Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostka. Pokaż wszystkie posty

26 maja 2011

Hara-Kiri, Journal bête et méchant

"Czasopismo głupie i złośliwe" - tak brzmiał podtytuł Hara-Kiri, magazynu satyrycznego ukazującego się we Francji w latach 1960-1985. Przez dwie i pół dekady bezlitośnie obśmiewało ono wszystkich i wszystko, co się dało, w pełni korzystając z wolności słowa. Ostentacyjną wulgarnością i poziomem prezentowanego humoru przypominał trochę nasze NIE, jednak w przeciwieństwie do tygodnika Urbana nie reprezentował żadnej opcji politycznej. Jego filozofia sprowadzała się do sentencji, jaką w filmie Horse Feathers wyspiewuje Groucho Marx: "Whatever It Is, I'm Against It!”. Tak jak Monty Python w Anglii, tak Hara-Kiri we Francji stał się synonimem totalnej anarchii, dla której nie istnieją żadne świętości. Notabene, redaktorzy Hara-Kiri zasłużyli na miano obrazoburców znacznie bardziej niż kultowi angielscy komicy, którzy wystrzegali się kpienia z religijnych symboli. Paryscy złośliwcy nie mieli podobnych skrupułów.

Subiektywny Top 10 najbardziej ofensywnych okładek:

"Chciałam go porzucić, ale on nie chciał"


"Uprawiajcie grzyby"


"Upośledzeni fizycznie są takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni"


"Armia daje wam pracę"


"Jackie ociera łzy"


"Czerwiec 1940 - to były czasy!"


"Czy można zrobić się na brąz bez słońca?"


"Zostań poszukiwaczką złota"


"NIE dla aborcji. Pozwólcie im żyć!"


SPECJALNY NUMER ŚWIĄTECZNY:

Święta Dziewica: "Zrobiłam sobie aborcję!"

3 grudnia 2010

Niedostępne?

Diuk Jan, zwany również Sebastianem Polakiem, gotów jest na każde zuchwalstwo w imię miłości do królewny Rychezy, zwanej także Beatrycze prawem analogii z muzą Dante Alighieriego (zwanego tutaj Aligerusem). Bohater wielce nietypowej powieści historycznej Teodora Parnickiego nie tylko ściga po całej Europie tajemniczego osobnika, najprawdopodobniej odpowiedzialnego za śmierć ojca swej ukochanej, polskiego króla Przemysława II, ale też nie waha się prosić samego papieża o sfinansowanie wyprawy na drugi koniec oceanu, gdzie wedle wszelkiego podobieństwa znajduje się Czyściec, a może także rozwiązanie zagadki płci Ducha Świętego/Duszycy Świętej (wybór nazewnictwa zależny od zapatrywań). Ojciec Święty nie wyraża jednak zgody na szaleńczą ekspedycję, uznając, że Jan bardziej się przyda w Polsce, pełniąc zaszczytną funkcję watykańskiego poborcy podatków! Nie tylko pod tym względem papież Jan XXII okazuje zdrowy rozsądek i przenikliwość. Oto, w jaki sposób analizuje mechanizm funkcjonowania platonicznej miłości poetyckiej (za kilka wieków przyjmie ona miano "romantycznej"), mającej za obiekt kochankę doskonałą i nieziemską, czyli Beatrycze...

"Żadna Beatrycze nie jest nigdy niczym innym niż tylko odbiciem zwierciadlanym, czyli inaczej jeszcze: powtórzeniem matki własnej... Jak nas rodziły panie Beatrycze - te osiągnięte - ojców naszych, spodziewamy się od naszych pań Beatryczy (spodziewanie takie przecież może być równie dobrze świadome, półświadome, zaledwie świadome lub w ogóle bezwiedne), iż nam z kolei będą rodzić dzieci. Gdy chce rodzić dzieci z kim innym, nie zaś z nami - czyli dosięgnąć nie możemy jej - jesteśmy skłonni mówić, by ukryć wstyd z powodu niemożności dosięgnięcia jej: 'Jest tak wysoko, że nikt by jej nie dosięgnął'.
...Lecz że w przeciwieństwie do nas są tacy, których stać na sięgnięcie i bardzo nawet wysoko - opędzamy się myślom, tak bardzo upokarzającym dla siebie właśnie o tych władnych sięgać znacznie wyżej niż my sami - w ten sposób, by Beatrycze, nieosiągalne dla nas samych, zdawały się być przynajmniej - jeżeliby i nie były naprawdę - umieszczone możliwie najwyżej. Jakie zaś jest miejsce najwyższe z wyobrażalnych? Niebo. Więc też powiadają Aligerusowie, ojcowie niedoszli dzieci z Beatryczy swych - przecież niedostępnych sobie: 'Dlategośmy niedoszli ojcowie, iż naszych Beatryczy miejsce w niebie jest nie na ziemi, wśród śmiertelnych, takich jak my i wszyscy inni, którzy z nami wraz ziemskimi są tylko ludźmi, a skoro ziemskimi, to właśnie i niegodnymi, byśmy dzieci mieli z wybrankami niebios'."


