Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

22 listopada 2010

Komiksowy Cytat Tygodnia - Rozbitkowie czasu, T.3: Labirynty

Nareszcie!!! W końcu doczekaliśmy się dalszego ciągu serii, której tom pierwszy pojawił się w Polsce już dziewiętnaście lat temu na łamach Komiksu (byłego Komiksu-Fantastyka). Niestety wydawnictwo upadło, zanim zdążyło zabrać się za tom drugi. Kilka stronic z niego znalazło się w pierwszym numerze magazynu CDN, który błyskawicznie zakończył działalność. Być może uznano wówczas, że nad cyklem Jeana-Claude'a Foresta i Paula Gillona wisi jakaś klątwa i na wszelki wypadek postanowiono zostawić go w spokoju? Wyzwanie podjął dopiero Egmont, którego pozycja potentata komiksowego rynku jest na tyle silna, że zapewne niestraszne mu żadne fatum.

Pierwsze wydanie zbiorcze zawiera pięć albumów, w tym Uśpioną gwiazdę, dobrze znaną starszym komiksomaniakom. Od 1991 roku zapewne nie raz zastanawiali się nad tym, jak dalej potoczyły się losy "tysiącletniego" Christophera; czy pięknej i do szaleństwa zakochanej w nim Marze udało się wyjść cało ze spotkania z okropnymi żabo-wiedźmami, którym ofiarowała swe życie; wreszcie jakim szczwanym fortelem bohaterowie zawładnęli kapsułą z uśpioną Valerią, "wielbioną przez milion szczurów"... Teraz wszystkie pytania doczekają się odpowiedzi - za niecałe 100 zł! (Hmm, Egmont powinien mi zapłacić za tak nachalną reklamę...)

O Rozbitkach czasu pisze się przeważnie jako o space operze i choć jest to właściwie trafne określenie, może zanadto kojarzyć się z nudziarstwem pokroju Star Treka. Tymczasem mamy do czynienia z dziełem oryginalnym, co chwila zaskakującym fabularnymi rozwiązaniami oraz wizualną inwencją. Najbardziej jednak zapada w pamięć jego poetycka, subtelnie dekadencka atmosfera. Widoczna chociażby w poniższym fragmencie tomu trzeciego. Piękna i drapieżna Quinine prowadzi Christophera na spektakl organizowany przez Tapira, wielką szychę na planecie Limavan, "człowieka podstępnego, okrutnego... ale także artystę."


Quinine: Doskonale. Tutaj nie przegapimy niczego z tego cudownego spektaklu...

Quinine: Ach! Oto i ona... Nosi maskę wedle ostatniej mody. Głowę puszczyka...

Christopher: Klowni rozdają coś w rodzaju dmuchawek... Co to oznacza?
Quinine: Nie wiem... To nowy numer...

Christopher: Jest niesamowita!... Tańczy nie dotykając ziemi...
Quinine: Urządzenie anty-grawitacyjne utrzymuje ją w stanie nieważkości... Wielkie wynalazki w służbie małych idei!... Natomiast dmuchawki pryskają rodzajem kleju, który jest zarazem pewnym symbolem... sprośnym...

Christopher: Powiedziałbym raczej: bańki mydlane...
Quinine: Te bańki wkrótce okrzepną, tworząc zwartą i twardą masę!... Widziałam już, jak robiono to ze zwierzęciem... Na koniec jest zawsze w tym jakaś interesująca... niespodzianka!

Christopher: Czy ona się udusi?
Quinine: Bez obaw! Tapir dba o artystów. Ma zresztą wiele innych sposobów na pozbywanie się swoich kobiet...

Quinine: Numer zmierza ku końcowi... Zobacz, kto wkracza na scenę... Tapir we własnej osobie!

Quinine: Uzbrojony jest w szablę o długiej klindze...

Quinine: I wcina się nią w samo sedno...


2 września 2010

Mio figlio Nerone (1956) - Boski, oszczędzaj głos!

