Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adaptacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adaptacje. Pokaż wszystkie posty

31 października 2010

Komiksowy Cytat Tygodnia - Wiedźmin, T.3: Mniejsze zło

Czy Wiedźmin Andrzeja Sapkowskiego jest utworem nieprzekładalnym? Zwolennicy tej tezy mają na jej poparcie żelazny argument: fatalną ekranizację Marka Brodzkiego. Niektórzy powołują się również na serię komiksową autorstwa Bogusława Polcha i Macieja Parowskiego. Czy jednak ich propozycja jest aż tak zła, by służyć za antywzór adaptacji? Na jej recepcji zaciążyła estyma, jaką cieszyły się wcześniejsze prace Polcha, utrzymane w stylu hiperrealistycznym (Funky Koval, Ais - cykl przemianowany ostatnio na Ekspedycję). W porównaniu z nimi Wiedźmin wydawać się musiał komiksem niedbałym, o niedopracowanej kresce, narysowanym jakby od niechcenia. Osobiście nie wydał mi się aż tak tragiczny, może z racji młodego wieku (kolejne numery kupowałem na bieżąco, jeszcze w podstawówce), a może ze względu na całkiem zgrabne scenariusze Parowskiego, w intrygujący sposób rozwijające wątki opowiadań Sapkowskiego. Na przykład: pojawienie się trubadura Jaskra wprowadza do komiksowego Mniejszego zła nie tylko akcenty komediowe (sprośne rymy ludowe, które wyśpiewuje w stanie zamroczenia alkoholowego), ale i głębszą refleksję, której nie powstydziłby się sam Sapkowski.

Małe wprowadzenie w treść: wojownicza księżniczka Renfri stawia swemu odwiecznemu wrogowi, czarodziejowi Stregoborowi, złowieszcze ultimatum. Albo odda się w jej ręce (z których czeka go niechybna śmierć), albo będzie miał na sumieniu życie miejscowej ludności, wyciętej w pień przez bandę bezwzględnych najemników Renfri. Wmieszany w całą historię Geralt postanawia nie dopuścić do masakry mieszczan, stawiając czoło siepaczom księżniczki. Następnie musi usiec w pojedynku z samą Renfri, zresztą nie jest mu obojętna (spędzili razem upojną noc). Ludność miasteczka, nie wtajemniczona w szczegóły sprawy, bynajmniej nie odczuwa wdzięczności, uznając Geralta za zwykłego mordercę, który wszczął burdę na rynku, by wszystkich okrutnie posiekać...


Głos z tłumu: Rzeźnik!!!

Mieszczanin: Zbój!
Mieszczanka: Uważaj, jeszcze i nas porąbie!
Wójt: Ludzie, stać!

Wójt: Dość! Koniec z tym, psiamać!
Czy to już wszystko? Tak wygląda mniejsze zło, które wybrałeś? Czy to już koniec?!

Geralt: Tak.
Wójt: Twoja rana jest poważna?
Geralt: Nie.
Wójt: To zabieraj się stąd i nigdy tu nie wracaj, Geralt. Nigdy!

W tak posępny sposób kończy się opowiadanie Sapkowskiego. Twórcy komiksu dodają od siebie niebanalny epilog, w którym decydujący głos ma człowiek pióra...


Jaskier: Wiedźminie! Zaczekaj!!
Zaczekaj, proszę. Ja wiem więcej niż inni... !!!


Jaskier: Napiszę, że musiałeś. Nie było innego wyjścia!
Geralt: Odejdź, poeto. To nic nie zmieni. I tamtym nie przywróci życia.

Jaskier: Panie Geralt! Uczynię was nieśmiertelnym, jakem Jakier!
Geralt: Głupiś, Jakier. Jestem wiedźmin. I tak jestem nieśmiertelny.

Jakier: Nie lekceważ poety i poezji, wiedźminie. Napiszę, żeś rzeźnik, to rzeźnikiem zostaniesz. A jak napiszę, żeś miłował tę dziewkę, to będziesz postacią tragiczną po wsze czasy!

Geralt: To ci powiem, że faktycznie ją miłowałem.. tej nocy.
Jaskier: Wiedziałem! Czułem! Jakem poeta! Ha, miłowałeś ją! Dzięki, panie Geralt! Ale będzie ballada... Zobaczymy się jeszcze!
Geralt: Nie sądzę, cudaku...

