Pokazywanie postów oznaczonych etykietą exploitation. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą exploitation. Pokaż wszystkie posty

11 grudnia 2010

Mexico Trasho – Ghetto Librettos


Sensacyjne, ociekające seksem i krwią okładki meksykańskich magazynów komiksowych mocno mnie zaintrygowały. Jeśli zawartość publikowanych historii choć w połowie dorównuje temu, co widnieje na obwolucie, to jesteśmy w siódmym niebie komiksowej eksploatacji (mexploitation?). Meksykański rynek wypuszcza miesięcznie kilkadziesiąt tytułów, utrzymanych w podobnej stylistyce i znakomicie na tym prosperuje. Jednak zarówno rodzimi, jak i zagraniczni koneserzy komiksów nie widzą w tym fakcie niczego pozytywnego. Wprost przeciwnie, załamują ręce i wylewają gorzkie łzy nad wielkim upadkiem meksykańskiego przemysłu komiksowego.

Wielka popularność obrazkowego medium bynajmniej nie jest w tym kraju zjawiskiem nowym. Od lat pięćdziesiątych historietas cieszą się wielkim powodzeniem wśród szerokich warstw społeczeństwa. Masowo czyta je zwłaszcza klasa pracująca i właśnie do nich adresowana jest większość współczesnych wydawnictw. W ubiegłych dekadach sprawy wyglądały nieco inaczej, oferta wydawnicza była na tyle rozległa tematycznie, by odpowiadać potrzebom wszystkich grup społecznych i każdej grupy wiekowej. Wszystko zmieniło się wraz z otwarciem się rynku na produkt amerykański i japoński. Herosi z Marvel i DC oraz nimfetki o dużych oczach zdominowali masową wyobraźnię, spychając w cień narodowych bohaterów. Najmłodsi przestali fascynować się muskułami Chanowa (człowieka dżungli, a la Tarzan i Karzan), które nie mogły się równać z nadludzkimi mocami Spidera czy Flasha. Dziecięcych odbiorców z miejsca uznano za nieodwracalnie straconych, nie próbując nawet o nich walczyć. Obawiając się utraty również dorosłych czytelników, wydawcy wcielili w życie jedyną strategię, która była w stanie skutecznie rywalizować z obcymi wpływami. Zaproponowali historie dla dorosłych czytelników, wypełnione po brzegi wyuzdaniem i brutalnością, utrzymane w swojskim klimacie wielkomiejskiej brzydoty.

Formuła chwyciła i od tej pory potentaci komiksowi trzymają się jej wiernie, nie zwracając uwagi na to, że wzrost popularności okazał się wprost proporcjonalny do spadku jakości towaru. Odpowiadając na najniższe potrzeby odbiorców, komiksy zaprzepaściły szansę na zaskarbienie sobie ich szacunku, stając się synonimem „grzesznej przyjemności” (guilty pleasure – po angielsku ładniej to brzmi). Choć większość tytułów niezmiennie rozchodzi się w olbrzymich nakładach, nie są one szeroko dyskutowane w mediach i prasie. Nawet wierni czytelnicy odnoszą się do nich z mieszaniną wstydu i pobłażania. Nie jest to lektura, którą można się pochwalić, a w pewnych kręgach jest wręcz nie do pomyślenia. Wyższe, wykształcone warstwy społeczeństwa całkowicie się od niej odżegnują. Rzeczywiście, zamożnych obywateli stać na kupno tych innych, „prawdziwych” komiksów, sprowadzanych z Hiszpanii czy Stanów. Pochłanianie wulgarnych Ghetto librettos za dwa dolary zostawiają klasie robotniczej. Trudno o lepszą ilustrację klasowej nierówności: ci na górze delektują się Milo Manarą i Guido Crepaxem, tym na dole pozostaje masowa konsumpcja Almas Perversas czy Delmonicos Erotika.

