Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borgia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borgia. Pokaż wszystkie posty

17 lutego 2010

Le Pape Terrible, Tom I - Della Rovere

Alejandro Jodorowsky najwyraźniej się rozkręcił i planuje papieską trylogię komiksową! W oczekiwaniu na czwarty tom BORGIÓW czytelnicy (na razie ci z krajów frankojęzycznych) otrzymują pierwszy tom nowej serii : LE PAPE TERRIBLE - POTWORNY PAPIEŻ! Właśnie, właśnie, mam pewne obawy w stosunku do polskich wydawców. Niejednokrotnie już ryzykowali (PREACHER!), ale czy zdecydują się na publikację tytułu, który z miejsca pachnie ekskomuniką? A sam tytuł to nie wszystko... Obecni w każdym Empiku BORGIOWIE, pomimo niezwykle sensacyjnej treści, jakoś nie przyciągnęli wzroku obrońców moralności, natomiast spore szanse miałby na to okładka z wyzywająco uśmiechniętym młodzianem, siedzącym nago na papieskich kolanach.

Z obwolutą dość dobrze koresponduje zawartość tomu. Wyuzdanie, okrucieństwo, cynizm i makiawelizm - wszystko, do czego przyzwyczaiła nas seria BORGIA. De facto jest to sequel. Tom "Della Rovere" rozpoczyna się otruciem winem mszalnym Aleksandra VI, czyli naszego starego znajomego Rodriga Borgii. Wkrótce równie marny koniec spotka jego syna, walecznego Cezara. Tak przemija chwałą świata i ci, którzy jeszcze niedawno mianowali się jego władcami!

Oczywiście to nie zagniewana zbrodniami Borgiów Opatrzność odpowiedzialna jest za ich upadek. Wszystkie zasługi w tym względzie Jodorowsky przypisuje ambitnemu i bezwzględnemu kardynałowi Della Rovere, dążącemu po trupach do papieskiej władzy. Czym różni się od wyeliminowanych przez siebie Borgiów? Pierwsza rzecz, która przychodzi do głowy, to seksualne preferencje - od kurtyzan zdecydowanie woli towarzystwo pięknego młodzieńca, choć nie pogardzi również usługami muskularnego Murzyna. Ponadto jest takim samym sukinkotem jak poprzednik, stosującym równie paskudne metody w celu zdobycia i utrzymania władzy.

Identyczny modus operandi bohatera musi nasuwać pytanie o sens powstania tej serii, będącej właściwie lustrzanym odbiciem poprzedniej. Oczywiście głównym celem przyświecającym Jodorowskiemu jest kompromitacja papiestwa, a pobocznym - niezła zabawa, polegająca na mnożeniu coraz to wymyślniejszych scen okrucieństwa i rozpusty. "Do czego jeszcze posuną się te potwory w sutannach?" - zastanawiamy się podczas lektury i nie jesteśmy zawiedzeni, gdyż perfidnych pomysłów scenarzyście nie brakuje. Osobiście nie mam rzecz jasna nic przeciwko tej antyklerykalnej strategii, ale nie sposób zaprzeczyć, że nie ma ona nic a nic wspólnego z subtelnością, a przypadkowych czytelników prędzej może zniechęcić do samego komiksu, niż do wyszydzanej przez niego instytucji papiestwa. Mimo widocznego gołym okiem przygotowania merytorycznego scenarzysty oraz imponujących wizualnym przepychem plansz rysownika, LE PAPE TERRIBLE więcej ma wspólnego z obrazkowym pulp fiction w rodzaju Elvifrance (nawet przez fanów z pobłażaniem określanego jako "BD de gare"), niż z wielkimi dokonaniami francuskiego komiksu historycznego.

Nowością jest nieznany mi dotąd rysownik Theo (z prowadzonego przezeń bloga można wywnioskować, że czuje się zaszczycony współpracą z legendą). Wydaje się odpowiednią osobą do zilustrowania papieskiej serii. Bezbłędnie odmalowuje bogactwo i splendor Watykanu, sugestywnie ukazuje też mroczne i zaniedbane uliczki Rzymu. Bardzo dobrze radzi sobie z ukazywaniem męskiego ciała, natomiast znacznie gorzej wychodzą mu kobiety. To niewielkie zarzut, jako że niewiasty odgrywają raczej marginalną rolę w tej męskiej aferze. Dla niektórych czytelników będzie ona zapewne aż nadto męska, nie każdego przecież w równym stopniu bawi widok homoseksualnych igraszek. Jeśli czegoś mi tutaj brakowało, to właśnie kobiecej postaci w stylu Lukrecji Borgii, którą w tak kuszący sposób odmalował Milo Manara.


