Pokazywanie postów oznaczonych etykietą camp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą camp. Pokaż wszystkie posty

2 lutego 2009

The Pumaman (1980) - Poczuj w sobie siłę pumy!

"Każdy człowiek jest Bogiem, każdy człowiek jest wolny!"

Taką to mantrę, skądinąd bardzo sympatyczną, powtarza w filmie The Pumaman aztecki kapłan Vadinho, jednak sam przebieg akcji wyraźnie jej przeczy. Weźmy takiego Tony'ego Farmsa (Walter George Alton). Chciał być tylko zwyczajnym profesorem (bądź profesorem zwyczajnym). Tymczasem wyrokiem losu stał się superherosem, na którego barkach spoczywa dobro całego świata. Pogromcą wszelkiego zła, obrońcą uciśnionych. Jednym słowem, Człowiekiem Pumą!

Farms odkrył swe prawdziwe powołanie rychło w czas, ziemi zagraża bowiem olbrzymie niebezpieczeństwo. Oto szalony naukowiec, złowieszczy Kobras (Donald Pleasence), dostał w swe ręce Złotą Maskę. W nieodpowiednich rękach ów święty aztecki relikt może stać się śmiertelnie groźny. Każdy, kto go założy, posiądzie moc narzucania swojej woli innym. Świadomy możliwości Maski Kobras wiąże z nią wielkie plany: zamierza podbić świat! Złoczyńcy sen z powiek spędza jednak stara aztecka przepowiednia, głosząca: "Ktokolwiek naruszy spokój Złotej Maski, tego spotka śmierć z ręki potomka Bogów, Człowieka Pumy!".

Rezolutny Kobras nie zamierza czekać, aż dopadnie go Człowiek Puma. Postanawia wyeliminować wszystkich potencjalnych kandydatów do tego tytułu. Kto się kwalifikuje? Tego niestety film nam nie wyjaśnia ani w tym momencie, ani później. Pozostaje nam zaufać instynktowi Kobrasa, który najwyraźniej wie najlepiej, udowadniając tym samym, że należy mu się tytuł Geniusza Zła. Siepacze Kobrasa rozpoczynają akcję wyrzucania młodych mężczyzn przez okna. Jeśli jakiemuś uda się przeżyć, bez wątpienia będzie to Człowiek Puma!

Gdy zaczyna się ta masowa defenestracja, Tony Farms nie jest jeszcze świadomy swojego daru. Zanadto zajmuje go błyskotliwa kariera na uniwersytecie: pomimo wyraźnie młodego wieku może się już pochwalić poważnym tytułem naukowym. Lecz nie profesura jest jego przeznaczeniem, a peleryna superbohatera. Uświadamia mu to aztecki kapłan Vadinho (Miguel Ángel Fuentes, aktor o charakterystycznych indiańskich rysach, najlepiej znany z Fitzcarraldo Wernera Herzoga). Co ciekawe, stosuje tę samą technikę, co zbiry Kobrasa: na "dzień dobry" wyrzuca naszego bohatera przez okno. Widocznie jest to jedyny sposób na weryfikację personaliów Człowieka Pumy. Tony przechodzi ją bezbłędnie, wzbijając się do lotu. Wkrótce wychodzą na jaw inne jego umiejętności, np. nadludzka siła w kończynach, telekineza i teleportacja.

Bohater nie jest tym wszystkim zachwycony. I nic dziwnego. Każde dziecko wie, że "wielka moc to wielka odpowiedzialność", tymczasem nasz profesor wolałby posiedzieć w bibliotece, a wieczorami zapraszać na randki uroczą Jane Dobson (Sydne Rome). Paradoksalnie, to właśnie ze względu na nią Tony przezwycięża swe wątpliwości. Piękna Jane wpadła w oko również Kobrasowi, który zmanipulował jej wolę za pomocą Maski. Farms i Vadinho śpieszą niewiaście na ratunek! Zanim dojdzie do pierwszej konfrontacji z Kobrasem, kapłan ofiarowuje Tony'emu magiczny pas, który zmienia strój bohatera na bardziej odpowiedni. Powiewająca na wietrze peleryna, obcisłe rajtuzy i złote logo na piersi - tak właśnie każdy szanujący się Człowiek Puma wyglądać powinien. A czy jego supermoce i superstrój wystarczą, by pokrzyżować plany diabolicznie inteligentnego megalomana, będącego w posiadaniu Złotej Maski?!?