Nic dziwnego, że meksykańskie komiksy nie podbiły świata, skoro nawet rodzime środowiska opiniotwórcze odnoszą się do nich z pogardą. Dziwi mnie nieco aż tak daleko posunięty snobizm w przypadku komiksowego medium, które prawdziwą sztuką bywa od czasu do czasu, przeważnie zaś jest po prostu rozrywką. Tym niemniej nie sposób ukryć, że meksykańskie serie więcej mają wspólnego z krzykliwością brukowca typu Fakt i melodramatyzmem brazylijskiej telenoweli, niż z inteligentną propozycją komiksu dla dorosłego czytelnika w wydaniu włoskim (klasyczne fumetti) bądź amerykańskim (katalog Vertigo). Powszechna zła opinia zrobiła swoje i nawet wśród obywateli Meksyku nie znajdzie się wielu zajadłych kolekcjonerów, jednak w przepastnym Internecie odnaleźć można wszystko, więc szczęśliwie udało mi się natrafić na kilka reprezentacyjnych tytułów i na własne oczy przekonać się, jak wyglądają osławione Ghetto libretto.

Tym, co z początku uderza w tych komiksach najmocniej, to ich pruderia, wręcz zaskakująca w kontekście przestrogi "Solo Adultos!", wypisanej dużymi literami na szokującej śmiałością okładce. A jednak! Warto zauważyć, że już owa okładka, jakkolwiek sugestywna, nie prezentuje nam tzw. full frontal nudity. Co najwyżej z rzadka mignie kobieca pierś, lecz najczęściej zasłania ją stanik, natomiast o żeńskich i męskich narządach płciowych można tylko pomarzyć. Podobnie prezentuje się sam komiks. Pełno w nim dorodnych niewiast, o pełnych piersiach i olbrzymich pośladkach (w tym punkcie meksykański ideał urody różni się nieco od naszego), które pomimo wielu dogodnych okazji nie zdejmują z siebie wszystkiego, nawet podczas stosunku pozostając w koronkowych majteczkach. Brak pełnej nagości rekompensują jednak bezustanne zmiany garderoby. Ślicznotki co chwila wdzięczą się w innej bluzeczce z wielkim dekoltem i innej kusej spódniczce. Wygląda na to, że strategią twórców jest maksymalne podniecać, nie dając zarazem nadziei na pełne zaspokojenie, co sprawia, że natychmiast po ukończeniu tomiku machinalnie sięga się po następny. Nic dziwnego, że historietas pełno leży w poczekalniach meksykańskich domów publicznych! Ich sugestywność działa silniej niż niejeden afrodyzjak, a z pewnością jest skuteczniejsza niż tradycyjne porno, nie zostawiające pola dla wyobraźni. Byłoby zarazem błędem sądzić, że twórcy unikają wkraczania w domenę XXX ze względów artystycznych. Sztuki uników i podchodów nauczyła ich cenzura, nadzorująca treść każdego masowo rozpowszechnianego tytułu.

