie można więc apelować. W wilgotnej i rojącej się od szczurów celi Sade może spędzić całkiem spory szmat czasu. Wypadałoby prosić o łaskę wredną teściową, lecz do takiego upokorzenia dumny markiz się nie posunie. Tym bardziej, że poddanie się jej woli oznaczałoby całkowitą rezygnację z dotychczasowego trybu życia, a przecież dla libertyna, za jakiego uznaje się Sade, rozpusta jest kwintesencją życia. Wierny swym ideałom, musi zacisnąć zęby i zająć się czymś konstruktywnym: przelewaniem na papier swych erotycznych fantazji oraz filozoficznych przemyśleń. Właśnie w takich okolicznościach rodzi się pisarz, którego twórczość przejdzie do historii, bulwersując bądź inspirując kolejne pokolenia czytelników i twórców.

Burzliwe życie markiza jest wdzięcznym obiektem nie tylko dla kina i literatury, ale i dla komiksu. W latach 70. we Włoszech ukazywała się seria De Sade, poświęcona bodajże jego młodzieńczym, rozkosznym latom życia (przyznam się szczerze, że mimo najszczerszych chęci nie udało mi się przeczytać ani jednego numeru). Adaptację Justyny, najsłynniejszej powieści z jego dorobku, stworzył w 1979 roku Guido Crepax, jeden z mistrzów komiksu erotycznego (album wyszedł w Polsce). Również Julietta doczekała się przeniesienia na karty komiksu za sprawą Philippe Cavell'a (powstały dwa tomy, drugi znacznie lepszy od pierwszego). Wydaje się jednak, że przynajmniej pod względem intelektualnym za największe dokonanie należy uznać album Sade: L’aigle, Mademoiselle.

Jak doszło do jego powstania? Jean Dufaux, jeden z najbardziej pracowitych scenarzystów francuskich, postanowił poświęcić osobną serię pisarzom, których twórczość wywarła na niego największy wpływ. Na pierwszy ogień poszedł właśnie Donatien Alphonse Francois De Sade, wyprzedzając takie osobistości, jak Pasolini, Balzac, Hammet i Hemingway. Każdy album powstał z udziałem innego rysownika i poza obecnością wymienionych w tytule wielkich artystów pióra nie łączy ich nic. No, może jeszcze jedna istotna sprawa. Żaden album nie jest biografią zrealizowaną „po bożemu”. Zapomnijmy o schematach znanych zarówno z francuskiego (Krzysztof Kolumb Kanary, seria Obrazkowa Historia Francji), jak i polskiego rynku (serie Polscy królowie, Wielcy podróżnicy – czy ktoś o nich jeszcze pamięta?). Swojemu hołdowi nadał Dufaux postać dość oryginalną, czasami wręcz awangardową.

Historia opowiedziana w Sade - L’Aigle Mademoiselle w dużym stopniu wykracza poza ramy historyczne, które zarysowałem w pierwszym akapicie. Choć nie da się zaprzeczyć, że żywot markiza w twierdzy Vicennes poznajemy dość dokładnie. Przyszłemu twórcy 120 dni Sodomy czas płynie na redagowaniu gniewnych listów do żony (z nagłówka jednego z nich pochodzi tytuł albumu), przyjmowaniu wizyt młodych i ładnych dziewcząt, gotowych na wszystko w zamian za finansową protekcję (z tego niepotwierdzonego przez biografów epizodu wyciągnąć można wniosek, że w więzieniu nie było markizowi tak źle!) i sodomizowaniu się stalowym godmiszem (ówczesna nazwa dildo). Przede wszystkim zaś powstają tutaj kolejne opowiadania i sztuki teatralne (na dłuższe formy przyjdzie pora nieco później, w Bastylii). Bez wątpienia Dufaux odrobił pracę domową i żywot enfant terrible literatury francuskiej poznał od podszewki, zatem dla wszystkich orientujących się nieco lepiej w temacie komiks zawierać będzie mnóstwo smaczków. Ale to jeszcze nie koniec. Widzimy również pisarza podczas ostatnich miesięcy życia, które spędził w przytułku dla obłąkanych w Charenton. W przeciwieństwie do innych twórców, odtwarzających ten okres, Dufaux pokazuje Sade’a dokładnie takim, jakim wówczas był, tzn. jako otyłego starca. Zapomnijmy o szczupłych i zwinnych Patricku Magee (Marat/Sade Brooka) i Geoffreyu Rush’u (Quills Kaufmanna). W L’Aigle Mademoiselle 70-letni markiz wygląda po prostu brzydko, wypisz wymaluj jak na słynnej alegorii, przedstawiającej jego zbudowaną z cegieł, nalaną twarz. Nie wiemy zbytnio, jak Donatien Alphonse przedstawiał się za młodu, Dufaux i Griffo nadają mu więc rysy… młodego Gerarda Depardieu. Cóż, najwyraźniej od tego aktora nie sposób uciec nie tylko w kinie, ale i w komiksie made in France!

