Pokazywanie postów oznaczonych etykietą erotyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą erotyka. Pokaż wszystkie posty

11 grudnia 2010

Mexico Trasho – Ghetto Librettos


Sensacyjne, ociekające seksem i krwią okładki meksykańskich magazynów komiksowych mocno mnie zaintrygowały. Jeśli zawartość publikowanych historii choć w połowie dorównuje temu, co widnieje na obwolucie, to jesteśmy w siódmym niebie komiksowej eksploatacji (mexploitation?). Meksykański rynek wypuszcza miesięcznie kilkadziesiąt tytułów, utrzymanych w podobnej stylistyce i znakomicie na tym prosperuje. Jednak zarówno rodzimi, jak i zagraniczni koneserzy komiksów nie widzą w tym fakcie niczego pozytywnego. Wprost przeciwnie, załamują ręce i wylewają gorzkie łzy nad wielkim upadkiem meksykańskiego przemysłu komiksowego.

Wielka popularność obrazkowego medium bynajmniej nie jest w tym kraju zjawiskiem nowym. Od lat pięćdziesiątych historietas cieszą się wielkim powodzeniem wśród szerokich warstw społeczeństwa. Masowo czyta je zwłaszcza klasa pracująca i właśnie do nich adresowana jest większość współczesnych wydawnictw. W ubiegłych dekadach sprawy wyglądały nieco inaczej, oferta wydawnicza była na tyle rozległa tematycznie, by odpowiadać potrzebom wszystkich grup społecznych i każdej grupy wiekowej. Wszystko zmieniło się wraz z otwarciem się rynku na produkt amerykański i japoński. Herosi z Marvel i DC oraz nimfetki o dużych oczach zdominowali masową wyobraźnię, spychając w cień narodowych bohaterów. Najmłodsi przestali fascynować się muskułami Chanowa (człowieka dżungli, a la Tarzan i Karzan), które nie mogły się równać z nadludzkimi mocami Spidera czy Flasha. Dziecięcych odbiorców z miejsca uznano za nieodwracalnie straconych, nie próbując nawet o nich walczyć. Obawiając się utraty również dorosłych czytelników, wydawcy wcielili w życie jedyną strategię, która była w stanie skutecznie rywalizować z obcymi wpływami. Zaproponowali historie dla dorosłych czytelników, wypełnione po brzegi wyuzdaniem i brutalnością, utrzymane w swojskim klimacie wielkomiejskiej brzydoty.

Formuła chwyciła i od tej pory potentaci komiksowi trzymają się jej wiernie, nie zwracając uwagi na to, że wzrost popularności okazał się wprost proporcjonalny do spadku jakości towaru. Odpowiadając na najniższe potrzeby odbiorców, komiksy zaprzepaściły szansę na zaskarbienie sobie ich szacunku, stając się synonimem „grzesznej przyjemności” (guilty pleasure – po angielsku ładniej to brzmi). Choć większość tytułów niezmiennie rozchodzi się w olbrzymich nakładach, nie są one szeroko dyskutowane w mediach i prasie. Nawet wierni czytelnicy odnoszą się do nich z mieszaniną wstydu i pobłażania. Nie jest to lektura, którą można się pochwalić, a w pewnych kręgach jest wręcz nie do pomyślenia. Wyższe, wykształcone warstwy społeczeństwa całkowicie się od niej odżegnują. Rzeczywiście, zamożnych obywateli stać na kupno tych innych, „prawdziwych” komiksów, sprowadzanych z Hiszpanii czy Stanów. Pochłanianie wulgarnych Ghetto librettos za dwa dolary zostawiają klasie robotniczej. Trudno o lepszą ilustrację klasowej nierówności: ci na górze delektują się Milo Manarą i Guido Crepaxem, tym na dole pozostaje masowa konsumpcja Almas Perversas czy Delmonicos Erotika.