Kilka smakowitszych kadrów:

Papież i jego świta w strojach Adama


Ostatni kielich Rodrigo Borgii


"Bóg nie istnieje, Francesco. Umieramy, grzebią nas, gnijemy..." I kto to mówi!


Po lewej: Piękna architektura, czyli bardzo mocny punkt albumu. Po prawej: Cezar Borgia w masce, której nie powstydziłby się Upiór z Opery!


Niccolò Machiavelli w domu uciech. Już wówczas ceniono "rubensowskie" kształty!


Juliusz II - z tym papieżem lepiej nie zadzierać!


Linki:
1)Wspomniany blog rysownika
2)Pod tym adresem można znaleźć album w wersji elektronicznej. Jak dotąd tylko w oryginalnej wersji językowej.

7 stycznia 2009

Borgia, Tom III - Płomienie stosu


"Nie lubię religii – religia zabija naszą planetę. Kościoły zabierają nam pieniądze, księża molestują dzieci. To choroba ludzkości. Ja wierzę w mistycyzm.”
Alejandro Jodorowski


Mistrzowski tandem Jodorowski-Manara prezentuje trzecią już odsłonę komiksowej sagi o Borgiach. Jest to również ich powrót do wielkiej formy, bowiem poprzedni tom, "Władza i grzech", mógł rozczarować zarówno fanów przepięknej kreski Milo Manary, jak i pełnego obrazoburczej inwencji scenariusza Alejandro Jodorowskiego. Można było odnieść przykre wrażenie, że obydwaj panowie stracili zainteresowanie podjętym tematem i kontynuują go z przymusu. Na szczęście przy "Płomieniach stosu" obu artystom powróciło natchnienie i ponownie z wielkim upodobaniem odmalowują liczne zbrodnie i wykroczenia papieskiej familji z XV wieku.



Album rozpoczyna się z rozmachem, tzn. od gigantycznej uczty, jaką Aleksander VI urządza z okazji Niedzieli Wielkanocnej. Dla większej pikanterii feta ma charakter balu maskowego, na którym "jedynym sposobem porozumiewania się jest język pieszczot". W takich okolicznościach spotykają się Aleksander VI i Lukrecja, przebrani w kostiumy Króla i Królowej. Nie rozpoznając swej córki, papież zabiera ją do kaplicy, gdzie uprawiają miłość na ołtarzu, zrzuciwszy z niego wcześniej święte relikwie. Jakież jest ich zdziwienie, gdy zdejmują swe maski! Jednak świadomość popełnionego grzechu tylko potęguje ich rozkosz...



Niestety, romansu nie sposób kontynuować ze względów praktycznych. Lukrecja ma już kochanka, swego brata Cezara, zaś zazdrość tegoż mogłaby zagrozić jedności rodziny. Papież jest niepocieszony, lecz rezolutna córka proponuje mu idealny substytut: dziewczynę dorównującą jej pięknem i zmysłowością. Jest to Julia Farnese, znana czytelnikom z pierwszego tomu ("Krew dla papieża"). Ślicznotka od ponad roku marnuje się w żeńskim klasztorze, a Siostra Przełożona nie chce jej wypuścić, powołując się na surową regułę zakonną. Jednak nie z Ojcem Świętym takie numery! Papiescy siepacze siłą wkraczają do klasztoru, przykładnie karząc nieposłuszną mniszkę i uwalniając Julię. Wdzięczna swemu wybawcy dziewczyna natychmiast zostaje jego faworytą...



To streszczenie zaledwie kilku pierwszych stron "Płomieni". Dalej jest równie ciekawie. Co scena to kolejna porcja bluźnierstwa, przemocy i wyuzdania. Na każdej stronie grzech. To ci dopiero lektura! Należy jednak uprzedzić czytelników, którzy zapragną uczyć się z niej historii. Nie było zamierzeniem Jodorowskiego pieczołowite odtworzenie realiów XV wieku. Artysta ten nigdy nie pretendował do miana historiozofa. Zawsze natomiast był wizjonerem. Jego rozbuchana wyobraźnia nie uznaje żadnych granic, czyniąc z przesady cnotę, a z wszelakiej aberracji normę. Kiedy więc Jodorowski podjął się odmalowania czasów największej rozpusty Watykanu, tylko naiwni mogli oczekiwać, że dokona tego w sposób subtelny i taktowny. Należało się raczej spodziewać, że jego intencją będzie przelicytowanie
wszystkiego najgorszego, co do tej pory o Borgiach powiedziano. A powiedziano naprawdę sporo. Już podczas panowania Aleksandra VI polityczni przeciwnicy rozpuszczali o nim najohydniejsze plotki. Z czasem urosły one do rangi czarnej legendy, niewiele mającej wspólnego z rzeczywistością. Jodorowski idzie jeszcze dalej, tworząc czystą fantasmagorię, zabarwioną oczywistym resentymentem. To de facto gigantycznych rozmiarów paszkwil na Kościół Katolicki, który najwyraźniej już za czasów Renesansu był instytucją martwą i pod względem moralnym całkowicie skompromitowaną.