Jak gdyby epizody z Vicennes i Charenton nie wystarczały, całość opatrzona zostaje bardzo tajemniczą, współczesną klamrą, która świadczyłaby o tym, że całe życie markiza to rodzajem gigantycznego teatru bądź filmu, w którym każdy jest wynajętym aktorem, wygłupiającym się przed nieświadomym niczego markizem. Celem tego swoistego reality show może być skłonienie Sade’a do pisania, bądź wręcz przeciwnie, uciszenie go! Aktor grający cenzora niszczy przecież jego ostatnią, wielką powieść pt. Dni we Florbelle (w rzeczywistości spalił ją wyrodny syn markiza). Przyznam, że nie do końca zrozumiałem, co autor miał na myśli, wprowadzając tę klamrę. Z pewnością coś mądrego i transcendentnego, lecz wyszło mu raczej nieczytelnie (podobny zarzut mam zresztą do jego historyczno-futurystycznej serii Czerwona Cesarzowa). Nie mogę pozbyć się wrażenia, że bez wątku pt. „życie sztuką” komiks byłby o wiele lepszy, choć zapewne ucierpiałaby na tym jego awangardowość. Zresztą i w obecnej postaci jest naprawdę dobry, z pewnością lepszy od wielu pozycji, które się ostatnio u nas ukazują. Bardzo chciałbym, żeby Sade: L’aigle, Mademoiselle, a także pozostałe albumy z serii Grand écrivains (Wielcy pisarze – to prawda, że samej nazwie cyklu nie udało się uniknąć banalności) zostały wydane w Polsce. Może w ramach Mistrzów Komiksu bądź Planszy Europy? Mój apel jest zapewne głosem wołającego na puszczy, lecz agitować zawsze można.

Niektóre kadry:

Sadyczny monument. Świetny cytat!



Gdzie jest reżyser ?!?



Myśli nieuczesane markiza de Sade



Kurcze, nie znam tego opowiadania Sade'a,
a najwyraźniej powinienem!



Markiz ma już swoje lata, ale the show must go on...



De Sade za kółkiem - tego jeszcze nie było!

13 marca 2010

Sade. Msza okrucieństwa (2008) - The next best thing?


Obecność Markiza de Sade na naszym rynku wydawniczym jest dość osobliwa. Nie można powiedzieć, że go nie ma, gdyż liczba tytułów sygnowanych jego nazwiskiem jest całkiem pokaźna. A jednak każdy, kto jako tako orientuje się w jego dorobku, musi ubolewać nad nieobecnością przynajmniej trzech kanonicznych tytułów. Pierwszy to Alina i Valcour - rozbuchana powieść epistolarna, najwartościowsza spośród dzieł wydanych przez autora oficjalnie, pod własnym nazwiskiem. Dwa pozostałe traktować należy jako dyptyk: Nowa Justyna, czyli nieszczęścia cnoty i Julietta, czyli powodzenie występku. Sam Sade uznawał te dwie obszerne powieści za najważniejsze w swoim dorobku. Były kwintesencją jego stylu, najpełniejszym wyłożeniem oryginalnego systemu filozoficznego oraz najobfitszym katalogiem zaobserwowanych przezeń perwersji seksualnych.

Brak publikacji powyższych trzech tytułów nie wystarczałby jednak, by uznać sytuację za nietypową. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni pomijamy perełkę literatury światowej, mając po temu różne powody (dziś bardziej natury komercjalnej niż obyczajowej). Przypadek Markiza jest nietypowy o tyle, że zarówno Justyna jak i Julietta doczekały się polskich edycji i to w nakładzie na tyle obfitym, by egzemplarzy starczyło dla wszystkich zainteresowanych. A jednak w kontakcie z tymi pozycjami musi nas spotkać zawód.