W miarę rozwoju akcji robi się jeszcze ciekawiej, jednak w tym miejscu powinniśmy zaprzestać streszczania. A nuż powyższy opis zachęci kogoś po sięgnięcia po tę mało znaną produkcję? Nie psujmy przyjemności potencjalnym widzom. Co więcej, powstrzymamy też naturalne ciągoty do wytykania filmowi wad. Nie tym razem! Stwierdzenie, że Człowiek Puma to film zły, jest przecież czystym truizmem. Właściwie już od momentu powstania przynależał do kategorii "so bad it's good". Produkcji niemiłosiernie kiepskich, do których wraca się jednak wielokrotnie, niczym do najzabawniejszych komedii. Dla specyficznego grona odbiorców tytuły takie jak Pumaman czy Ninja Champion są prawdziwą gratką. Niskie oceny, jakie otrzymują w przeróżnych zestawieniach, tylko zachęcają amatorów, wytrwale poszukujących właśnie dzieł najgorszych z najgorszych. Oczywiście nie każdy nieudany twór kinematografii może liczyć na kultowy status. Chybiony film artystyczny ma tutaj raczej marne szanse (chyba że odznacza się monstrualnych rozmiarów pretensjonalnością). Natomiast rażąco kiepski film gatunkowy - western, horror, erotyk bądź sensacyjniak - a i owszem!

Pumaman należy jeszcze do innej kategorii, mianowicie adaptacji komiksów superbohaterskich. Pomysłodawcami idei współczesnych herosów są twórcy amerykańscy i nikogo nie powinien dziwić fakt, że epicentrum tego typu filmów jest Hollywood, dysponujące również najodpowiedniejszym dla nich budżetem. Fabryka Snów od kilkudziesięciu lat wyznacza standardy opowieści o superbohaterach, którym przynajmniej pod względem kosztowności produkcji bardzo trudno dorównać. Nie potrafią tego największe europejskie studia, a co dopiero mówić o rozmaitych lokalnych kinematografiach, które przecież również chciałyby mieć swojego herosa. Dysponujący minimalnym budżetem włoscy twórcy Pumaman byli na przegranej pozycji już na starcie. Przy świecącej w tym samym okresie triumfy drugiej części Supermana przygody Człowieka Pumy wyglądają wręcz na amatorski projekt fanowski (pomimo udziału samego Donalda Pleasence, pamiętnego Blofelda z Żyje się tylko dwa razy). Być może właśnie w tych kategoriach powinno się Pumę odbierać? Wszak dziełom amatorów przebacza się wiele, o ile z ich prac przebija entuzjazm. A akurat tego filmowi Alberto De Martino odmówić nie sposób. Wyraźnie widać, że wszyscy obecni na planie mieli niezły ubaw, bo czy przy tak absurdalnym scenariuszu da się zachować powagę? Szczerze wątpię, by koncept Człowieka Pumy przełknęli nawet Amerykanie, od dziecka wychowywani na przygodach ludzi-nietoperzy i ludzi-pająków.

Od zapomnienia Człowieka Pumę ocalił Mystery Science Theater 3000. Cieszący się w Ameryce kultowym statusem program zasłynął z wygrzebywania spod ziemi rozmaitych kiepskich filmów. Przyznam, że jego ogromna popularność nieco mnie dziwi. Formuła MST3K polega bowiem na oglądaniu danego filmu przez prowadzących, którzy bez wytchnienia komentują wszystko, co dzieje się na ekranie. Pomijając fakt, że ich uwagi nie są zanadto błyskotliwe, sama idea głośnych rozmów podczas seansu napawa mnie oburzeniem. Doprawdy, jeśli uznaję film za zabawny w swej nieporadności, mogę roześmiać się samodzielnie, nie potrzebuję do tego zachęty pod postacią "dowcipnych" komentarzy. Twórcy MSt3K najwyraźniej traktują amerykańskich widzów jak głupków, którzy bez ich pomocy mogliby pomylić Człowieka Pumę z Gwiezdnymi Wojnami.