PS: Kadry pochodzą z czeskiej, fanowskiej translacji komiksu (podpisanej przez Mankina, czołowego translatora tamtejszej sceny). Czyżby Czesi mieli więcej serca do "obrazkowego" Wiedźmina?

6 czerwca 2010

Die Wikinger - Angriff der Nordmänner (2003) - Epos aus dem vorchristlichen Polen!

Wikingowie - Najazd Normanów. Czyżby nowy film o ludziach Północy, z "wypożyczonym" Michałem Żebrowskim w jednej z głównych ról? Niestety nie. Choć nasz aktor nie ma nic przeciwko występowaniu w zagranicznych eposach (rosyjskie 1612), tym razem chodzi o produkcję jak najbardziej polską. Pod takim właśnie tytułem funkcjonuje w Niemczech dobrze nam znana Stara Baśń Jerzego Hoffmana. Normanowie posłużyli za wabik dla tamtejszych nabywców DVD, którym tytuł oryginalny niewiele mówi. Czy byłoby zresztą wielu zainteresowanych siermiężnym filmem o początkach polskiej państwowości? Natomiast Wikingowie to pewna marka. Wojowniczy lud żeglarzy niezmiennie fascynuje, a że na ekranach kin nie gości zbyt często, nie może być mowy o przesycie. Jest wręcz odwrotnie: niedostatki w tej materii powodują ryzykowne posunięcia dystrybutorów, pragnących dostarczyć miłośnikom krwawych Normanów jak najwięcej filmów z ich udziałem. Nawet jeżeli przypada im w nich rola zgoła epizodyczna.

Wikingów w Wikingach jest jak na lekarstwo, lecz gdyby reżyser pozostał wierny adaptowanemu tekstowi, nie byłoby ich wcale. U Józefa Ignacego Kraszewskiego ziemie Polan najeżdżają wojownicy innej narodowości, mianowicie Germanowie! Dla naszych przodków stanowili stałe zagrożenie, z racji swego bezpośredniego sąsiedztwa i militarnej potęgi. To właśnie oni pełnią w powieści funkcję przerażających czarnych charakterów, w znacznie większym stopniu niż satrapa Popiel, którego poddani obalają już przed połową książki. Dopiero po jego upadku pojawiają się germańskie armie, zamierzające utopić raczkujące państwo Polan w rzece krwi i ognia. Złotowłosych sadystów powstrzymuje dopiero wspólny wysiłek zjednoczonych plemion. W momencie wydania książki jej antyniemieckie przesłanie było bardzo na czasie (walka z zaborcą!), natomiast na progu XXI wieku brzmi anachronicznie, przynajmniej według Hoffmana. Wszyscy dążymy przecież do wspólnej Europy, usuwania granic i zacierania różnic, zapominania i wybaczania. Po co przypominać dawne waśnie i ludobójstwa, po co otwierać stare rany? Politycznie niepoprawnych Germanów zastąpili więc neutralni Wikingowie, których reputacji i tak nic już nie zaszkodzi.

Być może ów kosmetyczny zabieg sprowadził Starą Baśń do poziomu średnio emocjonującego kina przygodowego, ale i otworzył jej drogę na zachodni rynek DVD. Jeśli wierzyć opisowi dystrybutora na tylnej stronie okładki, możemy być z filmu wręcz dumni. Mamy bowiem do czynienia z "wielkim, narodowym eposem, rozmachem dorównującym produkcjom amerykańskim". Jak miło przeczytać coś takiego o polskim filmie świeżej daty! Zazwyczaj chwali się nas za arcydzieła Szkoły Polskiej sprzed 60 lat... Z komentarzy niemieckich widzów wynika, że Die Wikinger - Angriff der Nordmänner im się raczej podobał, mimo nieuchronnego rozczarowania zbyt krótkim występem tytułowych Wikingów. Ciekawe, jak odebraliby film, zrealizowany zgodnie z duchem powieści Kraszewskiego?

Tutaj można kupić rzeczony film. Dodatków najwyraźniej brak, ale można wybrać sobie wersję językową: oryginalną polską, albo niemiecki dubbing. Ciekaw jestem, jak zabrzmiała Stara Baśń in Deutsch?