Również ze względu na oko cenzora wszystkie, nawet te najbardziej perwersyjne historie obowiązkowo kończą się czytelnym morałem, wyłożonym wprost w dymkach. Nastoletnia gwiazda porno może przez cały komiks puszczać się z obleśnymi producentami i zażywać tony heroiny, byleby tylko w finale wyrzekała się raz na zawsze haniebnej przeszłości i padła w ramiona ukochanej mamusi (Almas Perversas, nr 15). Przystojny nauczyciel może wykorzystywać do woli swe dorodne uczennice, jeśli tylko w finale dostanie za swoje, oszpecony kwasem przez psychopatkę (Almas Perversas, nr 17). Para ponętnych lesbijek cieszy nasze oczy miłosnymi zapasami w rozmaitych konfiguracjach, dopóki banda gwałcicieli nie uświadamia im, że prawdziwą rozkosz kobieta może osiągnąć tylko w heteroseksualnym związku – nawet wtedy, gdy mężczyzna bierze je siłą! Tej ostatniej historii nie miałem niestety w rękach, lecz wspominam o niej dlatego, że właśnie w niej najsilniej dochodzi do głosu mizoginizm, obecny w pokaźnej liczbie historietas, których bohaterki są poniżane i gwałcone na wymyślne sposoby. Czyżby płeć piękna aż tak bardzo zalazła meksykańskim macho za skórę?! Dla przeciwwagi, utrzymana w komediowym tonie seria Bellas de Noche ukazuje silne i pewne siebie dziewczęta, okręcające sobie mężczyzn wokół palca. Oferta wydawnicza pragnie dogodzić wszystkim, zarówno szowinistom jak i „feministkom” (w cudzysłowie, gdyż te prawdziwe nie zniżają się do lektury komiksów). Trudno przypuszczać, by sami czytelnicy na poważnie traktowali obłudne przesłania, doczepione w tak sztuczny sposób do absolutnie amoralnych opowieści. Większość konsumentów zapewne błyskawiczne odczytuje właściwe intencje twórców i uznaje to wszystko za dodatkowy smaczek.

Najciekawszą i najprężniejszą serią wydaje się Almas Perversas, zgodnie z tytułem prezentująca losy obywateli i obywatelek, którzy haniebnie pobłądzili, nurzając się w zbrodni i perwersji. Jest tu ogromne pole popisu dla scenarzystów, wśród których najgłośniejsi to Sinclair (epatujący makabrą), Ricardo Renteria (uwielbiający brutalność i zboczenia) oraz J. J. Sotelo (jego historie są najlepiej napisane, ponadto wykazuje wrażliwość socjalną). Równie ciekawym tytułem jest Corridos Perrones, gdzie sensacyjne historie są bardzo mocno osadzone w rzeczywistości, ukazując czytelnikowi meksykańskie realia – to swego rodzaju obyczajowy thriller. Nieco rozczarowuje Realtos De Presidio. Choć covery tego magazynu doprowadzić mogą każdego miłośnika horroru do stanu ekstazy nerwowej (galony krwi, wyprute bebechy, podcięte gardła, wydłubane oczy, wyrwane języki, mózg na ścianie…), zaprezentowane w nim opowieści pomimo okazjonalnej makabry nie wykraczają poza schemat klasycznego kryminału. Możliwe jednak, że miałem pecha natrafić na najdelikatniejsze numery z katalogu…

Żałuję, że nie było mi dane obejrzeć ani jednego tomiku La Ley Del Revolver, którego okładki dosłownie zwaliły mnie z nóg. Natrafiłem tylko na obrazek, który jeszcze zaostrzył mój apetyt. Niezłe rysunki, porozumienie ponad podziałami (akcja Indianin-blondyna), a ponadto obfity i odkryty biust. Jeśli z seksem wszystko w porządku, to może i przemoc nie zawiedzie oczekiwań? Natomiast zupełnie nie przypadły mi do gustu komiksy z serii Las Chambeadoras (karykatura, slapstick, prymitywne śmichy-chichy), Barrio Caliente (tytuł wypuszczony poza cenzurą, wypełniony po brzegiem wilgotnymi łechtaczkami i sterczącymi penisami, co czyni zeń banalną pornografię), a także Devorame Otra Vez (brzydkie rysunki). Ale przecież nie wszystko musi mi się podobać, do pełni szczęścia wystarczą już Almas, Bellas i Corridos (ABC popularnych historietas?). Z miejsca polubiłem te tytuły i zupełnie nie dziwi mnie ich olbrzymia popularność! Niestety, nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek trafi się możliwość sięgnięcia po jakikolwiek z nich (pomijając „internetową ekspozycję”, z której korzystałem, pisząc ten tekst), nawet na eBayu nikt ich nie wystawia… Wielka szkoda, byłyby doskonałą motywacją do nauki hiszpańskiego!

PS. W rankingu komiksowych okładek wszechczasów powyższa (wyraźnie inspirowana Hostelem 2) miałaby spore szanse na zajęcie pierwszego miejsca...