Tytuł: Tylko Beatrycze
Autor: Teodor Parnicki
Wydawca: Do wyboru, do koloru - od 1962 roku pojawiło się już wiele edycji... Sam czytałem miniaturowe wydanie Czytelnika, ale doświadczenie uczy, że najlepiej sięgnąć po wzbogacony obfitym wstępem tomik Biblioteki Narodowej.

18 września 2010

Mateczko Rosjo, wspomóż Ukrainę!

Taras Bulba to nowa rosyjska superprodukcja w reżyserii Vladimira Bortko. Chciałem napisać o niej coś mądrego, ale jakoś nie potrafię. Zresztą, niektóre filmy mówią same za siebie. Albo wyręczają się narratorem i protagonistami. Oddaję więc głos ukraińskim Kozakom, którzy do krwi ostatniej walczą z Lachami (tzn. z nami!), choć nie tyle dla odzyskania niepodległości, lecz aby łaskawie zauważyło i przygarnęło ich przyszłe ZSRR!
Można potraktować ten post jako "sequel" jednego z czerwcowych KCT, w którym dowiadywaliśmy się, co myślą bohaterowie klasycznych polskich komiksów tuż przed skonaniem. Teraz przyszła kolej na walecznych Kozaków, którzy w obliczu śmierci robią się wyjątkowo elokwentni...


Kozacki pop (kula w bebechy): Nie żal rozstawać się ze światem. Daj Boże każdemu doczekać takiego końca! Niech na wieki będzie sławną rosyjska ziemia!

Stiepan (wbity na dzidy): Niech przepadną wszyscy wrogowie i przez stulecia raduje się rosyjska ziemia!

Akurat ta przemowa była krótka, lecz skwapliwie uzupełnia ją narrator:

Narrator: I odleciała młoda dusza... Wzięli ją pod ręce aniołowie i ponieśli w niebiosa. Siądź, Stiepan, po mojej prawicy, powie mu Chrystus. Nie zdradziłeś towarzyszy... nie uczyniłeś niczego niegodziwego.* Chroniłeś i zachowałeś moją cerkiew.

* Jezus łaskawie przymyka oko na aktywny udział Stiepana przy wyrzynaniu kilkudziesięciu polskich wiosek. W końcu ich mieszkańcy nie byli prawosławni!

Borodaty (zasiekany szablami): Mam nadzieję, panowie bracia, że umieram dobrą śmiercią. Zarąbałem siedmiu, kopią zakłułem dziewięciu. Niech na wieki rozkwita...rosyjska ziemia!

Mosij Szyło (podstępnie ukłuty w plecy): Żegnajcie... panowie bracia, towarzysze. Niech na wieki trwa prawosławna, rosyjska ziemia. I wieczna jej chwała!

Kolejny Kozak (ugodzony w pierś): Dziękuję Bogu, że przyszło mi umrzeć w waszej obecności, towarzysze. Niech naszym następcom żyje się lepiej, niż nam przyszło żyć... i niech pięknieje umiłowana przez Chrystusa rosyjska ziemia!

Taras Bulba (płonąc na stosie): Co? Pojmaliście mnie, przeklęte Lachy? Poczekajcie! Nadejdą takie czasy, że zrozumiecie, co znaczy prawosławna, rosyjska wiara! Już teraz szanują ją bliższe i dalsze narody. Zrodzi się.... z rosyjskiej ziemi... nasz car! I nie będzie w świecie siły, która by mu nie uległa!

Narrator (dodaje): Ale czy znajdą się na świecie tacy odważni... takie ognie i taka moc, która pokonałaby rosyjską potęgę?

Z pewnością nie za wspaniałych rządów Wladimira Putina!!!

7 września 2010

No control

Bieżący tydzień zapowiada się tak pracowicie, że raczej nie znajdę czasu na publikację większego posta. Niestety! Ledwo co udaje mi się przeczytać dziennie kilka stronic powieści Łaskawe Johnatana Littella. Zapewne niedługo podzielę się swoimi przemyśleniami, gdyż doprawdy trudno o lekturę w większym stopniu prowokującą. Na dzień dzisiejszy swoisty teaser pod postacią cytatu. Być może nie zawiera się w nim żadna z przewodnich myśli utworu, są to raczej poboczne przemyślenia bohatera. Nawiązują one jednak do zagadnień dość regularnie na blogu poruszanych...