Nic dziwnego, że meksykańskie komiksy nie podbiły świata, skoro nawet rodzime środowiska opiniotwórcze odnoszą się do nich z pogardą. Dziwi mnie nieco aż tak daleko posunięty snobizm w przypadku komiksowego medium, które prawdziwą sztuką bywa od czasu do czasu, przeważnie zaś jest po prostu rozrywką. Tym niemniej nie sposób ukryć, że meksykańskie serie więcej mają wspólnego z krzykliwością brukowca typu Fakt i melodramatyzmem brazylijskiej telenoweli, niż z inteligentną propozycją komiksu dla dorosłego czytelnika w wydaniu włoskim (klasyczne fumetti) bądź amerykańskim (katalog Vertigo). Powszechna zła opinia zrobiła swoje i nawet wśród obywateli Meksyku nie znajdzie się wielu zajadłych kolekcjonerów, jednak w przepastnym Internecie odnaleźć można wszystko, więc szczęśliwie udało mi się natrafić na kilka reprezentacyjnych tytułów i na własne oczy przekonać się, jak wyglądają osławione Ghetto libretto.

Tym, co z początku uderza w tych komiksach najmocniej, to ich pruderia, wręcz zaskakująca w kontekście przestrogi "Solo Adultos!", wypisanej dużymi literami na szokującej śmiałością okładce. A jednak! Warto zauważyć, że już owa okładka, jakkolwiek sugestywna, nie prezentuje nam tzw. full frontal nudity. Co najwyżej z rzadka mignie kobieca pierś, lecz najczęściej zasłania ją stanik, natomiast o żeńskich i męskich narządach płciowych można tylko pomarzyć. Podobnie prezentuje się sam komiks. Pełno w nim dorodnych niewiast, o pełnych piersiach i olbrzymich pośladkach (w tym punkcie meksykański ideał urody różni się nieco od naszego), które pomimo wielu dogodnych okazji nie zdejmują z siebie wszystkiego, nawet podczas stosunku pozostając w koronkowych majteczkach. Brak pełnej nagości rekompensują jednak bezustanne zmiany garderoby. Ślicznotki co chwila wdzięczą się w innej bluzeczce z wielkim dekoltem i innej kusej spódniczce. Wygląda na to, że strategią twórców jest maksymalne podniecać, nie dając zarazem nadziei na pełne zaspokojenie, co sprawia, że natychmiast po ukończeniu tomiku machinalnie sięga się po następny. Nic dziwnego, że historietas pełno leży w poczekalniach meksykańskich domów publicznych! Ich sugestywność działa silniej niż niejeden afrodyzjak, a z pewnością jest skuteczniejsza niż tradycyjne porno, nie zostawiające pola dla wyobraźni. Byłoby zarazem błędem sądzić, że twórcy unikają wkraczania w domenę XXX ze względów artystycznych. Sztuki uników i podchodów nauczyła ich cenzura, nadzorująca treść każdego masowo rozpowszechnianego tytułu.

Również ze względu na oko cenzora wszystkie, nawet te najbardziej perwersyjne historie obowiązkowo kończą się czytelnym morałem, wyłożonym wprost w dymkach. Nastoletnia gwiazda porno może przez cały komiks puszczać się z obleśnymi producentami i zażywać tony heroiny, byleby tylko w finale wyrzekała się raz na zawsze haniebnej przeszłości i padła w ramiona ukochanej mamusi (Almas Perversas, nr 15). Przystojny nauczyciel może wykorzystywać do woli swe dorodne uczennice, jeśli tylko w finale dostanie za swoje, oszpecony kwasem przez psychopatkę (Almas Perversas, nr 17). Para ponętnych lesbijek cieszy nasze oczy miłosnymi zapasami w rozmaitych konfiguracjach, dopóki banda gwałcicieli nie uświadamia im, że prawdziwą rozkosz kobieta może osiągnąć tylko w heteroseksualnym związku – nawet wtedy, gdy mężczyzna bierze je siłą! Tej ostatniej historii nie miałem niestety w rękach, lecz wspominam o niej dlatego, że właśnie w niej najsilniej dochodzi do głosu mizoginizm, obecny w pokaźnej liczbie historietas, których bohaterki są poniżane i gwałcone na wymyślne sposoby. Czyżby płeć piękna aż tak bardzo zalazła meksykańskim macho za skórę?! Dla przeciwwagi, utrzymana w komediowym tonie seria Bellas de Noche ukazuje silne i pewne siebie dziewczęta, okręcające sobie mężczyzn wokół palca. Oferta wydawnicza pragnie dogodzić wszystkim, zarówno szowinistom jak i „feministkom” (w cudzysłowie, gdyż te prawdziwe nie zniżają się do lektury komiksów). Trudno przypuszczać, by sami czytelnicy na poważnie traktowali obłudne przesłania, doczepione w tak sztuczny sposób do absolutnie amoralnych opowieści. Większość konsumentów zapewne błyskawiczne odczytuje właściwe intencje twórców i uznaje to wszystko za dodatkowy smaczek.