4 czerwca 2010

Tajemnice Paryża (1962) - Rozrywka bez tajemnic

Spektakl z gatunku płaszcza i szpady, cieszący się niegdyś olbrzymią popularnością w całej Europie. Również u nas! Historyczne filmy przygodowe docierały za żelazną kurtynę, ponieważ nie godziły w ustrój, a niektóre zdawały się nawet wyrażać sympatie socjalistyczne, krytykując panoszącą się arystokrację i przedstawiając z sympatią niższe warstwy społeczeństwa. Tak było w Kapitanie Fracasse, gdzie poznawaliśmy niedole trupy aktorskiej w czasach monarchii (jakiż kontrast z komunizmem, który artystów nosił na rękach!), tak jest również w Tajemnicach Paryża. Tu dla odmiany przyglądamy się bytowaniu klasy robotniczej. Główny bohater, Rudolph de Sombreuil, jest co prawda hrabią, ale większość czasu spędza nie w strojach z jedwabiu, lecz w zgrzebnym surducie robotnika. Jest to przebranie, w którym brata się z ludem, bijąc na kwaśne jabłko jego ciemiężców.

Podobnie jak większość filmów cape et épée, również ten oparty jest na motywach XIX-wiecznej powieści awanturniczej. Powstałe w 1843 roku dzieło Eugeniusza Sue ma status dość wyjątkowy, zapoczątkowało bowiem modę na literaturę popularną, drukowaną po kawałku w gazetach. Tajemnice Paryża określane są jako "królowa powieści odcinkowej" i rzeczywiście, posiadają wszystkie charakterystyczne dla tego gatunku zalety i wady. Tych ostatnich jest zresztą całkiem sporo, co uniemożliwia uznanie powieści za arcydzieło. Ujawniła się w niej większość wad produkcji odcinkowej, np. zagmatwana do granic niemożliwości fabuła, nadmiar retardacji i efekciarstwo. Co nie przeszkodziło wykreowanym przez Sue postaciom stać się bohaterami zbiorowej wyobraźni Francuzów. Sukces wart dla autora zapewne znacznie więcej niż poklask krytyki.

Adaptowanie tak ważnej pozycji ma swoje złe i dobre strony. Dobrą jest oczywiście darmowa reklama. Każdy amator zechce zobaczyć, jak filmowcy poradzili sobie z zadaniem. Kronikarze z czystego obowiązku odnotują obecność adaptacji, tak więc film zapisze się w annałach kina nawet w wypadku, gdyby nic się w nim nie udało. Złą stroną, a raczej potencjalnym niebezpieczeństwem, jest wysoka poprzeczka już na starcie. Film będzie zestawiany z klasykiem. Czy wytrzyma to porównanie? Film André Hunebelle nie wytrzymuje, pozbawiony jest bowiem tego, co stanowi o sile powieści: jej mrocznego klimatu. Już sam tytuł działa na wyobraźnię, zapowiadając zawiłą zagadkę, której rozwiązanie kryje się gdzieś w krętych i ciemnych uliczkach Paryża.... Tymczasem z oryginału ostało się w scenariuszu niewiele, właściwie same imiona i kilka wydarzeń. Tajemnicy tu niewiele, dominują zaś rozwiązania typowe dla sprawnej odsłony kina płaszcza i szpady. Reżyseruje spec André Hunebelle, zaś pierwsze skrzypce gra amant Jean Marais. Jest sympatycznie, nawet bardzo sympatycznie, ale bez zaskoczeń, które po prostu nie są wpisane w uprawianą przez ten duet formułę kina.

Ciekawe okazałoby się zestawienie Maraisa z idolami współczesnymi. Na tle wymodelowanych młodzieniaszków wygląda właściwie na dziadka, do tego nie przejawia żadnych super mocy. Jest sprawny na tyle, by poradzić sobie w bójce ulicznej, ale z pewnością nie potrafiłby skakać z liany na lianę ze zwinnością Tarzana (vide synalek Indiany Jonesa). Ponadto Marais jest kryształowo czysty pod względem moralnym, w odróżnieniu od królujących obecnie na ekranach cynicznych zawadiaków. Rodolphe jest arystokratą i pozostaje nim przez cały film, nawet kiedy przebiera się w wysłużoną odzież przedstawiciela klasy pracującej, by nieść pomoc. Nie można określić go niestety mianem prawdziwego socjalisty. Poprzestaje na wyciągnięciu z biedy i uczynieniu hrabiną jednej słodkiej dzieweczki, nie rozwiązując problemu wyzysku całej klasy robotniczej!