"Nagle stało się dla mnie przeraźliwie jasne, że męska kontrola i dominacja to mit, że mężczyźni to dzieci, zabawki, służące kobietom do osiągania przyjemności, przyjemności nigdy nie zaspokojonej i o tyle osobliwej, że - chociaż mężczyźni mają złudzenie kontroli i sądzą, że panują nad kobietami - w rzeczywistości to one wysysają z nich wszystko, rujnują ich dominację i łamią kontrolę, żeby na koniec dostać od nich dużo więcej, niż oni sami chcieliby dać. W swej świętej naiwności mężczyźni uważają, że kobiety są bezbronne i trzeba je w związku z tym wykorzystywać i chronić, a tak naprawdę to kobiety, pełne tolerancji i uczucia, a czasem także pogardy, kpią sobie z dziecięcej i nieskończonej bezbronności mężczyzn, z ich wrażliwości, z kruchości, prowadzącej tak często do całkowitej utraty kontroli, z tego, jak bardzo są podatni na złamania, i z próżności zamkniętej w silnych męskich ciałach. Dlatego zapewne kobiety zabijają tak rzadko. Tak, ich cierpienie jest większe, ale to one mają zwykle ostatnie słowo."

Trudno się nie zgodzić z tak przenikliwą i bezlitosną opinią. To my jesteśmy płcią słabą, a na dodatek jeszcze brzydką! Jedyna nadzieja w tym, że świadome swej przewagi kobiety od czasu do czasu okażą się dla nas łaskawe...


Tytuł: Łaskawe
Autor: Jonathan Littell
Wydawca: Wydawnictwo Literackie, 2008
Liczba stron: 1040 (!)

23 sierpnia 2010

Poszukiwanie Ptaka Czasu trwa!


Saga Le Tendre i Loisela W poszukiwaniu Ptaka Czasu (zwana u nas także Pelissą), cieszy się estymą powszechną i jak najbardziej zasłużoną. W końcu nie codziennie ukazuje się komiks fantasy tak oryginalny, tak obfity w świeże pomysły, tak wyrafinowany, w takim stopniu przesycony błyskotliwym, nierzadko zgryźliwym dowcipem. Trudno nie lubić tej serii i jej bohaterów, nie sposób nie podkochiwać się w ponętnej Pelissie… Jednak nasza polska sympatia nie może się równać z prawdziwym kultem, jakim Poszukiwanie cieszy się w kraju swoich twórców.


Pomijając fakt, że na każdym stoisku z komiksami można bez problemu odszukać wszystkie albumy w pięknych wydaniach (kredowy papier, twarda oprawa), dowodem niesłabnącej popularności są kolejne tomy serii prequelowej Avant La Quete (Przed poszukiwaniem), opowiadającej o młodości Dragona, a także zapowiedź sequela, którego treść jak dotąd owiana jest tajemnicą. Ale na tym nie koniec! W profesjonalnych sklepach zakupić można miedzy innymi:


- imponujące popiersie Bragona;


- Bragona w pełnej krasie, spoglądającego z dumą na najnowszy tom swych młodzieńczych przygód;


- pokaźnych rozmiarów portret Łowcy (de facto jest to reprodukcja okładki trzeciego albumu);


- scenkę rodzajową z bohaterami pierwszego albumu prequela. Niestety, zdjęcie wyszło fatalnie i prawie nie widać, że przedstawia nocną przeprawę Mary, Bagona i Javina…


- rewelacyjną panoramę sagi z Pelissą i Dragonem na pierwszym planie. Drugi plan mało widoczny, więc musicie uwierzyć mi na słowo, że nie zabrakło na nim żadnego z ważniejszych bohaterów;


- Pelissę w pełnej krasie. Jakaż ona tutaj urocza! Szkoda, że okazała się aż tak droga (18 Euro) i musiałem obejść się smakiem. A podobno piękno nie ma ceny…