W latach 50. ekrany kin zdominowały wielkie produkcje historyczne, przeważnie o tematyce biblijnej (Stary Testament, Jezus i spółka) i około-biblijnej (prześladowania szlachetnych chrześcijan przez dekadenckich Rzymian). Kręcone z przepychem, w technice Technicolor i widescreen, bez wątpienia były imponującymi widowiskami, jednak już nawet wówczas mogły irytować bardziej wyrobionych widzów niemiłosiernym patosem, fabularnym banałem i natrętnym moralizatorstwem. Od pewnego momentu inicjatywę przejęli Włosi, realizując setki filmów o zbliżonej tematyce i znacznie skromniejszym budżecie. Jednak w 1956 roku postanowili zabawić się nieco kosztem antyku, realizując komedię Mio figlio Nerone, w której centralną postacią został najbardziej popularny czarny charakter filmów sandałowych, cesarz Neron.

Jakże to, matkobójca i podpalacz Rzymu bohaterem lekkiej komedii?!? Ale właściwie, dlaczego by nie? Od prawie dwóch tysięcy lat ten rzymski cesarz był obiektem niezliczonej liczby niewybrednych paszkwili. Chrześcijanie nie mogli mu wybaczyć, że to za jego panowania rozpoczęły się prześladowania ich religii, nie zakrojone co prawda na tak szeroką skalę, jak to się zazwyczaj przedstawia, ale mniejsza o szczegóły. Neron stał się symbolem krwawego tyrana, a dla jego większego zohydzenia uczyniono zeń karykaturę, wyśmiewając wszystko, co tylko się dało: jego rude włosy, tuszę, nawet zacięcie artystyczne. Ten komiczny aspekt cesarza widać dość dobrze w ekranizacjach Quo Vadis, zawierających obowiązkową scenę, w której niemiłosiernie fałszuje przy akompaniamencie liry, skwapliwie oklaskiwany przez zastraszonych dworaków. Zwłaszcza Peter Ustinov w słynnej amerykańskiej produkcji nie zawahał się swoją aktorską szarżą uczynić z Nerona postaci, która budzi zarówno grozę, jak i śmiech.

Jeszcze dalej poszedł w Mio figlio Nerone Alberto Sordi, który jako szalony cesarz wyłącznie bawi, pomimo licznych nagannych postępków, jakich się dopuszcza. Zresztą bardzo często to właśnie one stają się źródłem przedniej rozrywki. Neron stroni od Rzymu, spędzając czas w nadmorskiej willi, w towarzystwie swojej narzeczonej, pięknej Poppei (Brigitte Bardot) oraz starego nauczyciela, filozofa Seneki (Vittorio De Sica). Idyllę przerywa pojawienie się Agryppiny (Gloria Swanson), matki cesarza, która nie daje mu spokoju, namawiając do podboju Brytanii. Przyłączenie nowych ziem do imperium byłoby czynem godnym władcy Rzymu i napełniłoby dumą jej matczyne serce. Tymczasem Neron ma zupełnie inną wizję swojej kariery. Chciałby zostać pierwszym artystą na carskim tronie, a zagranicę podbić raczej swym talentem wokalnym podczas międzynarodowego tournee.

Jego zapał jest autentyczny i aż szkoda, że nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistych umiejętnościach. Co do tego, że Neron nie powinien śpiewać, zgadzają się wszyscy, doskonale przy tym wiedząc, że zdradzenie się z tą opinią nie byłoby czynem rozsądnym. Jednak podczas gdy Poppea i Seneka, pragnący utrzymać swą pozycję faworytów, prześcigają się w komplementach, matka robi wszystko, by poznał przykrą prawdę o swym talencie. Rzecz jasna wykorzystuje do tego osoby postronne. Nawet bez prób kwestionowania talentu syna Agryppina musi mieć się na baczności. Neron przeczuwa, że to właśnie ona jest główną przeszkodą na drodze do wielkiej kariery i postanawia się jej pozbyć. Na wszelkie możliwe sposoby. Czy jednak osobę, której udało się przeżyć rządy Tyberiusza, Kaliguli i Klaudiusza (notabene pomagając temu ostatniemu w przejściu na tamten świat), można tak łatwo wyeliminować?