Pod tytułem Julietta nie kryje się cały tekst, lecz jego fragmenty. Z liczącej ponad tysiąc stron powieści-rzeki pozostawiono zaledwie kilka epizodów, liczących w sumie około 300 stron. Co prawda w drugim wydaniu tych fragmentów jest trochę więcej niż w pierwszym, ale w dalszym ciągu nie ma się z czego cieszyć. Casus Justyny jest nieco inny. Nie dokonywano na niej żadnych operacji chirurgicznych. Po prostu wykorzystano jej pierwszą, znacznie łagodniejszą, wersję. Sam autor nie był całkowicie zadowolony z efektu, dlatego też po latach powrócił do niej, znacznie modyfikując i wzbogacając. Stąd podtytuł Nowa, w domyśle: doskonalsza. Zapewne warto znać obie wersje, zwłaszcza że tylko pierwsza posiada pierwszoosobową narrację. Jednak polski czytelnik nie ma wyboru, może sięgnąć tylko po jedną. A przynajmniej tak było do niedawna.

Ukazała się bowiem książka Krzysztofa Matuszewskiego pt. Sade. Msza okrucieństwa. Na pierwszy rzut oka można przypuszczać, że to kolejna pozycja biograficzna bądź analityczna. Takich dla odmiany mamy pod dostatkiem, są to zarówno przekłady (najważniejsze: Roland Barthes, Pierre Klossowski), jak i nasze rodzime tytuły. Od kilkudziesięciu lat monopolistami na tym polu są Bogdan Banasiak i Krzysztof Matuszewski, założyciele nieformalnego Stowarzyszenia Przyjaciół Markiza, niestrudzeni orędownicy jego twórczości. Największym marzeniem tej dwójki było od zawsze opublikowanie pełnej kolekcji dzieł wielkiego libertyna. Specyfika naszego rynku wydawniczego uniemożliwiła tak dalekosiężny projekt, musieli więc zadowolić się namiastkami, na wzór owej postrzępionej Julietty. Sadyczna pasja obydwu znajdowała jednak ujście w setkach artykułów w prasie oraz w obszernych wstępach umieszczanych bodajże przed każdym dziełem Markiza, któremu udawało się ukazać. W 2006 roku Banasiak zaproponował monografię Sade. Integralna potworność, będącą efektem jego wieloletnich badań. Spodziewałem się, że pojawiająca się dwa lata później Sade. Msza okrucieństwa będzie utrzymana w analogicznie naukowym tonie, zwłaszcza że sygnuje ją prestiżowe wydawnictwo Słowo/obraz/terytoria.

Książka Krzysztofa Matuszewskiego okazała się jednak czymś innym, być może najdziwniejszym w dziejach polskiej sade'ografii, mianowicie... drobiazgowym streszczeniem Nowej Justyny, scena po scenie i dialog za dialogiem. Cel owego zabiegu wyjaśnia sam autor w przedmowie. Otóż żadne wydawnictwo nie zamierzało ryzykować publikacji obszernej powieści, na którą może nie być popytu, skoro większość Justynę już czytała - może niedokładnie w tej wersji, ale ile osób zwraca uwagę na takie szczegóły? Niezrażony Matuszewski zaproponował, że w takim razie sam opowie historię, którą każdy wielbiciel Sade'a powinien poznać w pełnym kształcie. Przy okazji starczyło jeszcze miejsca na kilka innych rzeczy. Rozbudowany wstęp, dokonujący analizy filozofii Markiza oraz miejsca N.J. w jego dorobku. Literackie dodatki pod postacią afektowanych dokumentów z epoki, odsądzających Markiza od czci i wiary (rewelacyjny ustęp o młodzieńcu, który pod wpływem nieopatrznej lektury Justyny postradał zmysły!). Przede wszystkim zaś mnogość ilustracji, pojawiających się konsekwentnie co dwie, trzy strony.