3 sierpnia 2010

Las krzyży w centrum Warszawy

W momencie, w którym piszę te słowa, przed Pałacem Prezydenckim stoi jeszcze pokaźnych rozmiarów drewniany krzyż. Ba, żeby jeden! Tłumy sprzeciwiające się jego usunięciu przyniosły ze sobą dziesiątki innych, na wypadek, gdyby tego jednego nie udało się obronić. A zamierzają osłaniać go własną piersią do ostatka. Czy w centrum Warszawy rozegrają się dantejskie sceny? Czy dojdzie do rozlewu krwi? Czy rozsierdzeni katolicy rzucą się na policyjny konwój, by w imię Jezusa rozerwać go na strzępy? Wyobraźnia podsyca różne scenariusze, choć zdrowy rozsądek podpowiada, że wszystko rozejdzie się po kościach. Prymas przemówi z gigantycznego telebimu do zgromadzonych na placu mas, nawołując do rozejścia się, gdyż już przez samą manifestację spełniły swój obowiązek. Niedoszły prezydent zorganizuje zaś Paradę Krzyży, której każdy uczestnik zarzuci na plecy kawał drewna, by w pocie czoła przemaszerować głównymi ulicami Warszawy. Niech nas zobaczą, niech na całym świecie wiedzą, że jesteśmy krajem na wskroś katolickim!

Gdyby jeszcze był to konflikt z prawdziwego zdarzenia, gdyby po jednej stronie barykady z krzyży stali fanatyczni obrońcy jedynej prawdziwej wiary, zaś z drugiej ateusze, dumnie dzierżący w ręce certyfikat apostazji… Ale gdzie tam! Również druga strona deklaruje przywiązanie do wartości, reprezentowanych przez ów nieszczęsny krzyż, którego bynajmniej nie zamierza usuwać, lecz uroczyście przenieść do kościoła, miejsca niewątpliwie bardziej dlań odpowiedniego. Doprawdy, niezgorsza fanatycznego umysłu potrzeba, by w rządowej decyzji dopatrzyć się ataku na religijne symbole.

Dzisiejsze zdarzenia nie przynoszą nam chwały w oczach pozostałych państw Unii, które naiwnie założyły, że wyznanie powinno pozostać osobistym wyborem obywatela, zaś czasy wojen religijnych mamy już za sobą (przynajmniej na terenie Europy). Znowu trzeba będzie tłumaczyć całemu światu, że to tylko efekt propagandy kilku oszołomów, którzy wbrew własnemu przekonaniu nie reprezentują woli całego narodu. Podobnie absurdalne afery czynią z Polski pośmiewisko całego świata. Może jednak o tej jednodniowej „wojnie krzyżowej” usłyszy również jeden z obywateli Japonii, mangaka Shintaro Kago. Zważywszy na jego upodobanie go groteski, nie zdziwiłbym się, gdyby poświęcił zdarzeniom z 3 sierpnia jedną ze swych szalonych historyjek. Czemu zresztą poprzestawać na jednej nowelce? Rzeczywistość RP z pewnością dostarczyłaby mu materiału na cały album. Skoro w przeszłości udało mu się z ZSRR, nic nie stoi na przeszkodzie, by podsumował również nas. Zasłużyliśmy sobie!

PS po kilku dniach: Do zamieszek istotnie doszło, natomiast rozlewu krwi uniknięto, zostawiając krzyż na placu. Od tej pory będzie to zapewne miejsce pielgrzymek fanatyków z całego kraju, wieców prawicowych i publicznych egzorcyzmów. Też fajnie!

Pierwotnie zamieściłem pod tekstem prowokacyjną okładkę Marduka (patrz tutaj), ale wprowadzam autocenzurę, ponieważ bardziej adekwatne wydaje mi się zdjęcie z zajścia. Zwróćmy uwagę na flagę z absurdalnym hasłem "Katyń trwa!"

28 lipca 2010

Nocnik na Indeksie Ksiąg Zakazanych!


Nie spodziewałem się, że twórczość Andrzeja Żuławskiego jeszcze kiedyś doczeka się zakazu rozpowszechniania. Owszem, za dawnych lat był u nas artystą wyklętym, jego polskie filmy leżały na półkach, a francuskich nikt nie ośmielał się sprowadzać. Jednak te mroczne czasy minęły i choć niepokornemu reżyserowi również w latach 90tych udało się wywołać skandal Szamanką, nie spowodowało to bynajmniej zdjęcia filmu z ekranów, wręcz przeciwnie – zapewniło spory sukces finansowy tej niełatwej w odbiorze produkcji. W ostatnim czasie Żuławski przeżywał prawdziwy renesans popularności za sprawą przeglądu jego twórczości na kilku festiwalach filmowych, a także wywiadu-rzeki, jaki udzielił wysłannikom Krytyki Politycznej. Wydawało się, że tym samym wszedł do szanowanego grona nobliwych klasyków. Tymczasem 15 lipca bieżącego roku sąd zakazał wydawania i sprzedawania jego ostatniej książki. A więc Żuławski znowu na cenzurowanym!