Najciekawszą i najprężniejszą serią wydaje się Almas Perversas, zgodnie z tytułem prezentująca losy obywateli i obywatelek, którzy haniebnie pobłądzili, nurzając się w zbrodni i perwersji. Jest tu ogromne pole popisu dla scenarzystów, wśród których najgłośniejsi to Sinclair (epatujący makabrą), Ricardo Renteria (uwielbiający brutalność i zboczenia) oraz J. J. Sotelo (jego historie są najlepiej napisane, ponadto wykazuje wrażliwość socjalną). Równie ciekawym tytułem jest Corridos Perrones, gdzie sensacyjne historie są bardzo mocno osadzone w rzeczywistości, ukazując czytelnikowi meksykańskie realia – to swego rodzaju obyczajowy thriller. Nieco rozczarowuje Realtos De Presidio. Choć covery tego magazynu doprowadzić mogą każdego miłośnika horroru do stanu ekstazy nerwowej (galony krwi, wyprute bebechy, podcięte gardła, wydłubane oczy, wyrwane języki, mózg na ścianie…), zaprezentowane w nim opowieści pomimo okazjonalnej makabry nie wykraczają poza schemat klasycznego kryminału. Możliwe jednak, że miałem pecha natrafić na najdelikatniejsze numery z katalogu…

Żałuję, że nie było mi dane obejrzeć ani jednego tomiku La Ley Del Revolver, którego okładki dosłownie zwaliły mnie z nóg. Natrafiłem tylko na obrazek, który jeszcze zaostrzył mój apetyt. Niezłe rysunki, porozumienie ponad podziałami (akcja Indianin-blondyna), a ponadto obfity i odkryty biust. Jeśli z seksem wszystko w porządku, to może i przemoc nie zawiedzie oczekiwań? Natomiast zupełnie nie przypadły mi do gustu komiksy z serii Las Chambeadoras (karykatura, slapstick, prymitywne śmichy-chichy), Barrio Caliente (tytuł wypuszczony poza cenzurą, wypełniony po brzegiem wilgotnymi łechtaczkami i sterczącymi penisami, co czyni zeń banalną pornografię), a także Devorame Otra Vez (brzydkie rysunki). Ale przecież nie wszystko musi mi się podobać, do pełni szczęścia wystarczą już Almas, Bellas i Corridos (ABC popularnych historietas?). Z miejsca polubiłem te tytuły i zupełnie nie dziwi mnie ich olbrzymia popularność! Niestety, nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek trafi się możliwość sięgnięcia po jakikolwiek z nich (pomijając „internetową ekspozycję”, z której korzystałem, pisząc ten tekst), nawet na eBayu nikt ich nie wystawia… Wielka szkoda, byłyby doskonałą motywacją do nauki hiszpańskiego!

PS. W rankingu komiksowych okładek wszechczasów powyższa (wyraźnie inspirowana Hostelem 2) miałaby spore szanse na zajęcie pierwszego miejsca...

5 grudnia 2010

Mexico Trasho - La Ley Del Revolver


Pod chwytliwym tytułem La Ley Del Revolver (Prawo rewolweru) ukrywa się meksykański komiksowy magazyn, prezentujący, jak nietrudno zgadnąć, rozmaite historie z Dzikiego Zachodu. Ale jakież to historie! Jeśli można oceniać komiks po okładkach, za które odpowiedzialni są Oscar Bazaldua i Rafael Gallur Rivas, mamy do czynienia z iście wybuchową mieszanką, przy której bledną nawet ekstrawagancje Kaznodziei (z tomu Dawne dzieje: Święty od morderców). Oto subiektywne Top 10 coverów, ukazujące wszechstronność tego niezwykłego periodyku.


Nr 471
Na potęgę Wielkiego Mannitou!
Indiański He-man przyzywa niebiosa, nie dostrzegając,
że prawdziwie boskie kształty ma tuż za sobą...


Nr 484
The Cowboy Wore Gloves


Nr 487
American Werewolf in Mexico City


Nr 489
Zombie Squaw Eaters


Nr 503
Przez chwilę trudno zrozumieć, dlaczego
Biała Twarz ma aż tak przerażoną minę,
wystarczy jednak rzut oka na to, co dzierży
w ręku zbliżający się Indianin...


