Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

3 grudnia 2010

Niedostępne?

Diuk Jan, zwany również Sebastianem Polakiem, gotów jest na każde zuchwalstwo w imię miłości do królewny Rychezy, zwanej także Beatrycze prawem analogii z muzą Dante Alighieriego (zwanego tutaj Aligerusem). Bohater wielce nietypowej powieści historycznej Teodora Parnickiego nie tylko ściga po całej Europie tajemniczego osobnika, najprawdopodobniej odpowiedzialnego za śmierć ojca swej ukochanej, polskiego króla Przemysława II, ale też nie waha się prosić samego papieża o sfinansowanie wyprawy na drugi koniec oceanu, gdzie wedle wszelkiego podobieństwa znajduje się Czyściec, a może także rozwiązanie zagadki płci Ducha Świętego/Duszycy Świętej (wybór nazewnictwa zależny od zapatrywań). Ojciec Święty nie wyraża jednak zgody na szaleńczą ekspedycję, uznając, że Jan bardziej się przyda w Polsce, pełniąc zaszczytną funkcję watykańskiego poborcy podatków! Nie tylko pod tym względem papież Jan XXII okazuje zdrowy rozsądek i przenikliwość. Oto, w jaki sposób analizuje mechanizm funkcjonowania platonicznej miłości poetyckiej (za kilka wieków przyjmie ona miano "romantycznej"), mającej za obiekt kochankę doskonałą i nieziemską, czyli Beatrycze...

"Żadna Beatrycze nie jest nigdy niczym innym niż tylko odbiciem zwierciadlanym, czyli inaczej jeszcze: powtórzeniem matki własnej... Jak nas rodziły panie Beatrycze - te osiągnięte - ojców naszych, spodziewamy się od naszych pań Beatryczy (spodziewanie takie przecież może być równie dobrze świadome, półświadome, zaledwie świadome lub w ogóle bezwiedne), iż nam z kolei będą rodzić dzieci. Gdy chce rodzić dzieci z kim innym, nie zaś z nami - czyli dosięgnąć nie możemy jej - jesteśmy skłonni mówić, by ukryć wstyd z powodu niemożności dosięgnięcia jej: 'Jest tak wysoko, że nikt by jej nie dosięgnął'.
...Lecz że w przeciwieństwie do nas są tacy, których stać na sięgnięcie i bardzo nawet wysoko - opędzamy się myślom, tak bardzo upokarzającym dla siebie właśnie o tych władnych sięgać znacznie wyżej niż my sami - w ten sposób, by Beatrycze, nieosiągalne dla nas samych, zdawały się być przynajmniej - jeżeliby i nie były naprawdę - umieszczone możliwie najwyżej. Jakie zaś jest miejsce najwyższe z wyobrażalnych? Niebo. Więc też powiadają Aligerusowie, ojcowie niedoszli dzieci z Beatryczy swych - przecież niedostępnych sobie: 'Dlategośmy niedoszli ojcowie, iż naszych Beatryczy miejsce w niebie jest nie na ziemi, wśród śmiertelnych, takich jak my i wszyscy inni, którzy z nami wraz ziemskimi są tylko ludźmi, a skoro ziemskimi, to właśnie i niegodnymi, byśmy dzieci mieli z wybrankami niebios'."


Tytuł: Tylko Beatrycze
Autor: Teodor Parnicki
Wydawca: Do wyboru, do koloru - od 1962 roku pojawiło się już wiele edycji... Sam czytałem miniaturowe wydanie Czytelnika, ale doświadczenie uczy, że najlepiej sięgnąć po wzbogacony obfitym wstępem tomik Biblioteki Narodowej.