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0081693/

31 stycznia 2009

Ninja Champion (1985) - Rozkosze recyclingu

Największa popularność ninja przypada na lata 80te. Dzięki upowszechnieniu odtwarzaczy VHS zamaskowani wojownicy zagościli w domach europejskich i amerykańskich miłośników kina akcji. Zapotrzebowanie na kolejne odsłony kina sztuk walki było tak duże, że wkrótce nie wystarczały nawet importowane w ogromnych ilościach produkcje azjatyckie. Zachodni aktorzy musieli pójść w ślady japońskich kolegów po fachu, przywdziewając twarzowe kostiumy ninja. Niektórzy, jak Michael Dudikoff (American Ninja, 1985), czuli się w nich całkiem dobrze. Inni radzili sobie ździebko gorzej, czego najlepszym przykładem Franco Nero, weteran spaghetti westernów, wyraźnie męczący się w zbyt obcisłym wdzianku (Wejście Ninja, 1981).

Regularnym dostawcą kolejnych eposów o ninjach stał się Godfrey Ho, reżyser z Hong Kongu. Na przestrzeni niecałych 10 lat wypuścił na rynek około 40 filmów o wiele mówiących tytułach: Ninja in the Killing Fields, Ninja Terminator, Ninja Masters of Death, Ninja Thunderbolt, The Ultimate Ninja, Ninja the Protector, The Ninja Squad, Ninja Fantasy... Tak imponujący dorobek stawia go na równi z najpracowitszymi reżyserami wszechczasów, Hiszpanem Jesusem Franco i Japończykiem Takashim Miikem. Zaś pod względem jednorodności stylistycznej Ho bije obu tych panów na głowę. Wszak Miike nie realizował wyłącznie filmów o yakuzie, a i Franco podejmował różne tematy (choć niezmiennie podszyte erotyką). Tymczasem twórcę z Hong Kongu interesowali tylko i wyłącznie ninja, nic więcej!

Wszystko pięknie, lecz obeznanym z filmowym rzemiosłem nasuwać się musi pytanie o jakość tak obficie płodzonych obrazów. Czy można zachować choćby przyzwoity poziom przy kręceniu np. 7 filmów rocznie? W przypadku Godfreya Ho pytanie okazuje się bezzasadne, a to ze względu na wyjątkowość stosowanej przezeń metody twórczej. Otóż Ho wykupywał z wytwórni Hong Kongu rozmaite nieukończone obrazy akcji, odpowiednio je montując i dubbingując na angielski. Od siebie dodawał wyłącznie parę sekwencji z udziałem ninja. Rzecz jasna pierwotna akcja filmów nie miała nic wspólnego z akrobacjami zamaskowanych wojowników, lecz od czego montaż i dubbing? Na tym zresztą nie koniec, gdyż nakręcone raz sceny walk potrafiły pojawić się w kilku kolejnych obrazach reżysera. Metoda zarazem ekonomiczna i całkowicie sprzeczna z etyką filmowca. Jednak czy mamy prawo oczekiwać jej od filmów produkowanych masowo na rynek video? Pomimo wszystkich swych niedostatków, dostarczały one odbiorcy dokładnie tego, czego oczekiwał.

"- Kto to jest? - Agent Interpolu. Bada tę sprawę. - Mam nadzieję, że odnajdę go jako pierwszy. Nigdy dotąd nie zabiłem agenta Interpolu. Hahahaha!"