5 grudnia 2010

Mexico Trasho - La Ley Del Revolver


Pod chwytliwym tytułem La Ley Del Revolver (Prawo rewolweru) ukrywa się meksykański komiksowy magazyn, prezentujący, jak nietrudno zgadnąć, rozmaite historie z Dzikiego Zachodu. Ale jakież to historie! Jeśli można oceniać komiks po okładkach, za które odpowiedzialni są Oscar Bazaldua i Rafael Gallur Rivas, mamy do czynienia z iście wybuchową mieszanką, przy której bledną nawet ekstrawagancje Kaznodziei (z tomu Dawne dzieje: Święty od morderców). Oto subiektywne Top 10 coverów, ukazujące wszechstronność tego niezwykłego periodyku.


Nr 471
Na potęgę Wielkiego Mannitou!
Indiański He-man przyzywa niebiosa, nie dostrzegając,
że prawdziwie boskie kształty ma tuż za sobą...


Nr 484
The Cowboy Wore Gloves


Nr 487
American Werewolf in Mexico City


Nr 489
Zombie Squaw Eaters


Nr 503
Przez chwilę trudno zrozumieć, dlaczego
Biała Twarz ma aż tak przerażoną minę,
wystarczy jednak rzut oka na to, co dzierży
w ręku zbliżający się Indianin...


Nr 561
Czym byłby meksykański western
bez porządnego karabinu maszynowego?


Nr 562
Navajo Big Knife Massacre


Nr 580
Piękne, skąpo odziane kobiety to standard,
lecz nie na każdej okładce wdzięczy się
taki zmysłowy rudzielec!


Nr 592
Gringo Kill...If You Live Shoot!


Nr 697
Dos Coltos para la Hermana Sara

Niepocieszeni będą chyba tylko miłośnicy klasycznej, "szlachetnej" odmiany westernu, znanej z wielu starszych polskich komiksów (Tajemnica Czerwonego Tepee Raczkiewicza, Przyjaciele Roda Taylora Wróblewskiego, Biały orzeł Gacha...). Cóż począć, odeszła w przeszłość urocza naiwność Dzikiego Zachodu z Hollywood, otrzyjmy już łzy. Czas na krwawy, seksowny Meksyk!!!

Znacznie więcej, w dużej rozdzielczości, idealne na tapetę!

14 czerwca 2010

Invitation Only (2009) - Popatrzmy sobie na tortury!

Z obu części Hostelu wynika jasno, że na miano najokrutniejszego kraju na całym świecie zasługuje Słowacja. Właśnie tam zjeżdżają zewsząd psychopaci, by zabawić się w tortury i morderstwa. Zapewne równie brutalnie przedstawiają się tereny byłego Związku Radzieckiego, skoro za całym hostelowym biznesem stoi rosyjska mafia. Wnioskiem tym mogli poczuć się dotknięci Azjaci, od wieków cieszący się opinią najbardziej wyrafinowanych okrutników. Jak zasłużona to reputacja, wie każdy, kto pamięta chiński ogród tortur z powieści Le Jardin Des Supplices (Torture Garden) Octave Mirbeau, bądź japoński obóz koncentracyjny z filmu Hei tai yang 731 (Men Behind The Sun/). Trudno ustalić, czy najwięcej zbrodni przeciwko ludzkości mają na koncie Chiny, Japonia, czy może Korea (Północna wciąż wytrwale pracuje nad swą złą reputacją), jednak zignorowanie tych wszystkich krajów na rzecz Słowacji bądź ZSRR (dla zachodniego widza to zresztą jedno i to samo) musiało spotkać się z jakąś reakcją. Można uznać za nią tajwański film Jue ming pai dui (Invitation Only), który przypomina, że w te "klocki" Europa pozostaje za Azją daleko w tle.