Jodorowski wielokrotnie w przeszłości udowadniał swój talent do przedstawienia tego, co w ludzkiej naturze najmroczniejsze. Nie czynił również tajemnicy z pogardy, jaką żywi dla przeciętnego zjadacza chleba - bezrozumnej owieczki, wiedzionej na rzeź przez interesownych pasterzy. Wszystkie instytucje są dla Jodorowskiego narzędziami opresji. Instytucje religijne napawają go zaś szczególną odrazą, ponieważ odzierają ludzi zarówno z pieniędzy, jak i z duchowego indywidualizmu. Chilijski Mag zazwyczaj jednak nie poprzestawał na odmalowywaniu całkowitego upadku, przeciwstawiając zdegenerowanemu światu indywidualistę, konsekwentnie zmierzającego do osiągnięcia doskonałości poprzez serię ciężkich prób (per aspera ad astra). Bohaterami tego typu byli m.in. John Difool z "Incala", Albino z "Technokapłanów" czy tybetański mnich z "Białego Lamy". Nawet tak szemranym osobnikom jak Juan Solo czy Kret została przyznana szansa odrodzenia się w nowym, lepszym wcieleniu.



Pod tym względem "Borgia" to seria wyjątkowo pesymistyczna. Nie ma w niej żadnego pozytywnego bohatera i nie zanosi się, by w kolejnych tomach takowy się pojawił. Papieski dwór do cna przeżarty jest zepsuciem. Korupcja jest wszechobecna, zarówno w obozie popleczników, jak i przeciwników Borgiów. Jedyną osobą szczerze oburzającą się poczynaniami papieża jest mnich Savonarola. Niestety, to po prostu maniak, w swoim fanatyzmie równie odrażający, co Aleksander VI w rozpuście. Religijny żar Savonaroli sprawia, że płoną stosy. Bliżej mu więc do Torquemady niż do Franciszka z Asyżu.



Ową jednostronność (całkowite potępienie, bez możliwości odkupienia) można uznać za wadę bądź za zaletę, w zależności od naszych oczekiwań. Jeśli liczymy na coś więcej niż zjadliwy paszkwil, będziemy rozczarowani. Natomiast w swojej kategorii, czyli jako oszczerczy i obelżywy frontalny atak na Kościół, "Płomienie stosu" są dziełem bliskim doskonałości. Również za sprawą przepięknej oprawy graficznej, o której jak dotąd nie miałem okazji wspomnieć. Dobra wiadomość: Milo Manara wciąż rysuje najwspanialsze i najbardziej ponętne kobiety, jakie tylko można sobie wyobrazić, a tym razem powabu dodają im przepyszne renesansowe suknie. Zostają one co prawda bardzo szybko zrzucone, jak to zwykle u Manary bywa. Scenarzysta Jodorowski nie widzi żadnych przeciwwskazań. I bardzo dobrze!



Linki:
1) Obszerna notatka prasowa o Alejandro Jodorowskim w formacie PDF
http://www.kinoinfo.pl/pliki/Kret_press.doc
2) Świetny artykuł o Milo Manarze z KZ, internetowego magazynu komiksowego
http://www.kazet.bial.pl/2002_07/manara.html

23 grudnia 2008

Prince Of Foxes (1949) - Ave Caesar!



"Być Cezarem albo niczym" - takie oto credo wybrał sobie Cezar Borgia (1475-1507). Syn niesławnego papieża Aleksandra VI marzył bowiem o zjednoczeniu Włoch, rozbitych w owym czasie na liczne miasta-państwa. Gdyby jego plany doczekały się realizacji, może rzeczywiście mielibyśmy do czynienia z nowym wcieleniem Juliusza Cezara?



Film „The Prince Of Foxes” pokazuje, dlaczego sen Borgii o własnym imperium nie miał prawa się ziścić. Zjednoczenie Italii pod jednym berłem oznaczało w praktyce mozolne podbijanie kolejnych księstewek, które ceniły sobie niezależność i nie miały w zwyczaju patrzeć perspektywicznie. Ponadto inne możne rody, na przykład Sforzowie, skutecznie przeciwdziałały dominacji Borgiów. W ostatecznym rozrachunku Cezar stracił armię, musiał ratować się ucieczką za granicę i zmarł na wygnaniu. Historycy nie oceniają go jednoznacznie. Czy był wielkim wizjonerem czy też żądnym władzy tyranem? Cokolwiek by o nim nie sądzić, pozostaje postacią wielkiego formatu. A w interpretacji niektórych, na przykład Mario Puzo („Rodzina Borgiów”), nawet postacią tragiczną.