Idealnym przykładem ukochanej przez Ho techniki "cut and paste" jest Ninja Champion (1985). Do sensacyjnego filmu z Hong Kongu, który mógłby być kolejnym pierwowzorem Kill Billa, dołączone zostały sekwencje z amerykańskimi aktorami w odpowiednich kostiumach. Tytułowym championem jest Donald (Bruce Baron), agent Interpolu, badający sprawę azjatyckich handlarzy narkotyków. W regularnych odstępach czasu ma on możliwość popisania się swoimi wyjątkowymi umiejętnościami, musi bowiem stawić czoło wyszkolonym zabójcom, nasłanym przez swojego śmiertelnego wroga, Maurycego. Podczas gdy na amerykańskiej ziemi Donald dzielnie pokonuje kolejnych przeciwników, właściwa akcja rozwija się w Hong Kongu.

Piękna Rose zostaje brutalnie zgwałcona w lesie przez trzech mężczyzn w maskach. W wyniku odniesionych obrażeń trafia na oddział intensywnej terapii. Dzięki wyjątkowej determinacji udaje jej się przeżyć i po wyjściu ze szpitala planuje zemstę. Pomimo środków ostrożności, jakie podjęli napastnicy, dziewczyna nie ma żadnych problemów z ich zlokalizowaniem. Tajemnicę wyjaśnia pojawiający się później dialog:
"- Jedna rzecz mnie zastanawia. Jak ona może być taka pewna, że to właśnie ta trójka ją zgwałciła, skoro wszyscy byli zamaskowani? - To kobieca intuicja. Pamiętasz, co mówił o niej nasz trener? Jest jak wewnętrzny głos: 'Nieważne, co mówi prawo. Jestem przekonana, że to ci faceci, którzy mnie zgwałcili. Teraz muszę się zemścić!' To bez znaczenia, że byli w przebraniu. Ona ich nie zapomni!"

Bohaterka bardzo szybko idzie za swym wewnętrznym głosem. Inteligencją i sex-appealem zwabia w śmiertelną pułapkę pierwszego bandziora. Choć jest to mistrz boksu światowej sławy, w konfrontacji z Rose nie ma żadnych szans:
"- Ach, pali mnie! To wino musiało być zatrute! - Nie wino, a moje sutki, ty kretynie!"

Drań nr 2 ginie w mniej wyrafinowany, lecz o wiele krwawszy sposób. W jego zejściu ze świata niepoślednią rolę odgrywają wysokie obcasy. Zresztą w rękach pragnącej zemsty kobiety każdy, nawet najbardziej niewinny przedmiot staje się śmiertelną bronią. Choć Rose nie jest ninją z tytułu, zaradności odmówić jej nie sposób. Niestety, trzeci łajdak okazuje się sprytniejszy i rani dziewczynę nożem. Czy uda jej się ujść z życiem, by dopełnić zemsty?

"- Myśleliście, że wy idioci możecie mnie przechytrzyć? Jeśli tak, to musicie się nauczyć kilku rzeczy. Przede wszystkim, że nie tak łatwo mnie zabić i to się nie zmieni. Nie ważne co zrobicie, będę od was sprytniejsza! Po drugie, że ludzie tacy jak wy muszą zostać ukarani, zanim pójdą do piekła. Zgwałciliście mnie i zachowaliście się w okrutny i odrażający sposób, lecz ja wyrównam rachunki. A wiecie jak? Wyślę was do piekła w towarzystwie tych stworzeń, które najbardziej was przerażają. Tak, wy zdeprawowane łajdaki! Jakąż przyjemność sprawi mi widok was, kąsanych przez jadowite węże! Legowisko węży będzie piekłem dla ciebie, Walter, i je właśnie ci przysyłam! "
Trzeba przyznać, że rozwiązanie fabularne, mimo całego swojego wydumania, robi wrażenie. Na dodatek to jeszcze nie koniec, bowiem po pierwszym finale, w którym wyjaśniają się losy bohaterki i jej prześladowców, czeka nas jeszcze następny, tym razem z Donaldem w roli głównej. Po serii konfrontacji ze złymi mistrzami ninja, które przez cały film uniemożliwiały mu przyjazd do Hong Kongu i udzielenie pomocy Rose (tak jest, tych dwoje nie spotyka się ani razu!), czeka go prawdziwe wyzwanie - pojedynek z Maurycym, nie bez kozery nazywanym Boss Ninja! W trakcie rozgrzewki przed ostateczną konfrontacją Maurycy wyjaśnia Donaldowi piękno swojego planu, w niewiarygodny wręcz sposób łączącego obydwa wątki filmu (zdradzę jedynie, że to właśnie on nakazał zgwałcić Rose). Jak dobrze, że wreszcie wszystko się wyjaśniło! Pozostaje nam tylko podziwiać finałową walkę, mającą miejsce w dość nietypowej lokalizacji: na placu zabaw.