Komedie historyczne rzadko kiedy są autentycznie zabawne, gdyż opierają się głównie na wygłupach (Kleopatra poślizguje się na skórce od banana, itp.), na szczęście Mio figlio Nerone uznać można za chwalebny wyjątek. Mogłoby się wydawać, że śpiewający Neron to czysty banał, a jednak! Widok Alberto Sordiego, który na scenie ozdobionej jak do barokowej opery wykonuje arię Mamma Mia, w czym wspomaga go chór uroczych cherubinków, potrafi rozbawić do łez. Podobnej sekwencji nie powstydziłby się sam Ken Russell za swoich najlepszych lat! Międzynarodowa obsada świetnie się ze sobą czuje, choć ze wspomnień Brigitte Bardot wynika, że na planie każdy mówił w swoim ojczystym języku (ona sama po francusku, Sordi i De Sica po włosku, a Swanson amerykańskim angielskim) i raz po raz pojawiały się problemy z komunikacją. A propos Bardotki, w kostiumie antycznym wygląda równie wspaniale, co we współczesnym i kto wie, czy gdyby w tym samym roku nie zagarnął jej Roger Vadim, nie stałaby się największą gwiazdą włoskich peplum?

W przedniej rozrywce nie powinien nam przeszkadzać fakt, że autentyczna historia wyglądała akurat odwrotnie. Gdyby Neron istotnie zaszył się na prowincji i muzykował, Agryppina byłaby wniebowzięta. Tych dwoje toczyło bowiem bezpardonową walkę o władzę, w której każdy cios był dozwolony, a wygrać mógł sprytniejszy i bardziej bezwzględny. Fakt zwycięstwa Nerona dobrze świadczy o jego inteligencji, choć nie przynosi mu chwały. Nerona na serio należy szukać jednak gdzie indziej, nie w kinie, lecz komiksowej serii Murena, której cztery pierwsze albumy wyszły również u nas.

„Minął Nero, jak mija wicher, burza, pożar, wojna lub mór”, ale na szczęście można oglądać go w tak fajnych filmach, jak ten:

Niezapowiedziana wizyta mamusi


Agryppina chce uczynić z syna wojaka, on natomiast marzy raczej o karierze wokalnej (patrz niżej)


A Song For Mamma


Poppea podczas jednej ze swych mlecznych kąpieli


Poppei nigdy za wiele!


Neron, Seneka i Poppea przygotowują ostateczne rozwiązanie problemu Agryppiny. Czy tym razem się powiedzie?


Seneka dyktuje strofy dla potomności


Poppea Forever!


Na imprezach u Nerona czas mija jak z bicza strzelił!


Triumf artysty

30 sierpnia 2010

Katia (1959) – Car, moja miłość

Nie mamy dobrych doświadczeń z carską Rosją. Co prawda przez cały XIX wiek stanowiliśmy część Imperium, ale najwyraźniej nie chcieliśmy tego faktu zaakceptować. Świadczą nie tylko kolejne desperackie próby odzyskania niepodległości, ale i ówczesna literatura, utrwalająca negatywny obraz ciemiężcy, chyba ważniejsza dla naszej zbiorowej świadomości niż wszystkie nieudane zrywy narodowe. Wystarczy sięgnąć po Mickiewicza, który dla Rosji nie ma litości, zwłaszcza w Dziadach: piękne miasto Petersburg oskarża o brak gustu, zaś największym bluźnierstwem, jakie wkłada w usta Konradowi, jest porównanie Boga do cara! Nic dziwnego, że po tej lekturze wobec żadnego z przedstawicieli rosyjskich monarchów nie możemy żywić ciepłych uczuć.