Nr 561
Czym byłby meksykański western
bez porządnego karabinu maszynowego?


Nr 562
Navajo Big Knife Massacre


Nr 580
Piękne, skąpo odziane kobiety to standard,
lecz nie na każdej okładce wdzięczy się
taki zmysłowy rudzielec!


Nr 592
Gringo Kill...If You Live Shoot!


Nr 697
Dos Coltos para la Hermana Sara

Niepocieszeni będą chyba tylko miłośnicy klasycznej, "szlachetnej" odmiany westernu, znanej z wielu starszych polskich komiksów (Tajemnica Czerwonego Tepee Raczkiewicza, Przyjaciele Roda Taylora Wróblewskiego, Biały orzeł Gacha...). Cóż począć, odeszła w przeszłość urocza naiwność Dzikiego Zachodu z Hollywood, otrzyjmy już łzy. Czas na krwawy, seksowny Meksyk!!!

Znacznie więcej, w dużej rozdzielczości, idealne na tapetę!

Komiksowy Cytat Tygodnia - Almas Perversas, nr 623


"Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę? Z tego powodu mężczyzna opuści ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną. I staną się dwoje jednym ciałem. I tak już nie są dwoje, ale jedno ciało. Tego więc, co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela!"
Jezus Chrystus (Ew. św. Mateusza 19:4-6)

Doskonałe exemplum dla tego powszechnie znanego i okazjonalnie respektowanego biblijnego przykazania odnaleźć można w dość zaskakującym miejscu, mianowicie w jednym z numerów meksykańskiego magazynu komiksowego "dla dorosłych". Poniższy przykład dobitnie ilustruje, czym może się skończyć całkiem niewinny małżeński skok w bok...


Dulce: Carlos!... Ech?!

Gdy weszła do sypialni, poznała przyczynę swego dziwnego niepokoju.
Dulce: !!
Carlos: Dulce!!!

Carlos: Mo-moje słonko... J-ja...
Karla (najlepsza przyjaciółka Dulce): Och!

Carlos zaczął wygłaszać litanię wymówek, których nawet nie słyszała, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.
Carlos: N-najdroższa... Pozwól mi wytłumaczyć...


Dulce: Carlos... Dlaczego?

Dulce: Przecież ja cię kocham!

W pokoju zapadła grobowa cisza... Ale tym razem Dulce nie przelała najmniejszej łzy.

Wręcz przeciwnie, jej błękitne oczy zwężyły się, przybierając wyraz niebezpieczny... śmiertelny... zabójczy...

Milcząca i spokojna, pochyliła się, by otworzyć szufladę w kredensie...
Carlos: Dulce... Co ty robisz?

Dulce: Upewnię się, że wy dwoje nikogo już nie zdradzicie!!!
Carlos i Karla: Ech?!

Zaślepiona bezgraniczną nienawiścią, Dulce rzuciła się na nich z wściekłością pantery.
Dulce: Gaaah!!!
Karla: Ach!
Carlos: Dulce! NIE!

Carlos: Co robisz?! Na miłość boską!! Przestań!!!
Dulce: GAAAH!!!

Carlos próbował ją powstrzymać, lecz w nieokiełznanej wściekłości dźgnęła go z precyzją prosto w gardło...
Carlos: AGHH!!!

Dulce: Przeklęci! PRZEKLĘĘĘĘCI!!!

3 grudnia 2010

Zara Wampirzyca, T.7: Potwory

Dziwy nad dziwami: dopiero trzecia translacja, a już doszliśmy do siódmego numeru! Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu nie istnieje coś takiego, jak IEZ (Internetowa Encyklopedia Zary). Można tylko snuć niejasne domysły, jaki przebieg miały poprzednie cztery, niezeskanowane epizody... Niezaprzeczalnym faktem jest, iż nie wszystko potoczyło się z planem Drakuli i Zara nie została jego wierną towarzyszką. Zapewne miało w tym udział uczucie, jakie połączyło ją z Markiem Finneyem. Przystojny lekarz nie tylko stał się jej kochankiem, ale i opracował naukową formułę, dzięki której piękna wampirzyca może wystawiać się na działanie promieni słonecznych bez najmniejszych obaw (chyba że pragnęłaby zachować arystokratyczną, bladą cerę). Trudno powiedzieć, w jakich okolicznościach doszło do rozstania bohaterów, jednak ich miłość przetrwała (vide nr52). Reszta jest milczeniem, choć nie można wykluczyć, że kiedyś pojawią się brakujące skany. Numer siódmy posiada już charakterystyczną dla całego cyklu strukturę romansu pikarejskiego. Zara prowadzi awanturniczy żywot, niezmiennie spragniona mocnych wrażeń i silnych namiętności. Tym razem odnajdujemy ją w niewoli u bezlitosnych rozbójników, którzy nie mają szacunku dla płci pięknej (przykład ich okrucieństwa tutaj)...