Grono odbiorców filmów Godfreya Ho jest dość wyraźnie określone. Obok najzagorzalszych fanatyków kina kopanego będą to ci wszyscy, którzy potrafią cieszyć się z filmowej tandety. Właśnie dla nich Ninja Champion powinien okazać się prawdziwą ucztą.

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0081236/

24 grudnia 2008

The Fall of the Louse of Usher (2002) - Wizjoner z kamerą cyfrową



Ken Russell to reżyser o niezwykłej wyobraźni wizualnej. Chciałoby się napisać "nieposkromionej", lecz ze słów samego artysty wynika, że bardzo często ograniczali go producenci. Co by się stało, gdyby się od nich uwolnił? Odpowiedzi dostarcza "Upadek Wszy Usherów" (2002), nakręcony w domowym zaciszu, z udziałem rodziny i grona najbliższych przyjaciół. Całość powstała przy minimalnym nakładzie kosztów.



Russell najwyraźniej cieszy się jak dziecko z odzyskanej artystycznej wolności. Widać to po jego roli, groteskowego Doktora Calihariego, wypowiadającego absurdalne kwestie z koszmarnym niemieckim akcentem. Absurdalny i groteskowy jest zresztą cały film. Za pretekst do serii dziwacznych obrazów posłużyła szczątkowa fabuła, będąca uwspółcześnioną trawestacją najsłynniejszych opowieści niesamowitych Edgara Allana Poe. Usher jest tutaj gwiazdą rocka, trafiającym do kliniki psychiatrycznej po śmierci ukochanej, Annabelle Lee. Jeśli w momencie rozpoczęcia kuracji jego stan był niestabilny, to po pobycie w klinice, prowadzonej przez znanego z niekonwencjonalnych metod doktora Calihariego, mógł się tylko pogorszyć.



Prawdę mówiąc, trudno mi przypomnieć sobie przebieg akcji, jest ona zbyt zwariowana. W pamięci zostają same obrazy oraz muzyka. Odtwarzający rolę Ushera James Johnston jest gwiazdą rocka również poza ekranem, liderem grupy GALLON DRUNK. W filmie Russella wyraźnie parodiuje... Nicka Cave'a. Czasami trudno uwierzyć, że pojawiających się w "The Fall of the Louse of Usher" mrocznych songów nie podpisał sam Krwawy Australijczyk. Ba, nawet ukochana Ushera, Annabell Lee (Emma Millions) do złudzenia przypomina P.J. Harvey (wieloletnią dziewczynę Cave'a)!



Czy jest to dobry surrealistyczny film? Nie do końca. Zachwycony swobodą twórczą Russell umieścił w filmie wszystkie pomysły, jakie przychodziły mu do głowy. Są wśród nich zarówno perły, jak i wieprze (czytaj: rzeczy całkiem nieudane, niesmaczne i nieśmieszne). Ilość nie zawsze przechodzi tu w jakość. Największym mankamentem jest jednak użycie kamery cyfrowej. Nadaje się ona wyłącznie dla początkujących filmowców, których nie stać na profesjonalny sprzęt, oraz niektórych dokumentalistów, usiłujących zarejestrować "ochłapy życia". Do kina kreacyjnego cyfrówka pasuje zaś jak pięść do nosa. Świadczy o tym chociażby kompletnie niestrawne "Inland Empire". Russell poradził sobie zdecydowanie lepiej niż Lynch, lecz i tak podczas oglądania jego domowej produkcji chwyta za serce żal, że nie wykorzystał całego potencjału swej barokowej wyobraźni. Tym razem nie za sprawą wrednych producentów, lecz naturalnych ograniczeń kamery cyfrowej.