7 września 2010

No control

Bieżący tydzień zapowiada się tak pracowicie, że raczej nie znajdę czasu na publikację większego posta. Niestety! Ledwo co udaje mi się przeczytać dziennie kilka stronic powieści Łaskawe Johnatana Littella. Zapewne niedługo podzielę się swoimi przemyśleniami, gdyż doprawdy trudno o lekturę w większym stopniu prowokującą. Na dzień dzisiejszy swoisty teaser pod postacią cytatu. Być może nie zawiera się w nim żadna z przewodnich myśli utworu, są to raczej poboczne przemyślenia bohatera. Nawiązują one jednak do zagadnień dość regularnie na blogu poruszanych...

"Nagle stało się dla mnie przeraźliwie jasne, że męska kontrola i dominacja to mit, że mężczyźni to dzieci, zabawki, służące kobietom do osiągania przyjemności, przyjemności nigdy nie zaspokojonej i o tyle osobliwej, że - chociaż mężczyźni mają złudzenie kontroli i sądzą, że panują nad kobietami - w rzeczywistości to one wysysają z nich wszystko, rujnują ich dominację i łamią kontrolę, żeby na koniec dostać od nich dużo więcej, niż oni sami chcieliby dać. W swej świętej naiwności mężczyźni uważają, że kobiety są bezbronne i trzeba je w związku z tym wykorzystywać i chronić, a tak naprawdę to kobiety, pełne tolerancji i uczucia, a czasem także pogardy, kpią sobie z dziecięcej i nieskończonej bezbronności mężczyzn, z ich wrażliwości, z kruchości, prowadzącej tak często do całkowitej utraty kontroli, z tego, jak bardzo są podatni na złamania, i z próżności zamkniętej w silnych męskich ciałach. Dlatego zapewne kobiety zabijają tak rzadko. Tak, ich cierpienie jest większe, ale to one mają zwykle ostatnie słowo."

Trudno się nie zgodzić z tak przenikliwą i bezlitosną opinią. To my jesteśmy płcią słabą, a na dodatek jeszcze brzydką! Jedyna nadzieja w tym, że świadome swej przewagi kobiety od czasu do czasu okażą się dla nas łaskawe...


Tytuł: Łaskawe
Autor: Jonathan Littell
Wydawca: Wydawnictwo Literackie, 2008
Liczba stron: 1040 (!)

28 lipca 2010

Nocnik na Indeksie Ksiąg Zakazanych!


Nie spodziewałem się, że twórczość Andrzeja Żuławskiego jeszcze kiedyś doczeka się zakazu rozpowszechniania. Owszem, za dawnych lat był u nas artystą wyklętym, jego polskie filmy leżały na półkach, a francuskich nikt nie ośmielał się sprowadzać. Jednak te mroczne czasy minęły i choć niepokornemu reżyserowi również w latach 90tych udało się wywołać skandal Szamanką, nie spowodowało to bynajmniej zdjęcia filmu z ekranów, wręcz przeciwnie – zapewniło spory sukces finansowy tej niełatwej w odbiorze produkcji. W ostatnim czasie Żuławski przeżywał prawdziwy renesans popularności za sprawą przeglądu jego twórczości na kilku festiwalach filmowych, a także wywiadu-rzeki, jaki udzielił wysłannikom Krytyki Politycznej. Wydawało się, że tym samym wszedł do szanowanego grona nobliwych klasyków. Tymczasem 15 lipca bieżącego roku sąd zakazał wydawania i sprzedawania jego ostatniej książki. A więc Żuławski znowu na cenzurowanym!