Zapraszam do lektury, zarazem uczciwie uprzedzając, że nie jest ona przeznaczona dla każdego! Oprócz odgłosów zachwytu...


...pojawić się mogą również opinie krytyczne.


Na wypadek awarii 4shared...

26 listopada 2010

Zara Wampirzyca, T.2: Zara kontra Drakula

W drugiej odsłonie Zary nad głowami wampirycznych bohaterów zbierają się czarne chmury! Zara wbija swe zęby w szyję pierwszej ofiary, w związku z czym Pabstem i trumną Drakuli zaczyna interesować się banda agresywnych wieśniaków. Warto pamiętać, że zabobonny chłop nie przepuści również nieumarłemu! Ponownie przekonujemy się, że rodzicom nie zawsze wychodzi na zdrowie podglądanie swych dorodnych córek, gdy te zostają same w swoim pokoju... Emocjonujący cliffhanger na zakończenie tomiku stanie się od tej pory znakiem rozpoznawczym serii.

Autorzy zdradzili, że przy tworzeniu image'u bohaterki zapatrzyli się na Catherine Deneuve. Prawdę mówiąc, trudno wychwycić podobieństwo podczas czytania komiksu. Najbardziej dostrzegalne jest na okładkach, będących dziełem zupełnie innego grafika... Twórcy mieli jednak nosa, gdyż kilka lat później Deneuve okazała się doskonałą wampirzycą, tworząc wraz z Davidem Bowie niezapomniany duet w Zagadce nieśmiertelności Tony'ego Scotta.

Zapraszam do lektury!

PS. A propos trumny Drakuli: scenarzysta Renzo Barbieri popełnił tutaj pewną gafę, najwyraźniej zapominając o tym, co wydarzyło się w tomiku pierwszym. Czy ktoś jeszcze wychwycił ten błąd?

19 listopada 2010

Schulmädchen-Report 7: Doch das Herz muß dabei sein (1974) - Nastoletnia żądza w RFN

"To już siódma część Raportu o szkolnych dziewczętach. Czy od premiery pierwszej części staliśmy się bardziej moralni? Wątpliwe. Ale z pewnością pozbyliśmy się wiele pruderii." Od tych słów rozpoczyna się kolejny sexploitation pseudo-edukacyjny rodem z RFN. Formuła sprawdzona: historia przewodnia, której bohaterowie snują inne historie. Wszystkie dotyczą seksualnej aktywności uczennic niemieckich liceów. Za klamrę spinającą służy relacja z rozprawy sądowej, dotyczącej nielegalnego burdeliku, jaki założył przedsiębiorczy młodzieniec, namawiając do współudziału kilka bezpruderyjnych koleżanek. Rozprawa toczy się powolnym trybem, a siedzący na korytarzu rodzice dla zabicia czasu opowiadają sobie, co też wyrabia ta współczesna młodzież.

Ich konstatacje mogą uspokoić co niektórych widzów, przerażonych deprawacją nastolatków w XXI wieku. Nic nowego pod słońcem: już w latach 70. niepokojono się rozpasaniem dorastających i kręcono na ten temat alarmujące obrazy, do których jednak Raporty się nie zaliczają. Mocno wątpliwe, by realizatorzy serii pragnęli uświadamiać i przestrzegać, pomimo wszystkich deklaracji, jakie umieszczali przed każdym kolejnym odcinkiem. Przyświecający im cel jest jasny: pokazać jak najwięcej apetycznej, młodzieńczej golizny. Młodzieńczej, ale nie młodocianej - wszystkie aktorki, które tak ochoczo wcielają się w role siedemnastek, szesnastek i piętnastek, w rzeczywistości przekroczyły już magiczną granicę osiemnastki, pozwalającą im na legalne robienie tego, z czym jeszcze niedawno musiały się ukrywać.