Z pewnością ten zakaz w większym stopniu niż najbardziej hałaśliwa promocja przyczyni się do popularności Nocnika. Teraz chyba każdy będzie chciał zdobyć i przeczytać tę powieść! Osobiście w trybie natychmiastowym zabieram się za jej poszukiwanie, od aukcji Allegro rozpoczynając.... No tak, ceny już wahają się pomiędzy 60 a 100 zł, zaś chętnych nie brakuje... Powinienem zakupić ją wcześniej! A dlaczego tego nie zrobiłem? Z prostej przyczyny: nie jestem entuzjastą literackiej twórczości Żuławskiego. Podczas gdy jego kunszt reżyserski uznaję za bezdyskusyjny, mam poważne wątpliwości co do literackiego. Pan Andrzej jest bardzo płodny i trzaska powieść za powieścią. Co roku wychodzi przynajmniej jedna, jednak ilość niekoniecznie przechodzi w jakość. Przeważająca większość wydaje się napisana metodą strumienia świadomości, choć może należałoby powiedzieć: gigantycznego potoku myśli, która nieokiełznana pędzi gdzieś tam, przed siebie, gubiąc po drodze nawet bardzo cierpliwych czytelników. Mam na końcu języka brzydkie określenie „grafomania”, ale wolałbym nim nie szafować w przypadku prozy, która ewidentnie ma coś frapującego do przekazania, tyle że robi to w sposób maksymalnie nieczytelny. Przynajmniej dla mnie. Wolałbym, żeby Żuławski narobił szumu jakimś nowym filmem, jednak wygląda na to, że już dekadę temu podsumował się Wiernością, a obecnie chwyta wyłącznie za pióro, kamerę pozostawiając w rękach zdolnego potomka. Zarazem jest coś pocieszającego w fakcie, że nawet na literackim poletku, przeważnie nie wzbudzającym emocji wśród szerokich warstw społeczeństwa, potrafi namieszać i nabroić.

Jeśli chodzi o szczegóły sprawy, na chwilę obecną wiem mniej więcej tyle, co wszyscy. Żuławski zawarł w Nocniku intymne szczegóły swego burzliwego związku z młodziutką aktorką Weroniką Rosati, zmieniając jednak jej imię (jest więc to powieść z kluczem, a nie autobiografia - istotna różnica!). Nie po raz pierwszy żywot własny reżysera staje się osią fabularną jego powieści, np. samej Sophie Marceau poświęcił kilka opasłych tomów (Kikimora, O niej, itp.). Tym razem jednak portretowana przezeń osóbka poczuła się urażona i wytoczyła mu proces. Jak dotąd jego efektem jest zakaz publikacji, ale na tym może się nie skończyć. Sąd może nakazać Żuławskiemu publiczne przeproszenie nadąsanej Rosati, a może nawet wypłacenie jej jakiejś rekompensaty za straty moralne. On sam deklaruje, że prędzej pójdzie do więzienia, niż się pokaja bądź zapłaci, bowiem wierność zasadom ceni wyżej niż wolność osobistą. Jest gotowy na męczeństwo w imię wolności słowa!

Wiem, wiem, cała sprawa zalatuje plotkarskim magazynem, jakimś Faktem czy Super Ekspresem (pismami, które niegdyś jako pierwsze zainteresowały się romansem Żuławskiego i Rosati, „starego dziada i młódki”) i być może nie ma warto się nią ekscytować. Jednak w dzisiejszych czasach zakaz dystrybucji powieści, jakakolwiek by nie była, jest faktem dość niepokojącym. Czyżby zwiastował powrót cenzury obyczajowej, patrzącej artystom na ręce, skrupulatnie sprawdzającej, czy czasami kogoś tam nie obrażają pomiędzy wierszami? Zorganizowanego aparatu represji, wytrwale tępiącego wszelkie przejawy niezależnej myśli? Lepiej uważajmy!


Tytuł: Nocnik. 27 XI 2007 – 27 XI 2008
Autor: Andrzej Żuławski
Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010
Liczba stron: 644
Status: Zakazana!