Z pewnością ten zakaz w większym stopniu niż najbardziej hałaśliwa promocja przyczyni się do popularności Nocnika. Teraz chyba każdy będzie chciał zdobyć i przeczytać tę powieść! Osobiście w trybie natychmiastowym zabieram się za jej poszukiwanie, od aukcji Allegro rozpoczynając.... No tak, ceny już wahają się pomiędzy 60 a 100 zł, zaś chętnych nie brakuje... Powinienem zakupić ją wcześniej! A dlaczego tego nie zrobiłem? Z prostej przyczyny: nie jestem entuzjastą literackiej twórczości Żuławskiego. Podczas gdy jego kunszt reżyserski uznaję za bezdyskusyjny, mam poważne wątpliwości co do literackiego. Pan Andrzej jest bardzo płodny i trzaska powieść za powieścią. Co roku wychodzi przynajmniej jedna, jednak ilość niekoniecznie przechodzi w jakość. Przeważająca większość wydaje się napisana metodą strumienia świadomości, choć może należałoby powiedzieć: gigantycznego potoku myśli, która nieokiełznana pędzi gdzieś tam, przed siebie, gubiąc po drodze nawet bardzo cierpliwych czytelników. Mam na końcu języka brzydkie określenie „grafomania”, ale wolałbym nim nie szafować w przypadku prozy, która ewidentnie ma coś frapującego do przekazania, tyle że robi to w sposób maksymalnie nieczytelny. Przynajmniej dla mnie. Wolałbym, żeby Żuławski narobił szumu jakimś nowym filmem, jednak wygląda na to, że już dekadę temu podsumował się Wiernością, a obecnie chwyta wyłącznie za pióro, kamerę pozostawiając w rękach zdolnego potomka. Zarazem jest coś pocieszającego w fakcie, że nawet na literackim poletku, przeważnie nie wzbudzającym emocji wśród szerokich warstw społeczeństwa, potrafi namieszać i nabroić.

Jeśli chodzi o szczegóły sprawy, na chwilę obecną wiem mniej więcej tyle, co wszyscy. Żuławski zawarł w Nocniku intymne szczegóły swego burzliwego związku z młodziutką aktorką Weroniką Rosati, zmieniając jednak jej imię (jest więc to powieść z kluczem, a nie autobiografia - istotna różnica!). Nie po raz pierwszy żywot własny reżysera staje się osią fabularną jego powieści, np. samej Sophie Marceau poświęcił kilka opasłych tomów (Kikimora, O niej, itp.). Tym razem jednak portretowana przezeń osóbka poczuła się urażona i wytoczyła mu proces. Jak dotąd jego efektem jest zakaz publikacji, ale na tym może się nie skończyć. Sąd może nakazać Żuławskiemu publiczne przeproszenie nadąsanej Rosati, a może nawet wypłacenie jej jakiejś rekompensaty za straty moralne. On sam deklaruje, że prędzej pójdzie do więzienia, niż się pokaja bądź zapłaci, bowiem wierność zasadom ceni wyżej niż wolność osobistą. Jest gotowy na męczeństwo w imię wolności słowa!

Wiem, wiem, cała sprawa zalatuje plotkarskim magazynem, jakimś Faktem czy Super Ekspresem (pismami, które niegdyś jako pierwsze zainteresowały się romansem Żuławskiego i Rosati, „starego dziada i młódki”) i być może nie ma warto się nią ekscytować. Jednak w dzisiejszych czasach zakaz dystrybucji powieści, jakakolwiek by nie była, jest faktem dość niepokojącym. Czyżby zwiastował powrót cenzury obyczajowej, patrzącej artystom na ręce, skrupulatnie sprawdzającej, czy czasami kogoś tam nie obrażają pomiędzy wierszami? Zorganizowanego aparatu represji, wytrwale tępiącego wszelkie przejawy niezależnej myśli? Lepiej uważajmy!


Tytuł: Nocnik. 27 XI 2007 – 27 XI 2008
Autor: Andrzej Żuławski
Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010
Liczba stron: 644
Status: Zakazana!