Wszystko zaczyna się w toalecie pewnej dyskoteki, gdzie poprawiająca makijaż dziewczyna odnajduje torbę z poćwiartowanymi zwłokami, by kilka sekund później zginąć z rąk jej właściciela. Jeśli twórcy już na starcie wydają taką ślicznotkę pod nóż psychopaty, to muszą mieć sporo ciekawego w zanadrzu. I rzeczywiście mają, choć spragniony makabry widz musi uzbroić się w cierpliwość. Ekspozycja jest dość długa i stara się uśpić naszą czujność. Oto młody szofer przyłapuje swego szefa in flagranti z prostytutką. W zamian za milczenie pracodawca wręcza chłopakowi zaproszenie na imprezę dla VIP-ów. Dla niezamożnego bohatera wejście do elitarnego klubu jest jak wizyta w muzułmańskim raju, wypełnionym po brzegi hurysami. Uroda i klasa kobiet oszałamia bohatera, na szczęście rozmowę zagaja zainteresowana nim sympatyczna dziewczyna, dla której również jest to pierwsza wizyta w klubie. Obydwoje zostają poproszeni „na stronę”, gdzie zgromadzono już kilku innych gości. Wszystkich czeka przykra niespodzianka. Zostają zdemaskowani jako intruzi i mają zostać ukarani bolesną śmiercią. Na oczach prawdziwych członków klubu, zebranych specjalnie na tę okazję ! Bohater nie ma jednak najmniejszej ochoty ginąć w męczarniach dla uciechy zdeprawowanych nababów i rozpoczyna bezpardonową grę o przetrwanie, w której nie bierze się jeńców…

Nie po raz pierwszy film grozy ostrzega przed bogaczami. Przede wszystkim straszy się nas szalonymi indywidualnościami, którym bajeczny majątek pozwala na realizację chorych fantazji (na przykład łowieckich - The Most Dangerous Game, Surviving The Game, Tender Flesh). Ale zdarzają się też portrety całej klasy, jak w Society Briana Yuzny, gdzie jest to wręcz inny gatunek, żerujący na klasach niższych - dosłownie, biedaków uznaje za ekwiwalent hamburgera! Invitation Only jest bardziej konwencjonalny w przedstawieniu bogaczy jako zblazowanych widzów okrutnego spektaklu, zbyt leniwych, by własnoręcznie zabrać się za mordowanie. Inaczej niż u Hostelu, gdzie stosowało się maksymę „Zrób to sam”. Mimo tych drobnych różnic, w obydwu wypadkach przedstawia się milionerów w jak najgorszym świetle. Możemy odetchnąć z ulgą, że nie zaliczamy się do grona tych zwyrodnialców!

Invitation Only nie przynosi zawodu zwolennikom torture porn. Azjaci po raz kolejny udowodnili, że w ekstremalnym horrorze konkurować mogą z nimi nieliczni - głównie Francuzi, których jednak często gubi pretensjonalność (Martyrs). Co prawda pierwsze pół godziny zdaje się zapowiadać coś ambitniejszego, jednak ewentualne rozczarowanie spadkiem poziomu fabuły wynagradza wyjątkowa intensywność późniejszych scen. Każda z nich prezentuje się stokroć ciekawiej od mechanicznych, wypranych z emocji obrzydlistw jakiejś n-tej Piły. Tylko jedno pytanie nie dawało mi spokoju podczas seansu. Czy bogaczy nie stać na luksusowe wyposażenie? Czy sale kaźni muszą zawsze wyglądać jak opuszczone rzeźnie, gdzie ściany się lepią, a wszystkie narzędzia pokrywa rdza? Przecież projekt jest dofinansowany! Nawet jeśli ruską mafię nie stać na więcej, tajwańscy biznesmeni powinni wykazać się lepszym smakiem. Choć kto wie, może tylko w brudzie i smrodzie psychopata czuje się jak w siódmym niebie?

Viddy well, little brother, viddy well:

Kobieca ciekawość pierwszym stopniem do piekła...