Choć Tajemnice bledną w konfrontacji z legendarnym oryginałem, można je obejrzeć, ale lepiej nie zaczynać znajomości z Jeanem Maraisem właśnie od nich. Więcej werwy wykazuje bowiem we wcześniejszych filmach Hunebelle: Garbusie (1959), Sercu i szpadzie (1960) oraz Cudzie wilków (1961). Warto się również zapoznać z Kapitanem Fracasse. Ta adaptacja dla odmiany w pełni dorównuje literackiemu pierwowzorowi.

I kilka kadrów. Pojedynków na szpady brak, jest za to kilka bójek na pięści. Czy aby na pewno mamy do czynienia z filmem czystym gatunkowo?!?


IMDb

2 czerwca 2010

Komiksowy Cytat Tygodnia: Genesis (Księga Rodzaju)


Gdy tak niepokorny twórca jak Robert Crumb zabiera się za zilustrowanie Starego Testamentu, spodziewamy się bluźnierstwa i szyderstw. Tymczasem nic z tych rzeczy. Crumb podszedł do tekstu źródłowego z pietyzmem, nie zmieniając i nie opuszczając ani jednego zdania. Stworzył znakomity komiks, udowadniając zarazem, że wierni nie mają monopolu na adaptacje Biblii. Ba, wychodzą one lepiej ateistom, ponieważ ci nie boją się przedstawiać treści, które podczas kazania i katechezy raczej się pomija. Niepoprawności politycznej jest w Księdze Rodzaju co niemiara, co zresztą czyni lekturę jeszcze ciekawszą.
Przyjrzyjmy się choćby historii Lota. Zapewne wszyscy to pamiętają, ale dla porządku: Jahwe rozgniewał się na mieszkańców Sodomy i Gomory za ich bezbożność i rozpustę i postanowił zniszczyć obydwa miasta deszczem siarki i ognia. Wcześniej jednak wysłał do Sodomy dwóch aniołów, by odszukali wśród jej murów kogoś, kto nie zasłużył sobie na ów paskudny koniec...


Oto dwaj boży wysłannicy przybyli do Sodomy wieczorem, kiedy to Lot siedział w bramie Sodomy.

Gdy Lot ich ujrzał, wyszedł naprzeciw nich i oddawszy im pokłon do ziemi rzekł:
Lot: Ach, raczcie, panowie moi, zajść do domu sługi waszego na nocleg, obmyjecie sobie nogi, a rano pójdziecie w dalszą drogę.
A oni mu rzekli:
Boży wysłannik: Nie! Spędzimy noc na dworze.

Gdy on usilnie ich prosił, zgodzili się i weszli do jego domu. On zaś przygotował wieczerzę, poleciwszy upiec chleba przaśnego. I posilili się.

Zanim jeszcze udali się na spoczynek, mieszkający w Sodomie mężczyźni, młodzi i starzy, ze wszystkich stron miasta, otoczyli dom. Wywołali Lota i rzekli do niego:
Sodomita #1: Gdzie są ci ludzie, którzy przyszli do ciebie tego wieczoru?
Sodomita #2: Wyprowadź ich do nas, abyśmy mogli mogli z nimi poswawolić!

Po francusku ostatnia kwestia brzmi: abyśmy mogli ich poznać. Czyżby stąd pochodził zwrot "poznać kogoś w sensie biblijnym"?

Lot, który wyszedł do nich do wejścia, zaryglowawszy za sobą drzwi, rzekł im:
Lot: Bracia moi, proszę was, nie dopuszczajcie się tego występku! Mam dwie córki, które jeszcze nie żyły z mężczyzną! Pozwólcie, że je wyprowadzę do was i postąpicie z nimi, jak się wam podoba! Bylebyście tym ludziom niczego nie czynili, bo czyż nie są oni pod moim dachem?!?

Nie sposób oskarżyć Lota o brak gościnności! Sodomici jednak, jak to sodomici, pogardzili niewieścimi wdziękami i w dalszym ciągu napastowali dwóch nieznajomych. Na własną zgubę...


I tak zniszczył te miasta oraz całą okolicę wraz ze wszystkimi mieszkańcami, a także roślinność.

Jakie nauki wyciągnąć mogą z tej opowieści wierni? Primo: Gość w dom, Bóg w dom (ok, to całkiem sympatyczny wniosek). Secundo: Kobieta jest bytem podrzędnym, którym mężczyzna - Pan i Władca - ma prawo dysponować według własnego uznania. Tertio: Bóg nienawidzi pedałów (możemy więc zabijać ich w Jego imieniu). Wiem, że powtarzam tu oczywistości, ale jest znacznie bezpieczniej dla wszystkich czytać Biblię jako dzieło literackie, niż jako tzw. Pismo Święte, gdzie każde zdanie ma rangę prawdy objawionej...