Co innego Francuzi, którzy z władcami Rosji utrzymywali pozytywne stosunki i mieli powody, by opłakiwać koniec dynastii Romanowów. O ich sympatii względem carów świadczy dobitnie film Katia, powstały pod koniec lat 50. Jego treścią jest namiętny romans Aleksandra II z młodą arystokratką, wyniesioną do rangi pierwszej faworyty (z perspektywą zostania carycą, do czego niestety nie dochodzi). Aleksander II ukazany zostaje jako mądry, przenikliwy władca, który pragnie polepszyć dolę ludu. Niestety, na drodze realizacji zaplanowanych przez niego reform socjalnych stają ministrowie, myśląca wyłącznie o własnych interesach. Ileż dobrego dokonałby car, gdyby nie ta banda pochlebców i obłudników! Niestety, o jego szlachetności nie wie tajna rada rewolucjonistów, której idee socjalizmu uderzyły do głowy, popychając do czynów desperackich, takich jak próba zamachu na znienawidzonego władcę…

Rewolucyjne wrzenie, śmiertelne niebezpieczne dla monarchii, okazuje się zbawienne dla samego filmu, który jako melodramat mógłby okazać się za mało dramatyczny. Romans bohaterów nie napotyka zbyt wielu przeszkód. On ją kocha, zaś ona jego, obydwoje są piękni i czarujący, a różnica wieku nie przeszkadza. Ministrowie szemrzą, ale ostatecznie romans Aleksandra nie kłopocze ich w takim stopniu, jak jego miłość do ludu. Nawet schorowana caryca akceptuje nową kochankę męża i na łożu śmierci wyznacza ją na swą następczynią. Ciąg dalszy mógłby być romantyczną idyllą, gdyby nie ta przeklęta polityka. Zamachy na Aleksandra powtarzają się i choć on sam zachowuje godne podziwu opanowanie, nie zmienia to faktu, że jego życie wisi na włosku. Chyba że wprowadzi na czas satysfakcjonujące dla rewolucjonistów reformy. Czy jednak pozwolą mu na to interesowni ministrowie?

Po filmie Roberta Siodmaka spodziewałem się po prostu romansu z wyższych sfer, tymczasem otrzymałem znacznie więcej. Co prawda para amantów jest nie do pogardzenia. Curd Jürgens, niemiecki aktor bardzo chętnie obsadzany we francuskich produkcjach, jak mało kto nadaje się do ról twardych i szlachetnych władców (a także dzielnych wojaków). Romy Schneider specjalizowała się w tym okresie w rolach młodych dziewcząt, które swym wdziękiem podbijają serca osób u władzy: królów, cesarzy, carów... Curd i Romy doskonale się prezentują, tak że nietrudno uwierzyć w ich ekranową miłość. Jednak kolejna po tetralogii Sissi miłosna historia z wyższych sfer bardzo łatwo mogłaby znudzić widza, gdyby nie zastrzyk napięcia pod postacią rewolucjonistów. Choć są ewidentnym zagrożeniem, film unika ich potępienia. Cele przecież mają słuszne, tylko te ich metody… Gdyby tylko wiedzieli, że car dobrze im życzy i należy raczej zabrać się za osoby z jego gabinetu!

Pomimo dość drastycznego finału, wymowa całości okazuje się zaskakująco pojednawcza. Twórcom udaje się zarówno poprzeć postępowe hasła, jak i zachować honor i splendor Jego Majestatu. A jednak Katia przekona do siebie głównie konserwatystów, ponieważ przede wszystkim jest wyrazem sentymentu za bezpowrotnie minioną epoką, za jej świetnością i blichtrem, za pięknymi kobietami w zachwycających sukniach oraz przystojnymi mężczyznami w świetnie skrojonych mundurach. Tęsknoty za dawną mocarstwowością. I choć ta nigdy nie była naszym udziałem, bardzo przyjemnie jest zapomnieć o tym na czas seansu i przez półtorej godziny pławić się w luksusach carskiego dworu.