21 lipca 2010

007 - Książę z bajki


Kolejny przeczytany Bond. Z wyjątkowo kiczowatą okładką, jakiej powstydziłyby się nawet wydawnictwa bardziej szemrane od Rzeczpospolitej. Jednak w pewien sposób współgra ona z treścią Szpiega, który mnie kochał, najbardziej nietypowej powieści z bondowskiego cyklu. Tym razem bowiem funkcję narratora przejmuje Vivienne Michel, młoda Kanadyjka, którą podczas samotnej podróży po Ameryce wpada w nie lada tarapaty. Zginęłaby z kretesem z łap dwójki zbirów, Sola Horrora i Spluwaka Moranta (już ich ksywy sprawiają, że włos jeży się na głowie!), gdyby sytuacji nie uratował pojawiający się znikąd 007. Agent bez większych kłopotów wykańcza łobuzów i rozkochuje w sobie dziewczynę. Narracja zauroczonej Vivienne wpływa na styl powieści, przywodzący niekiedy skojarzenia z literaturą romansową dla pań. Oczywiście Bond jest znacznie bardziej intrygującym obiektem westchnień od latynoskiego kochanka z pierwszego lepszego Harlequina. Ale oddajmy już głos bohaterce...

"Nigdy jeszcze nie uprawiałam miłości, całkowitej miłości, tak sercem, jak i ciałem. Wreszcie pojęłam, czym ta rzecz może być w ludzkim życiu.
Chyba wiem, dlaczego mu się tak całkowicie oddałam i dlaczego byłam do tego zdolna z mężczyzną poznanym zaledwie sześć godzin temu. Niezależnie od jego ekscytującego wyglądu, pewności siebie, męskości, pojawił się znikąd, jak książę w baśni, i uratował mnie od smoka. Gdyby nie on, już bym nie żyła, przedtem jeszcze Bóg jeden wie, co wycierpiawszy. Mógł zmienić koło w swoim samochodzie i odjechać, albo - gdy pojawiło się niebezpieczeństwo - mógł troszczyć się o własną skórę. Tymczasem on walczył o moje życie jak o własne. A potem, kiedy smok został zabity, wziął mnie jako nagrodę. Wiedziałam, że za kilka godzin odjedzie - bez wyznań miłosnych, nie tłumacząc się i nie przepraszając. I na tym sprawa się zakończy - było i przeszło.
Każda kobieta lubi być na wpół zgwałcona. Lubimy być wzięte. To jego cudowna brutalność wobec mego potłuczonego ciała uczyniła ten akt miłosny tak przenikliwie rozkosznym. To i koincydencja nerwów całkowicie rozluźnionych po ustaniu napięcia i zagrożenia, ciepłe doznanie wdzięczności i naturalne uczucie kobiety dla jej bohatera. Nie żałowałam tego i nie wstydziłam się. Sprawa mogła mieć dla mnie różne konsekwencje: nie najmniej ważna z nich taka, że odtąd mogą już nie zadowalać mnie inni mężczyźni. Ale jakiekolwiek byłyby moje kłopoty, on nie dowie się o nich. Nie będę za nim goniła i starała się powtórzyć tego, co było pomiędzy nami. Będę się trzymać od niego z daleka i niechaj idzie własną drogą, na której spotka inne kobiety, nieprzebrane mnóstwo innych kobiet, które zapewne dadzą mu tyle samo fizycznej rozkoszy, ile jej doznał ze mną. Nie dbam o to - a przynajmniej powiedziałam sobie, że nie dbam - bo żadna z nich nigdy go nie posiądzie na własność, nie otrzyma z niego więcej niż to, co ja mam teraz. I do końca życia będę mu wdzięczna... za wszystko. I zapamiętam sobie go na zawsze jako mój wizerunek mężczyzny."


Klasyczna, stylowa okładka powieści. Polscy graficy, uczcie się od angielskich kolegów po fachu!


Tytuł: Szpieg, który mnie kochał (Cykl: James Bond 007)
Autor: Ian Fleming
Przekład: Robert Stiller
Wydawca: Rzeczpospolita, 2008
Liczba stron: 168

13 lipca 2010

007 - Pożegnanie z bronią


Wakacje. Piaszczysta plaża, skwar z nieba, absolutny relaks – od obowiązków, od komputera, nawet od filmów! Moją jedyną aktualną troską jest właściwy dobór lektury. Idealnie nadaje się bondowska kolekcja Rzeczpospolitej. Nawet wizualnie, gdyż projekty okładek utrzymane są przeważnie w ciepłych barwach, idealnie korespondujących z kolorem kostiumów plażowiczek. W przeczytanym właśnie Doktorze No, który w przeciwieństwie do ekranizacji nie jest początkiem cyklu, lecz już piątą jego częścią, szczególne wrażenie wywarł na mnie jeden z początkowych ustępów. M w obawie o bezpieczeństwo jednego ze swych najlepszych agentów nakazuje mu rozstać się z wysłużoną berettą kalibru .25. Choć jej następczynią ma być znacznie skuteczniejszy Smith & Wesson kaliber .38, James Bond jest niepocieszony. W końcu spluwa jest najlepszą przyjaciółką mężczyzny...