PS: Film doczekał się wyłącznie limitowanej edycji DVD i zdobycie legalnej kopii jest obecnie nie lada wyczynem.



Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0268295/

22 grudnia 2008

Hot Rods to Hell (1967) - "Te dzieciaki nie mają dokąd jechać, lecz jeżdżą z maksymalną prędkością!"


Rzecz nietypowa: moralizujący exploitation! Z ust bohaterów pozytywnych co raz płyną życiowe mądrości, a przebieg akcji uświadamia nam dobitnie, że mają one praktyczne zastosowanie.

"Hot Rods To Hell" został nakręcony dla telewizji, lecz wprowadzono go do kin ze względu na znakomicie zrealizowane sekwencje pościgów samochodowych. Chyba tylko tych kilka emocjonujących scen mogło zainteresować młodych ludzi, którzy w nachalnie dydaktycznym filmie mogli sympatyzować co najwyżej z "czarnymi charakterami", czyli niepełnoletnimi piratami drogowymi, korzystającymi z szybkich samochodów i równie szybkich dziewcząt, a to wszystko oczywiście pod zgubnym wpływem alkoholu!

Pracujący w nieruchomościach Tom Phillips (Dana Andrews), wzorowy ojciec równie wzorowej amerykańskiej rodziny, ulega wypadkowi, co przekreśla jego karierę zawodową. Gdy jako tako dochodzi do siebie, jego przedsiębiorczy brat wynajduje mu pracę w hotelu na prowincji. Co oznacza przeprowadzkę dla całej rodziny, nad czym ubolewa nastoletnia Tina (Laurie Mock), jak większość dziewcząt w jej wieku spragniona wrażeń. Pod sam koniec długiej i męczącej trasy (bez klimatyzacji, 50 km na godzinę) rodzina o mały włos nie ulega wypadkowi za sprawą ścigających się sportowych wozów. Szałowe auta należą do zblazowanych niedorostków, skręcających się z nudy na prowincji. Wyrodna młodzież obiera sobie za cel prześladowanie naszej rodziny. Następuje seria wspomnianych pościgów, raz po raz przerywana sentencjami o kaznodziejskim wręcz charakterze, wypowiadanych a to przez ojca, a to przez przypadkowo spotkanego policjanta. Stróż prawa i porządku mówi: "Kiedy ludzie zrozumieją, że przepisy nie są dla policji, lecz dla nich samych?!?" Niestety, nie wszyscy słuchają jego mądrych rad...

Nietrudno domyślić się, jak potoczy się akcja. Tom zostanie zmuszony do porzucenia ugodowej postawy, przezwyciężenia własnych słabości (wciąż odzyskuje pełną sprawność fizyczną po wypadku) i stawienia czoła agresorom w finale tak dramatycznym, że aż zapierającym dech w piersiach! Nie obawiajmy się jednak. Triumfuje protestancka wstrzemięźliwość i przyzwoitość. Córka zostaje uratowana od zgubnego wpływu uwodziciela, a jej dziarski tatuś zaprowadza porządek w kupionym przez siebie motelu, zamienionym przez poprzedniego właściciela w jaskinię rozpusty - gra tam "agresywny" jazz i rock, młodzież tańczy na parkiecie i pije alkohol! Oczywiście całe to moralne zgorszenie zostaje zlikwidowane. Odtąd będzie już można żyć po bożemu.

"52 Miles To Terror" to rozkoszne kino retro, które obecnie śmieszy do łez swą naiwnością. Prawdę mówiąc, już w 1967 roku nikt nie potraktował go poważnie. Zbuntowana młodzież musiała poczekać jeszcze dwa lata na prawdziwy manifest pokolenia: "Easy Rider" Dennisa Hoppera.

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0061784/