Swoją droga, jakaż to strata dla filmu!


Do momentu otrzymania zaproszenia bohater miał styczność z pięknymi kobietami tylko podczas oglądania pisemek dla panów, tak jak większość z nas...


Wszystko zmienia się wraz z wizytą w klubie. Jak dobrze być młodym, pięknym i bogatym!


Tajwanki wyglądają tutaj jak marzenie...


Horror Show


Walka bez pardonu!


Ucieczka jest bezcelowa?

12 maja 2010

Non aver paura della zia Marta (1988) - Z wizytą u cioci

The Murder Secret - angielski tytuł nie odznacza się ani atrakcyjnością, ani oryginalnością. Dystrybutorzy powinni się trzymać oryginalnego, który w przekładzie brzmi Nie bój się ciotki Marty. To zapewne powtarza sobie w myślach Richard Hamilton (Gabriele Tinti), jadąc do krewnej, świeżo zwolnionej z zakładu psychiatrycznego. Trzeba przyznać, że bohater ma powody, by czuć się ździebko niekomfortowo. Dwadzieścia lat temu to właśnie jego matka zadecydowała, że niestabilną psychicznie Martę należy zamknąć w pokoju bez klamek. Obecnie lekarze stwierdzili, że została wyleczona, ale czy tym konowałom można ufać? I czy na pewno Marta nie będzie żywić urazy do syna osoby odpowiedzialnej za jej ubezwłasnowolnienie?

Mimo złych przeczuć Richard przyjmuje zaproszenie. Co więcej, zabiera ze sobą żonę Norę (Adriana Russo), córkę Georgię (Jessica Moore) i młodszego syna. Wkrótce przyjechać ma również starszy. Richard zapewne ma nadzieję, że widok jego radosnej, wielodzietnej rodzinki zmiękczy serce cioci. Po dotarciu na miejsce okazuje się jednak, że Marta właśnie wyjechała do znajomych. W jej przestronnej, podmiejskiej willi wita ich dozorca Thomas, zapewniając, że powrót gospodyni to kwestia jednego, góra dwóch dni. Uspokojona rodzina rozgaszcza się w domu, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, na jakie się naraża. Pozostaje w błogiej nieświadomości nawet wtedy, kiedy pojawiają się ewidentne sygnały ostrzegawcze. W pokoju córki ktoś wypisuje na lustrze datę zamknięcia ciotki w zakładzie, a posiadający parapsychiczne zdolności synek wyczuwa obecność złowrogich sił! Wkrótce willa ciotki stanie się miejscem wydarzeń przerażających, okrutnych, krwawych....

Stosunkowo mało znany film Mario Bianchi jest charakterystyczny dla drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Okresu, na który przypada schyłek giallo. Popularny od ponad dwóch dekad gatunek wyczerpał wreszcie swój potencjał, a i publiczność poczuła się nim znudzona. Spadek formy dotyknął nawet uznanych mistrzów gatunku, takich jak Dario Argento czy Lucio Fulci. Właśnie ze stajni tego ostatniego pochodzi Zia Marta. Oficjalnie uznaje się, że Lucio był producentem, wielu fanów twierdzi jednak, że współtworzył film na równi z reżyserem. Trudno potwierdzić te spekulacje, gdyż w 1988 roku niewiele już ostało się z oryginalnego stylu Ojca Chrzestnego Gore, a większości dzieł, które wtedy popełnił (np. Duchy Sodomy), nie są w stanie przetrawić nawet najzagorzalsi zwolennicy. Na tle tych absolutnych niewypałów Zia Marta prezentuje się całkiem całkiem, może więc ingerencja Fulciego nie była tak duża? On sam w każdym razie poczuwał się do autorstwa na tyle, że dwa lata później powklejał najbardziej krwawe sceny z filmu Bianchi do podpisanego przez siebie A Cat In The Brain.