A może wcale nie musiały? Jeśli wierzyć twócom Raportu, których inwencja w wymyślaniu pikantnych scenariuszy zdaje się niewyczerpana, nastolatki o seksie wiedzą wszystko i wszystkiego zdążyły też spróbować. Nie bez powodu w większości przedstawianych historyjek to one są górą, a nie dorośli, skrępowani konwenansami i nie nadążający za duchem czasu. W świecie Raportów znacznie częściej uwodzeni, wykorzystywani i porzucani są dojrzali mężczyźni, zazwyczaj przedstawiciele szacownych zawodów. Doktorzy, nauczyciele, psychiatrzy - wszyscy oni nader łatwo dają się omotać figlarnym nimfetkom. Ich kultura prawie bez walki kapituluje przed dziewczęcym biologizmem. Los samców budziłby litość, gdyby całej naszej uwagi nie pochłaniała kontemplacja cielesnych powabów ich nastoletnich kusicielek. Realizatorzy próbują również w inny sposób odwrócić uwagę widzów od wszelkich smutnych konstatacji, wprowadzając sporą dawkę humoru. W przypadku tegoż najbardziej ewidentna staje się różnica kulturowa pomiędzy Niemcami a resztą świata. Gagi, stanowiące dla nich beczkę śmiechu, okazują się mocno głupie bądź wręcz żałosne dla innych nacji. Może z wyjątkiem chińskiej i japońskiej, one również przepadają za monstrualnie grubym dowcipem.

W siódmej części Raportu brzemię komizmu spoczywa na barkach Rinaldo Talamonti, wcielającego się we włoskiego gastarbeitera Carlo, któremu niski status społeczny nie przeszkadza w licznych erotycznych przygodach. Z jakiegoś tajemniczego powodu podlotki faworyzują właśnie jego. Być może działa na nie jego włoski temperament, a może czują się paniami sytuacji, dominując nad Carlo pod każdym względem: fizycznym (nie jest ideałem męskiej urody), zawodowym (wykonuje proste prace fizyczne), a nawet lingwistycznym (niemiłosiernie kaleczy niemiecką mowę). Jurny Włoch jest jedynym stałym bohaterem serii, powracającym regularnie od swojego debiutu w "czwórce", gdzie udało mu się obsłużyć pod rząd cztery rozpalone dziewoje. "Siódemka" podnosi mu nieco kwalifikacje (jest kelnerem, ponadto kochankiem szefowej, co dobrze wróży na przyszłość), ale wymaga od niego biegania w negliżu po całym hotelu. Przecież czymś musi nas rozbawić!

Pozostałe epizody są poważniejsze, dzięki czemu harmonizują z "sądowniczym" motywem przewodnim. Mamy więc gang motocyklistów, który w swą przestępczą działalność wplątuje cud-dziewczynę (Sonja Jeannine, największa ślicznotka serii); seksowną prymuskę, która z żelazną konsekwencją wciela w życie wszystko, o czym przeczytała w podręczniku do wychowania seksualnego; wreszcie pewną blondyneczkę, zakochaną do szaleństwa w nauczycielu, który niestety woli wdzięki jej matki. Potrzeba podstępu, by wylądował w łóżku również z córką. Żadna z historii nie odbiega poziomem od poprzednich odsłon Raportu, nie sposób dostrzec ani podwyżki, ani też spadku formy, co przy siódemce w tytule powinno cieszyć. Pomimo wszystkich uproszczeń i słabości RFN-owska seria oddaje w dużym stopniu klimat dekady, w której nie obawiano się jeszcze interesować pożyciem płciowym nastolatków. Z perspektywy lat doskonale widać, że obwieszczony w prologu siódmej części Schulmädchen-Report triumf nad pruderią okazał tylko pobożnym życzeniem.

Nastoletnia żądza w dziewięciu odsłonach:

Na drugim planie Charles Bronson.


RFN to raj dla gastarbeiterów!


Wymarzony punkt widzenia


Podczas przyjmowania zamówienia kelner wykazuje się pełnym profesjonalizmem


Młodzieżowy gang torturuje swe ofiary na wymyślne sposoby...


Czarny charakter pije i pali.
Już wówczas nie były to nałogi mile widziane!


Mężczyźnie znacznie trudniej się obnażyć...


Igraszki przy tablicy


Najwymyślniejsze pozycje obejrzymy w finale!