22 grudnia 2008

Fruits of Passion (1981) - Kajdany miłości

Also sprach Kinski: "To historia faceta, który oddaje ukochaną do burdelu w Sznaghaju, bo właśnie to go podnieca. Zakochana dziewczyna zgadza się na to, ale przechodzi piekielne katusze. Prawie cała akcja toczy się w burdelu (..)"

Tyle Kinski w swojej autobiografii (polecam dalszy ciąg cytowanego ustępu, na który składają się "gorące" wspomnienia z planu zdjęciowego). Sam film to erotyka z ambicjami. Trudno jednoznacznie orzec, czy mamy w tym wypadku do czynienia z kontynuacją "Historia O" Justa Jaeckina, czy też z zupełnie nową adaptacją powieści Dominique Aury. W klasycznym filmie twórcy "Emmanuelle" role Sir Stephena i O odtwarzali Udo Kier i Corinne Clery. Tutaj przypadają one Klausowi Kinskiemu oraz Isabelle Illiers. Na marginesie: celowo podaję nazwisko odtwórcy głównej roli na pierwszym miejscu, gdyż to on jest w tej historii panem i władcą!
Inni wykonawcy, inna charakterystyka postaci. Stephen-Udo był kochankiem pięknym, uwodzicielskim i czułym, choć oczywiście zdrowo pokręconym. Tymczasem Stephen-Kinski jest brzydkim jak noc, zimnym okrutnikiem, który dla sportu znęca się nad zakochaną dziewczyną. Ona zaś jest bardzo niedojrzała, ledwo pełnoletnia, o wiele młodsza niż Corinne Clery. Poddanie się woli starszego mężczyzny nie wydaje się w jej wypadku decyzją świadomej siebie kobiety, lecz zahukanego podlotka. Najwyraźniej nie zna jeszcze smaku miłości, w której partnerzy są równi, i dlatego godzi się na upokarzający związek ze starym capem (Kinski w momencie kręcenia filmu miał swoje lata, choć sprawnością fizyczną mógł jeszcze zawstydzić niejednego młodzika).
Materiał wyjściowy filmu, "Retour a Roissy" D. Aury, japoński reżyser Shuji Terayama potraktował jako pretekst do przedstawienia własnej, autorskiej opowieści. Erotyka jest tu bardzo mocno wyeksponowana, lecz równie ważną rolę odgrywa motywacja psychologiczna (przez serię abstrakcyjnych obrazów dokonana zostaje psychoanaliza bohaterki) i obyczajowa. Podczas gdy w wielu erotycznych fantazjach egzotyczna lokalizacja pełni rolę barwnego tła dla miłosnych igraszek bohaterów, Szanghaj w OWOCACH NAMIĘTNOŚCI wyrasta na pełnoprawnego bohatera, determinującego poczynania bohaterów. W pewnym momencie wybucha komunistyczna rewolucja, co stawia sir Stephena, było nie było arystokratę, w trudnym położeniu! Wyzwolenie się warstw pracujących spod ucisku zostaje zestawione z wyzwalaniem się O spod władzy męskiego tyrana. Ciekawy zabieg, zupełnie nie do pomyślenia u Aury czy Jaeckina.
Dla Shuji Terayamy, reżysera wielu eksperymentalnych filmów, OWOCE NAMIĘTNOŚCI są pozycją nietypową, komercyjną kooprodukcją z udziałem gwiazd europejskich (Klaus Kinski, Arielle Dombasle) i rodzimych (Peter, najsłynniejszy japoński aktor-transwestyta). Jest to również najbardziej przystępny tytuł w jego filmografii. Choć dla wielu amatorów filmowej erotyki również on okazał się ździebko za trudny i nie pomógł nawet nagi Klaus Kinski, uprawiający przed kamerą ostry seks (w "Ja chcę miłości" przechwalał się, że w żadnej ze scen nie symulował, zresztą podobnie jak reszta obsady). Warto przekonać się samemu, jak japoński awangardzista przekształcił francuską erotykę na własną modłę. Mi osobiście taka wariacja przypadła do gustu.
Tytuł postu zainspirowany klasycznym utworem ERASURE (znacznie młodszym od filmu, zresztą wątpliwe, by Terayama choć pomyślał o jego wykorzystaniu):

"Come to me, cover me, hold me
Together will break these chains of love
Don't give up, don't give up
Together with me and my baby
Break the chains of love"
Rozerwanie łańcucha miłości przez O rzeczywiście następuje, ale nie zdradzę, w jakich okolicznościach. To trzeba zobaczyć samemu!