Ewidentne piractwo (autopiractwo?) Fulciego miało swoją pozytywną stronę - ocaliło od całkowitego zapomnienia giallo, które ogląda się bardzo dobrze. Wcale nie ze względu na jego wysoką klasę. Miałbym spore trudności, próbując bronić filmu z artystycznego punktu widzenia. Nakręcony niewielkim kosztem, brak napięcia rekompensuje poprzez epatowanie nagością i makabrą. A trzeba przyznać, że gdy dochodzi do meritum, czyli krwawej maskary (również piłą mechaniczną), twórcy nie stosują żadnej taryfy ulgowej. Nawet dziesięcioletni chłopczyk nie może czuć się bezpieczny! Zdecydowanie nie jest to rozrywka wysokich lotów, ale chyba właśnie w tym tkwi jej urok. Ocierający się o absurdalność scenariusz do złudzenia przypomina fabuły fumetti neri (np. z serii Terror Blu), groszowych komiksów, których lekturze nie sposób się oprzeć, mimo ewidentnego prymitywizmu. Zresztą w aspekcie realizacyjnym film po latach zyskuje na wartości. W zestawieniu z tysiącami współczesnych horrorów, nakręconych na kamerze cyfrowej i bez budżetu, nawet najtańsze włoskie giallo sprawia pozytywne wrażenie.

Pierwszoplanową postać odtwarza Gabriele Tinti, zasłużony weteran kina klasy B, występujący od początku lat pięćdziesiątych. Prywatnie miał szczęście być życiowym partnerem Laury Gemser, z którą zresztą nierzadko występował. Być może właśnie związkowi z fascynującą kobietą zawdzięcza świetną kondycję, dzięki której zarówno w scenach akcji, jak i erotycznych staje na wysokości zadania, mimo 56 lat na karku? Prawdziwą obsadową perełką okazała się natomiast Jessica Moore. Zaskakujące jest, jak naturalnie wypada w roli sympatycznej i dość niewinnej nastolatki. W Eleven Days, Eleven Nights, swoim debiucie sprzed dwóch lat, prezentowała się zupełnie inaczej. Przekonująca metamorfoza z agresywnego wampa w podlotka niewątpliwie świadczy o talencie aktorskim, choć trudno go zweryfikować na podstawie filmów, które skupiały się głównie na prezentacji jej walorów czysto fizycznych. Czego zresztą nie mam realizatorom specjalnie za złe.

Uwaga, tym razem na kadrach zgnilizna nie tylko moralna!!!

Bohater.


Jego najbliżsi.


Podmiejska willa - czy to właściwy odpowiednik gotyckiego domostwa?


Podejrzanie przymilny dozorca.


Georgia (Jessica Moore) przymierza sukienki i wdzięczy się przed lustrem. Właściwie cały film mógłby być tylko o tym!


Czy w tym domu zagościł poltergeist?!? Absolutnie nieautoryzowane nawiązanie do filmu Tobe Hoopera.


To już niestety ostatnia scena z Georgią. Za chwilę nastąpi powtórka z klasycznego "prysznicowego" dreszczowca...


Italian Chainsaw Massacre!


A fuj!


"Wszystko to na kształt fali wzbierało i klęsło,
I znów iskrząc się wzbijało,
Jakby lada powiewem wzdymało i trzęsło
To mnożące się w oczach ciało."


Link IMDb

10 maja 2010

Eleven Days, Eleven Nights (1986) - "Kochaj mnie od nocy, do nocy, aż po noc."

Ład serca czy szał zmysłów? Stabilizacja czy przygoda? Bezpieczeństwo czy adrenalina? Przed takimi wyborami staje Michael (Joshua McDonald), rozdarty pomiędzy dwiema kobietami. Spokojna i skromniutka Helen (Mary Sellers) wydaje się idealną narzeczoną, jednak najbardziej upojne chwile przeżyć można z Sarah (Jessica Moore), obdarzoną gorącym temperamentem i bujnymi kształtami. Formalnie Michael dokonał już wyboru. Do jego ślubu z Helen pozostało 11 dni i 11 nocy. Problem w tym, że cały ten czas spędza na erotycznych grach i zabawach z nienasyconą Sarah...