Фото:

Car Aleksander II oraz jego syn,
poirytowani ślamazarnością rządu


Wdzięczna heroina


Car i Katia bratający się z ludem


Jej pierwszy bal


To właśnie miłość!


XIX wieczna Rosja to okres wielu krwawych pojedynków


Jednak car powinien obawiać się raczej Komitetu Rewolucyjnego…


… który z maniakalnym uporem przygotowuje kolejne zamachy
(tutaj: bombowy)


Pełna złych przeczuć Katia żegna ukochanego.
Czy zobaczy go jeszcze żywego?!?

13 sierpnia 2010

Komiksowy Cytat Tygodnia – Tytus, Romek i A’Tomek: Księga XV

W wieku wczesnoszkolnym jednym z moich największych marzeń było "wkręcenie się" dokładnie w to samo miejsce, co Tytus na początku XV. księgi swych przygód. Niestety, nie dysponowałem najnowszymi wynalazkami profesora T.Alenta…

Profesor T.Alent: To jest wkrętacz. Moc 20 000 kretów mechanicznych. Wytrzymałość na wgniecenie i temperaturę 10 razy większa od wytrzymałości pasażera tramwaju.

Profesor T.Alent: No, cóż, poprosimy naszego stałego oblatywacza prototypów, Tytusa, o wypróbowanie pojazdu.
Romek (zazdrośnie): Znowu ON?
Tytus: HI, HI! Nareszcie pojazd dla mnie! Już wiem, gdzie się wkręcę, ale o tym sza!

Tytus: Wynalazek jest genialny, tylko trzeba wiedzieć, gdzie go zastosować, można się nim np. wkręcić…

Tytus: …na film dozwolony od 18 lat.

Ekranowy bandzior: Dosyć mam tego! Gdzie miałem oczy, jak cię brałem?
Tytus: OHYDA! E.. myślałem, że na filmach od 18 lat to się całują.

5 sierpnia 2010

Murder By Decree (1979) – Sherlock kontra Kuba


Do tego spotkania musiało dojść! Jeśli ktokolwiek potrafiłby odkryć tajemnicę Kuby Rozpruwacza, to właśnie Sherlock Holmes. Nie ulega wątpliwości, że gdyby detektyw wszechczasów istniał naprawdę, tożsamość psychopaty zostałaby szybko ujawniona. Może jednak dobrze się stało, że zbrodniarz uszedł wymiarowi sprawiedliwości? Jego ofiarom i tak wszystko jedno, natomiast za sprawą nierozwiązanej zagadki legenda Kuby wciąż żyje, podsycając wyobraźnię kolejnych pokoleń twórców. Co prawda nie było wśród nich Artura Conana Doyle’a, twórcy postaci Holmesa, lecz od czego kino, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych? Na srebrnym ekranie wszystko może się zdarzyć. Skoro detektyw z Baker Street mógł niedawno stoczyć pojedynek z dinozaurem (Sherlock Holmes wytwórni Asylum), nic nie stoi na przeszkodzie, by stawił czoła najsłynniejszemu seryjnemu mordercy.