21 lipca 2010

007 - Książę z bajki


Kolejny przeczytany Bond. Z wyjątkowo kiczowatą okładką, jakiej powstydziłyby się nawet wydawnictwa bardziej szemrane od Rzeczpospolitej. Jednak w pewien sposób współgra ona z treścią Szpiega, który mnie kochał, najbardziej nietypowej powieści z bondowskiego cyklu. Tym razem bowiem funkcję narratora przejmuje Vivienne Michel, młoda Kanadyjka, którą podczas samotnej podróży po Ameryce wpada w nie lada tarapaty. Zginęłaby z kretesem z łap dwójki zbirów, Sola Horrora i Spluwaka Moranta (już ich ksywy sprawiają, że włos jeży się na głowie!), gdyby sytuacji nie uratował pojawiający się znikąd 007. Agent bez większych kłopotów wykańcza łobuzów i rozkochuje w sobie dziewczynę. Narracja zauroczonej Vivienne wpływa na styl powieści, przywodzący niekiedy skojarzenia z literaturą romansową dla pań. Oczywiście Bond jest znacznie bardziej intrygującym obiektem westchnień od latynoskiego kochanka z pierwszego lepszego Harlequina. Ale oddajmy już głos bohaterce...

"Nigdy jeszcze nie uprawiałam miłości, całkowitej miłości, tak sercem, jak i ciałem. Wreszcie pojęłam, czym ta rzecz może być w ludzkim życiu.
Chyba wiem, dlaczego mu się tak całkowicie oddałam i dlaczego byłam do tego zdolna z mężczyzną poznanym zaledwie sześć godzin temu. Niezależnie od jego ekscytującego wyglądu, pewności siebie, męskości, pojawił się znikąd, jak książę w baśni, i uratował mnie od smoka. Gdyby nie on, już bym nie żyła, przedtem jeszcze Bóg jeden wie, co wycierpiawszy. Mógł zmienić koło w swoim samochodzie i odjechać, albo - gdy pojawiło się niebezpieczeństwo - mógł troszczyć się o własną skórę. Tymczasem on walczył o moje życie jak o własne. A potem, kiedy smok został zabity, wziął mnie jako nagrodę. Wiedziałam, że za kilka godzin odjedzie - bez wyznań miłosnych, nie tłumacząc się i nie przepraszając. I na tym sprawa się zakończy - było i przeszło.
Każda kobieta lubi być na wpół zgwałcona. Lubimy być wzięte. To jego cudowna brutalność wobec mego potłuczonego ciała uczyniła ten akt miłosny tak przenikliwie rozkosznym. To i koincydencja nerwów całkowicie rozluźnionych po ustaniu napięcia i zagrożenia, ciepłe doznanie wdzięczności i naturalne uczucie kobiety dla jej bohatera. Nie żałowałam tego i nie wstydziłam się. Sprawa mogła mieć dla mnie różne konsekwencje: nie najmniej ważna z nich taka, że odtąd mogą już nie zadowalać mnie inni mężczyźni. Ale jakiekolwiek byłyby moje kłopoty, on nie dowie się o nich. Nie będę za nim goniła i starała się powtórzyć tego, co było pomiędzy nami. Będę się trzymać od niego z daleka i niechaj idzie własną drogą, na której spotka inne kobiety, nieprzebrane mnóstwo innych kobiet, które zapewne dadzą mu tyle samo fizycznej rozkoszy, ile jej doznał ze mną. Nie dbam o to - a przynajmniej powiedziałam sobie, że nie dbam - bo żadna z nich nigdy go nie posiądzie na własność, nie otrzyma z niego więcej niż to, co ja mam teraz. I do końca życia będę mu wdzięczna... za wszystko. I zapamiętam sobie go na zawsze jako mój wizerunek mężczyzny."


Klasyczna, stylowa okładka powieści. Polscy graficy, uczcie się od angielskich kolegów po fachu!


Tytuł: Szpieg, który mnie kochał (Cykl: James Bond 007)
Autor: Ian Fleming
Przekład: Robert Stiller
Wydawca: Rzeczpospolita, 2008
Liczba stron: 168

13 lipca 2010

007 - Pożegnanie z bronią


Wakacje. Piaszczysta plaża, skwar z nieba, absolutny relaks – od obowiązków, od komputera, nawet od filmów! Moją jedyną aktualną troską jest właściwy dobór lektury. Idealnie nadaje się bondowska kolekcja Rzeczpospolitej. Nawet wizualnie, gdyż projekty okładek utrzymane są przeważnie w ciepłych barwach, idealnie korespondujących z kolorem kostiumów plażowiczek. W przeczytanym właśnie Doktorze No, który w przeciwieństwie do ekranizacji nie jest początkiem cyklu, lecz już piątą jego częścią, szczególne wrażenie wywarł na mnie jeden z początkowych ustępów. M w obawie o bezpieczeństwo jednego ze swych najlepszych agentów nakazuje mu rozstać się z wysłużoną berettą kalibru .25. Choć jej następczynią ma być znacznie skuteczniejszy Smith & Wesson kaliber .38, James Bond jest niepocieszony. W końcu spluwa jest najlepszą przyjaciółką mężczyzny...