Film źle rozkłada akcenty, głównym bohaterem czyniąc przeciętniaka z klasy średniej. Zdecydowanie za wiele czasu poświęca się jego dylematom, które przecież są pretekstowe. Eleven Days, Eleven Nights to czysta erotyka, nie dramat psychologiczny. Zupełnie niezrozumiałe w tym kontekście staje się wyeksponowanie wątku narzeczonej. Największy problem w tym, że Helen w nie można uznać za atrakcyjną, i to nie tylko w zestawieniu z wulkanem kobiecości, jakim jest jej rywalka. Może to wina złego makijażu, może nieciekawej garderoby, a może całokształtu? W każdym razie nie sposób zrozumieć, w jaki sposób mogła się spodobać Michaelowi, który w momencie rozpoczęcia akcji szykuje się już do spędzenia z nią reszty życia. Coś tu nie gra, panie reżyserze! Nie ulega wątpliwości, że Helen powinna być przeciwieństwem Sarah, ale w przypadku filmu erotycznego taki kontrast polega raczej na zestawieniu aktorek o odmiennym typie urody i temperamentu. Tymczasem Sarah została ukazana w tak niekorzystnym świetle, że wszystkie sceny z jej udziałem męczą i irytują. Dochodzi wręcz do sytuacji paradoksalnej, gdy widz cieszy się, że oszczędzono mu rozbieranych scen z takim brzydactwem.

Na szczęście jest jeszcze Sarah Asproon. Niezwykle atrakcyjna i dorodna, o burzy blond włosów. Nie ulega wątpliwości, że właśnie to wcielenie seksapilu powinno grać pierwsze skrzypce. Przecież ona pociąga za sznurki w całej intrydze. Nie poderwała przeciętniaka Michaela wyłącznie pod wpływem nagłego impulsu. Wyrachowana niewiasta pisze książkę pod tytułem Moich stu mężczyzn, a Michael jest akurat tym setnym! Rodzi się pytanie, jacy byli pozostali i jak na ich tle prezentuje się on sam. Zapewne nieźle, skoro Sarah niespodziewanie porzuca dziennikarski profesjonalizm i angażuje się w związek całkiem na poważnie...

Joe D’Amato kręcący film o dziennikarce, specjalizującej się w opisywaniu samczych chuci – skąd my to znamy? W latach siedemdziesiątych włoski spec od eksploatacji przejął po Bitto Albertinim cykl o Czarnej Emanuelle, która jako reporterka przemierzała świat w poszukiwaniu przeróżnych „gorących” materiałów. Gwiazda tamtej słynnej serii, Laura Gemser, pojawia się zresztą w Eleven Days, Eleven Nights jako redaktorka wydawnictwa, dla którego pracuje Sarah. Odnosi się wrażenie, że to sama Emanuelle wprowadza podopieczną w tajniki zawodu („Nie angażuj się emocjonalnie. To takie nieprofesjonalne i zawsze kończy się łzami!”). Z pewnością piękna Gemser, która jako stateczna kobieta zrezygnowała z rozbierania się przed kamerą, przekazuje tutaj pałeczkę osóbce młodszej, która ciuszki zrzuca nader chętnie. Rzeczywiście, rola Sarah z miejsca uczyniła z dziewiętnastoletniej (!) Jessiki Moore aktorkę rozchwytywaną przez twórców erotyków i horrorów, korzystających z jej całkowitego braku pruderii. Sam D’Amato dwa lata później nakręcił kontynuację Eleven Days, Eleven Nights, w której Sarah była już bohaterką pierwszoplanową, rządzącą niepodzielnie na ekranie. Nic dziwnego, że sequel cieszył się znacznie większym powodzeniem od pierwowzoru.

Screeny, tym razem bez zbędnych komentarzy:


Link IMDb