Drogi Sherlocka i Kuby po raz pierwszy skrzyżowały się w telewizyjnym filmie A Study In Terror, ale rozgłos osiągnął dopiero Murder By Decree, jak na kinową produkcję przystało dysponujący odpowiednim budżetem i gwiazdorską obsadą. W roli słynnego duetu detektywów wystąpili Christopher Plummer (Holmes) i James Mason (Watson). Co prawda początkowo planowano gwiazdy jeszcze świetniejsze, Laurence Olivera i Petera O’Toole, jednak ich obopólna niechęć uniemożliwiła współpracę. Chyba dobrze się stało, że do niej nie doszło, trudno bowiem wyobrazić sobie Holmesa i Watsona patrzących na siebie z ukosa, cedzących swoje kwestie przez zęby bądź otwarcie prawiących sobie złośliwości. Natomiast Plummer i Mason przynajmniej na ekranie doskonale się dogadują. Mimo ewidentnych różnic charakteru i temperamentu ani przez chwilę nie sposób wątpić, że tę dwójkę łączy prawdziwa męska przyjaźń. O ile jednak James Mason jako poczciwy i nieco zatroskany Watson nie budzi u nikogo zastrzeżeń, nie wszystkich ortodoksyjnych fanów przekonuje plummerowski Sherlock. Dla wielu jest zbyt impulsywny jak na detektywa, który u Doyle’a zachowywał zawsze zimną krew. Emocjonalna gra Plummera ma również zwolenników, dostrzegających w niej podkreślenie ludzkiego charakteru bohatera, który nierzadko bywał portretowany jednostronnie, jako bezbłędna maszyna do rozwiązywania zagadek. Nie zaliczając się do grona sherlockowych purystów, którzy każde odstępstwo od oryginału poczytują za herezję, nie widziałem w roniącym krokodyle łzy detektywie niczego fałszywego. Trudno przecież zachować zimną krew, gdy ma się do czynienia z otchłanią zła i bezmiarem ludzkiego cierpienia.

Mając w pamięci charakter zbrodni Rozpruwacza, nie sposób wątpić, że intryga, nad którą biedzą się Holmes i Watson, zalicza się do tych najmroczniejszych. Usprawiedliwia to poetykę grozy, w jakiej utrzymany jest cały film. Akcja rozgrywa się głównie nocą, wśród spowitych gęstą mgłą uliczek. Duszny klimat zastępuje makabrę, o jaką doprawdy byłoby nietrudno przy wątku Kuby. Całkiem słusznie uznano, że epatowanie krwią i flakami nie współgra z dyskretnym i eleganckim stylem opowieści o Holmesie. Sama zagadka jest należycie skomplikowana, jednak banalnie prosta dla każdego, kto ma za sobą lekturę From Hell. Dla czytelników komiksowego arcydzieła Alana Moore’a związek pomiędzy jurnym następcą tronu, rozprutymi nierządnicami i masońską lożą jest oczywistością. Zarazem inaczej niż u Moore’a, samemu mordercy poświęca się wyjątkowo mało miejsca. W ostatecznym rozrachunku jego osoba okazuje się dość nieistotna, będąc zaledwie narzędziem w rękach potężniejszych sił.

Ripperolodzy mogą poczuć się tym faktem niedopieszczeni, jeśli jednak cenią sobie doborową obsadę, pocieszą ich znakomite role drugoplanowe i epizodyczne. Skorumpowanym inspektorem jest Dawid Hemmings (Powiększenie, Głęboka czerwień), jako zbolałe medium występuje Donald Shuterland (Casanova, Nie oglądaj się teraz), zaś w ministra spraw wewnętrznych wciela się sam John Gielgud (Caligula, Księgi Prospera). Główną przyjemnością jest natomiast możliwość obserwowania przy pracy najsłynniejszego detektywa wszechczasów, który tym razem przybrał arystokratyczny profil Christophera Plummera. To jedno z mocniej zapadających w pamięć ekranowych wcieleń detektywa, który w odróżnieniu od np. Winnetou, odtwarzanego niezmiennie przez Pierre Brice’a, miał już setki twarzy i pewnie jeszcze niejedną nas zaskoczy.

Klimatycznie zamglone kadry:

Zagraj to jeszcze raz, Holmes!


Demonie ślepia Kuby


"Sherlocku, ratuj!" Wizyta delegacji obywatelskiej


Wszystkiemu winni są... Juwes?!?


Shuterland jako umęczone wizjami medium


Nie odnotowana w podręcznikach ofiara Kuby


Burza mózgów


Mędrca szkiełko i oko


Inspektor niegodny zaufania


Wstrząsające odkrycie