„Bond przeniósł oczy na pistolet i kaburę na biurku. Pomyślał o piętnastu latach, w ciągu których ożeniony był z tym brzydkim kawałkiem metalu. Wspominał, ile razy wypowiedziane przezeń słowo ratowało mu życie… i jak często wystarczało jedynie berettą pogrozić. Myślał o tym, jak rozbierał tę spluwę, oliwił ją, i starannie ładował naboje do sprężynującego magazynka, repetując raz i drugi, wyrzucając je na posłanie w jakiejś hotelowej sypialni, gdzieś w szerokim świecie. A potem ostatnie pociągnięcie suchą szmatką i broń wracała do miękkiej kabury, a on szedł do lustra, żeby sprawdzić, czy jest niewidoczna. A potem drzwi, ulica, spotkanie, które zakończy się ciemnością albo światłem. Ile razy uratowała mu życie? Ile podpisała wyroków śmierci? Bondowi zrobiło się smutno. Jak można się tak związać uczuciowo z nieożywionym przedmiotem, może i brzydkim? Musiał też przyznać, że beretta nie jest tej samej klasy co spluwy wybrane dla niego przez zbrojmistrza.
Ale łączyły ich wspólne więzy. A teraz M je przetnie.
- Przepraszam, James – powiedział M i w jego głosie nie było współczucia – Wiem, jak lubisz ten kawał żelastwa. Ale obawiam się, że pora z nim skończyć. Nigdy nie dawaj broni drugiej szansy…. Tak jak człowiekowi. Nie mogę sobie pozwolić na hazard w sekcji zero zero. Zero zero muszą być należycie wyposażeni. Rozumiesz to? Broń w twojej robocie jest ważniejsza niż dłoń czy stopa.
- Wiem o tym, sir – Bond uśmiechnął się słabo – Nie będę się spierał. Tylko przykro mi patrzeć na jej koniec.”


Beretta


Smith & Wesson


Tytuł: Dr No (Cykl: James Bond 007)
Autor: Ian Fleming
Przekład: Robert Stiller
Wydawca: Rzeczpospolita, 2008
Liczba stron: 264

6 czerwca 2010

Die Wikinger - Angriff der Nordmänner (2003) - Epos aus dem vorchristlichen Polen!

Wikingowie - Najazd Normanów. Czyżby nowy film o ludziach Północy, z "wypożyczonym" Michałem Żebrowskim w jednej z głównych ról? Niestety nie. Choć nasz aktor nie ma nic przeciwko występowaniu w zagranicznych eposach (rosyjskie 1612), tym razem chodzi o produkcję jak najbardziej polską. Pod takim właśnie tytułem funkcjonuje w Niemczech dobrze nam znana Stara Baśń Jerzego Hoffmana. Normanowie posłużyli za wabik dla tamtejszych nabywców DVD, którym tytuł oryginalny niewiele mówi. Czy byłoby zresztą wielu zainteresowanych siermiężnym filmem o początkach polskiej państwowości? Natomiast Wikingowie to pewna marka. Wojowniczy lud żeglarzy niezmiennie fascynuje, a że na ekranach kin nie gości zbyt często, nie może być mowy o przesycie. Jest wręcz odwrotnie: niedostatki w tej materii powodują ryzykowne posunięcia dystrybutorów, pragnących dostarczyć miłośnikom krwawych Normanów jak najwięcej filmów z ich udziałem. Nawet jeżeli przypada im w nich rola zgoła epizodyczna.

Wikingów w Wikingach jest jak na lekarstwo, lecz gdyby reżyser pozostał wierny adaptowanemu tekstowi, nie byłoby ich wcale. U Józefa Ignacego Kraszewskiego ziemie Polan najeżdżają wojownicy innej narodowości, mianowicie Germanowie! Dla naszych przodków stanowili stałe zagrożenie, z racji swego bezpośredniego sąsiedztwa i militarnej potęgi. To właśnie oni pełnią w powieści funkcję przerażających czarnych charakterów, w znacznie większym stopniu niż satrapa Popiel, którego poddani obalają już przed połową książki. Dopiero po jego upadku pojawiają się germańskie armie, zamierzające utopić raczkujące państwo Polan w rzece krwi i ognia. Złotowłosych sadystów powstrzymuje dopiero wspólny wysiłek zjednoczonych plemion. W momencie wydania książki jej antyniemieckie przesłanie było bardzo na czasie (walka z zaborcą!), natomiast na progu XXI wieku brzmi anachronicznie, przynajmniej według Hoffmana. Wszyscy dążymy przecież do wspólnej Europy, usuwania granic i zacierania różnic, zapominania i wybaczania. Po co przypominać dawne waśnie i ludobójstwa, po co otwierać stare rany? Politycznie niepoprawnych Germanów zastąpili więc neutralni Wikingowie, których reputacji i tak nic już nie zaszkodzi.