Przyznaję, że mam problem z oceną tej książki. Wiem, że powstała z miłości do dzieła, które nie ma szczęścia do polskich wydawców. Przypuszczam, że jej wydanie wiązało się z pewnym ryzykiem. Nie chodzi już nawet o samo nazwisko Sade'a, już obłaskawione pośród literaturoznawców, lecz o odważną szatę graficzną, na którą złożyła się ponad setka pornograficznych rycin z XVIII wieku. Mnogość sprośnych obrazków miała zrekompensować czytelnikowi skrótowość tekstu głównego i rzeczywiście, momentami mamy wrażenie, że nie przeglądamy pozycji popularnonaukowej, lecz luksusowo wydany album Taschena pt. Porno naszych pradziadków. Jednak cały ten edytorski przepych, a także zapał i sprawne pióro autora nie mogą zmienić faktu, że ponownie oferuje się polskiemu odbiorcy ekstrakt, zaledwie namiastkę oryginalnego dzieła. Wciąż nie my czytamy Sade'a, lecz czyta się go za nas. Musimy zadowolić się interpretacją, która, nawet najbardziej obiektywna i szczegółowa, nadal należeć będzie do kogoś innego. Wydana z pietyzmem książka będzie pięknie prezentować się na półce, lecz każdego miłośnika twórczości Boskiego Markiza pozostawi z uczuciem nienasycenia.

Po długiej wewnętrznej walce zrezygnowałem z prezentacji wnętrza książki. Przecież tego bloga przeglądać mogą niewinne dzieci!!!!

Tytuł: Sade. Msza okrucieństwa (Cykl: Przygody Ciała)
Autor: Krzysztof Matuszewski
Wydawca: Słowo/obraz/terytoria, 2008
Liczba stron: 360

Linki:
1) Dzieła De Sade w formie elektronicznej, m.in. pełne wersje Nowej Justyny i Julietty!
2) Pornograficzne ryciny z pierwszego wydania Julietty (1789), kilka znalazło się w polskim wydaniu, ale nie aż tyle! Taki przedsmak dla tych, którzy się jednak na zakup Mszy... zdecydują.

31 marca 2009

Seduction: The Cruel Woman (1985) - "Bo to zła kobieta była..."

Monika Treut w swoim fabularnym zaprasza nas do podziemnego klubu, prowadzonego przez charyzmatyczną Wandę. Kobietę, która lubi mieć absolutną kontrolę nad mężczyznami. Kobietę, którą cieszy wydawanie im rozkazów. Kobietę, która uwielbia karać za najmniejsze przewinienie. Jednym słowem: dominatrix!!!

Wanda jest kobietą sukcesu, Frau mit Geszeft. Dominowanie jest jej pracą i sposobem na życie. Nie poznamy jednak szczegółów socjalnych, np. w jaki sposób doszła do sukcesu i jakie przeszkody musiała pokonać. Film jest czymś na pograniczu dokumentu i fantasmagorii. Realne zdarzenia przetworzone zostały przez wyobraźnię fetyszysty. W Verführung: Die grausame Frau pełno jest odwołań do klasyki S/M, zarówno tej, w której kobiety przyjmują pozycję bierną (Historia O J. Jaeckina, z którą film Moniki Treut i Elfi Mikesch łączy postać Udo Kiera, występującego w obu) jak i czynną (rzecz jasna Wenus w futrze Sacheravon Masocha, z którego Wanda przejęła swe imię). Nie mogło też zabraknąć miejsca dla Boskiego Markiza. Cytaty z niego są chyba najłatwiej rozpoznawalne. Jedna z bohaterek nosi podwójne imię: Justine-Juliette, a na murze otaczającym klub widnieje tylko jeden napis: SADE.

Fabuła, skupiająca się na dręczeniu przez Wandę swego byłego kochanka, Gregora (jak zwykle niesamowity Udo Kier) jest dość minimalna, bo to przede wszystkim portret środowiskowy. Bardziej fascynujący niż przerażający, przynajmniej dla niżej podpisanego. Nieczęsto mam przyjemność z utworem o tematyce BDSM, który nie tylko nie poraża prymitywizmem, ale i ukazuje niejaką erudycję twórców. Widać, że oprócz pornograficznych pisemek sięgali oni po takie perełki literatury, jak Le Jardin Des Suffices Octave Mirbeau. Właściwie cały film jest jednym wielkim cytatem, co czyni go wdzięcznym obiektem analizy postmodernistycznej. Bez obawy, ani myślę zanudzać nią potencjalnych czytelników.

Późniejsza twórczość Moniki Treut ma nieco odmienny charakter. Jest dokumentalna bądź quasi-dokumentalna i jak ognia unika kreacjonizmu. Sadomasochizm odszedł w kąt, a na pierwszy plan wysunął się wątek lesbijski. Nic dziwnego, że po przyjeździe do Nowego Jorku reżyserka obwołana została gejowską ikoną. Jednak warto pamiętać, że i towarzystwo w skórzanych maskach ma ją za co szanować.

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0090252/