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0082422/



The Rainbow (1989) - Wielobarwny Łuk Erosa


Ken Russell powraca do prozy D.H. Lawrence'a. "The Rainbow" (1989) można właściwie uznać za prequel "Zakochanych kobiet", jako że ukazuje wcześniejsze losy Ursuli, najstarszej z sióstr Brangwen. Glenda Jackson, laureatka Oscara za rolę Gudrun Brangwen w filmie z 1969 roku tym razem gra jej matkę, Annę. Sama Gudrun w "Tęczy" występuje tylko w epizodzie, jako rozbrykana, pyskata mała dziewczynka. Najwyraźniej wspólny język ze starszą siostrą znalazła dopiero później.

Powieść "Tęcza" opisywała historię trzech pokoleń rodziny, film skupia się na postaci Ursuli. Dziewczyny niepokornej, marzycielki i "romantyczki", która chce od życia czegoś więcej niż monotonna egzystencja u boku męża i gromadki spłodzonych z nim dzieci. Typowa emancypantka, a że w Anglii środowisko było mniej pruderyjne, przekracza ona nie tylko bariery społeczne, ale i seksualne.
Ursula chce się kształcić i samodzielnie zarabiać na życie. Rodzinie co prawda udaje się wyperswadować jej wyjazd do Londynu ("Miejsce kobiety jest w domu!"), ale nie same studia. Wkrótce dziewczyna nawiązuje romans z wyzwoloną nauczycielką wf-u. Winifred Inger (Amanda Donohoe, aktorka o niesamowitej urodzie, znana z "Kryjówki białego węża") jest feministką pełną gębą, lecz wkrótce sprawia zawód zapatrzonej w niej Ursuli, wychodząc za lorda Henry'ego (David Hemmings - "Powiększenie", "Głęboka czerwień"), właściciela miejscowej kopalni i opływającego w bogactwa hedonistę. Wzniosłe idee swoją drogą, ale trzeba z czegoś żyć - dzięki małżeństwu Winifred ma zabezpieczony byt. Ursula zaczyna pracę w szkole dla dzieci robotników, istnym piekiełku z sadystycznym dyrektorem na czele. Dziewczyna musi wzbudzić respekt w zdziczałych wychowankach (gorszych od naszych gimnazjalistów!), do czego niezbędna staje się rózga (na szczęście kary cielesne nie były w tym okresie zakazane). Sceny rozgrywające się w szkole są wyjątkowo mroczne i kontrastują z resztą filmu, rozgrywającą się w pięknych okolicznościach przyrody. Tylko czasami widać, że gdzieś poza tą idyllą jest groźny świat, przed którym rodzice chcą Ursulę uchronić.

Namiętny romans z przystojnym brytyjskim oficerem kończy się rozstaniem, gdyż dziewczyna nie chce być dodatkiem do jego uposażenia w jednej z zamorskich kolonii. Zostaje sama z dzieckiem, lecz nie zamierza się załamywać. Ostatnia scena sugeruje, że nigdy nie wyrzeknie się marzeń.
"Tęcza" nie jest tak znakomitym filmem, jak "Zakochane kobiety", niemniej zrobiony został fachowo i ze smakiem. Powinien przypaść do gustu zwłaszcza miłośniczkom literatury emancypacyjnej i smakoszom finezyjnej erotyki (kładącej większy nacisk na psychologię niż na cielesność). W powieści znalazło się ponadto miejsce nas przedstawienie ówczesnych mód filozoficznych, literackich, politycznych itp. W filmie, będącym przede wszystkim psychologicznym studium Ursuli, obraz rzeczywistości nie jest aż tak pełny.

Wszyscy oczekujący na typowe russellowskie szaleństwa mogą poczuć się niedopieszczeni. W pełni usatysfakcjonują ich tylko dwie sekwencje: miłość na skałach wodospadu oraz ucieczka Ursuli przed stadem rozszalałych koni. W filmach z lat 90tych nie ma nawet takich scen. Wydawałoby się, że reżyser na stare lata przeszedł do obozu konserwatystów. Nic bardziej mylnego! 14 lat później zrealizuje "The Fall of The Louse of Usher", jeden ze swych najdzikszych wizualnie filmów.

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0098165/