Twórcy filmu nie mieli jednak wątpliwości, że Cezar był uzurpatorem, któremu władza absolutna uderzyła do głowy. Bohaterem uczynili więc kogoś innego, tytułowego "księcia lisów". Andrea Orsini (Tyrone Power) to świeżo upieczony arystokrata, obdarzony talentem malarskim i uwodzicielskim. Odwaga i pewność siebie zyskują mu względy samego Cezara. Andrea zostaje przez niego wysłany z misją dyplomatyczną. Ma wyperswadować hrabiemu Verano ofiarowanie Borgii większości swej armii i umożliwienie wojskom swobodnego przemarszu przez terytorium księstwa. Orsini nie tylko nie wywiązuje się z powierzonego zadania, lecz otwarcie staje do walki z tyranem, broniąc niepodległości księstwa. W przemianie wewnętrznej dotychczasowego lekkoducha duży udział ma uczucie do Camilli (Wanda Hendrix), pięknej i szlachetnej żony hrabiego. Wkrótce rozpoczyna się otwarta wojna. Podczas oblężenia ginie Verano, przed śmiercią błogosławiąc związkowi Andrei i Camilli.



Armia Cezara ma zdecydowaną przewagę liczebną i dzielni obrońcy muszą złożyć broń. Czy "książę lisów" zapłaci głową za zdradzenie Borgii? Wszystko na to wskazuje, lecz w tym momencie wkraczają prawa rządzące gatunkiem "płaszcza i szpady". Umożliwiają one bohaterowi: a)oszukanie okrutnego władcy za pomocą fortelu, przygotowanego przez rezolutnego sługę; b) uratowanie ukochanej, więzionej przez złego władcę w wieży. Do punktu c, czyli definitywnego pokonania złego władcy, nie dochodzi. Twórcy nie chcieli aż tak przekłamywać historii, dają nam jednak posmak zwycięstwa. Oto w podbitym księstewku wybucha powstanie, przywracające dawny porządek, zaś imperium Cezara wali się w gruzy, co symbolizuje spalenie się godła władcy z dewizą "To die is cast" (odpowiednik cezariańskiego "Kości zostały rzucone").



Gdyby „Książę lisów”powstał dzisiaj, z pewnością miałby mniej skomplikowane dialogi, bardziej wartką akcję i zdecydowany happy end, w którym Orsini przeszywa Borgię szpadą. Na szczęście ponad pół wieku temu Hollywood traktował historię z nieco większą powagą. Jako widowisko film prezentuje się dobrze, choć nie znakomicie. Dynamiczne sceny oblężenia sąsiadują ze statycznymi, nieco przegadanymi. Przydałoby się trochę więcej rozmachu.



Nie zawodzą aktorzy charakterystyczni. Tyrone Power specjalizował się w rolach amantów o skomplikowanym życiu wewnętrznym. Dzięki temu wypada dziś ciekawiej niż prostolinijny Eroll Flynn, inny ekranowy awanturnik z tamtego okresu. Wanda Hendrix odznacza się klasyczną urodą, dzięki czemu wypada bardzo przekonująco w kostiumie z epoki. Felix Aylmer jako hrabia Verano to absolutny pozytyw: autorytet moralny, szacowny starzec, niezłomny humanista i mentor bohatera. Everett Sloane gra wyjątkowo ciekawego osobnika: Mario Belli jest postacią niejednoznaczną i nie wiadomo, po czyjej stronie stanie w decydującym momencie.



Wszystkie kreacje bledną jednak przy Cezarze Borgii, w którego wcielił się Orson Welles. Twórca „Obywatela Kane” wypada rewelacyjnie i bez problemu kradnie film Powerowi, choć pojawia się zaledwie w czterech dłuższych sekwencjach. W jednej z nich musi wykazać się okrucieństwem, by widz na własne oczy przekonał się, że nie należy z nim sympatyzować. Tylko dzięki mistrzostwu Wellesa nie powstała z tego kolejna wariacja na temat "świrus na tronie", w stylu Jaya Robinsona (Caligula z „The Robe” Henry'ego Kostera). Nie, Cezar jest inteligentny, ambitny, czarujący, a w kwestii okrucieństwa... Cóż, kto by nie wpadł w szewska pasję, gdy jego emisariusz przechodzi na stronę wroga? Chyba jednak się zapędziłem i wyraźnie stanąłem po stronie tyrana! Jest tak zapewne za sprawą znakomitego, porywającego Wellesa. W tym samym roku aktor stworzył pamiętną kreację w „Trzecim człowieku” Carola Reeda. Harry Lime, amoralny i imponująco makiaweliczny czarny charakter, z pewnością odnalazłby z Cesarem Borgią wspólny język.



Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0041767/