Być może ów kosmetyczny zabieg sprowadził Starą Baśń do poziomu średnio emocjonującego kina przygodowego, ale i otworzył jej drogę na zachodni rynek DVD. Jeśli wierzyć opisowi dystrybutora na tylnej stronie okładki, możemy być z filmu wręcz dumni. Mamy bowiem do czynienia z "wielkim, narodowym eposem, rozmachem dorównującym produkcjom amerykańskim". Jak miło przeczytać coś takiego o polskim filmie świeżej daty! Zazwyczaj chwali się nas za arcydzieła Szkoły Polskiej sprzed 60 lat... Z komentarzy niemieckich widzów wynika, że Die Wikinger - Angriff der Nordmänner im się raczej podobał, mimo nieuchronnego rozczarowania zbyt krótkim występem tytułowych Wikingów. Ciekawe, jak odebraliby film, zrealizowany zgodnie z duchem powieści Kraszewskiego?

Tutaj można kupić rzeczony film. Dodatków najwyraźniej brak, ale można wybrać sobie wersję językową: oryginalną polską, albo niemiecki dubbing. Ciekaw jestem, jak zabrzmiała Stara Baśń in Deutsch?

30 lipca 2009

ENH - Festival of Beauty!

Festiwal Era Nowe Horyzonty, 9. edycja. Z ilością atrakcyjnych filmów prezentowanych na tej imprezie konkurować może jedynie ilość atrakcyjnych dziewcząt, które zjechały z całej Polski - blondynki, brunetki, szatynki, wysokie i niskie, szczuplutkie i przy kości. Są wśród nich nawet prawdziwe Boginie, o posągowych, rubensowskich kształtach, co budzi mój szczególny zachwyt (pięknego ciała nigdy za dużo!). Wśród tych cudów Natury nie zabrakło innych nacji (w końcu jest to impreza z international w nazwie!), wśród których największe wrażenie robią Azjatki, wyjątkowo liczne w tym roku, przyciągnięte zapewne pełną retrospektywą nudziarza Tsai Ming-Lianga bądź transgresyjnymi horrorami erotycznymi, czy to koreańskimi ("Wycieńczeni"), czy też japońskimi ("Cybronowe dusze"), których przynajmniej w Japonii nie sposób obejrzeć bez cenzury (jak widać, genitalia są tam większym tabu nawet od zoofilii). Tak, jest co oglądać, jest co smakować i podziwiać. Szkoda, że na sali kinowej po rozpoczęciu seansu zapada zmrok, co poważnie ogranicza naszą percepcję.
Pretekstem do tej eksplozji piękna są rzecz jasna pokazy filmów, w większości nietuzinkowych, nierzadko bardzo ciekawych, czasami wręcz bardzo dobrych, a w wyjątkowych wypadkach - zapierających dech i wciskających w fotel ("Głód", "Biała wstążka", "Tlen", "Miłość" - to pierwsze tytuły, któłre przychodzą na myśl). Jak zwykle pochłaniam je w ilościach hurtowych, jednak czas na refleksję, jakieś syntetyzujące spojrzenie przyjdzie później, gdy przestaną mi zaprzątać myśli setki dorodnych cór Ewy, z których niejedna wzbudziłaby zazdrość u samej Afrodyty (przyznaję, zabrzmiało to nieco pretensjonalnie, ale wolałbym uniknąć zanadto dosadnych, rażąco prymitywnych określeń, które usłyszeć możemy przy każdej budce z piwem - "fajne dupy", "niezłe laski", "spoko cizie" itp.)
Wpis idealnie ilustrowałyby fotki co piękniejszych uczestniczek (poczynione przez niżej podpisanego byle jak, bo komórką, lecz wciąż cieszące oko), jednak zamieszczanie ich tutaj byłoby nie fair - w końcu nie każde dziewczę chce widzieć swoją podobiznę jako ilustrację do napalonego wpisu w jakimś dziwacznym blogu. Tym razem będzie więc ascetycznie, lecz obiecuję, że ten stan nie potrwa długo!