„Bond przeniósł oczy na pistolet i kaburę na biurku. Pomyślał o piętnastu latach, w ciągu których ożeniony był z tym brzydkim kawałkiem metalu. Wspominał, ile razy wypowiedziane przezeń słowo ratowało mu życie… i jak często wystarczało jedynie berettą pogrozić. Myślał o tym, jak rozbierał tę spluwę, oliwił ją, i starannie ładował naboje do sprężynującego magazynka, repetując raz i drugi, wyrzucając je na posłanie w jakiejś hotelowej sypialni, gdzieś w szerokim świecie. A potem ostatnie pociągnięcie suchą szmatką i broń wracała do miękkiej kabury, a on szedł do lustra, żeby sprawdzić, czy jest niewidoczna. A potem drzwi, ulica, spotkanie, które zakończy się ciemnością albo światłem. Ile razy uratowała mu życie? Ile podpisała wyroków śmierci? Bondowi zrobiło się smutno. Jak można się tak związać uczuciowo z nieożywionym przedmiotem, może i brzydkim? Musiał też przyznać, że beretta nie jest tej samej klasy co spluwy wybrane dla niego przez zbrojmistrza.
Ale łączyły ich wspólne więzy. A teraz M je przetnie.
- Przepraszam, James – powiedział M i w jego głosie nie było współczucia – Wiem, jak lubisz ten kawał żelastwa. Ale obawiam się, że pora z nim skończyć. Nigdy nie dawaj broni drugiej szansy…. Tak jak człowiekowi. Nie mogę sobie pozwolić na hazard w sekcji zero zero. Zero zero muszą być należycie wyposażeni. Rozumiesz to? Broń w twojej robocie jest ważniejsza niż dłoń czy stopa.
- Wiem o tym, sir – Bond uśmiechnął się słabo – Nie będę się spierał. Tylko przykro mi patrzeć na jej koniec.”


Beretta


Smith & Wesson


Tytuł: Dr No (Cykl: James Bond 007)
Autor: Ian Fleming
Przekład: Robert Stiller
Wydawca: Rzeczpospolita, 2008
Liczba stron: 264

13 marca 2010

Sade. Msza okrucieństwa (2008) - The next best thing?


Obecność Markiza de Sade na naszym rynku wydawniczym jest dość osobliwa. Nie można powiedzieć, że go nie ma, gdyż liczba tytułów sygnowanych jego nazwiskiem jest całkiem pokaźna. A jednak każdy, kto jako tako orientuje się w jego dorobku, musi ubolewać nad nieobecnością przynajmniej trzech kanonicznych tytułów. Pierwszy to Alina i Valcour - rozbuchana powieść epistolarna, najwartościowsza spośród dzieł wydanych przez autora oficjalnie, pod własnym nazwiskiem. Dwa pozostałe traktować należy jako dyptyk: Nowa Justyna, czyli nieszczęścia cnoty i Julietta, czyli powodzenie występku. Sam Sade uznawał te dwie obszerne powieści za najważniejsze w swoim dorobku. Były kwintesencją jego stylu, najpełniejszym wyłożeniem oryginalnego systemu filozoficznego oraz najobfitszym katalogiem zaobserwowanych przezeń perwersji seksualnych.

Brak publikacji powyższych trzech tytułów nie wystarczałby jednak, by uznać sytuację za nietypową. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni pomijamy perełkę literatury światowej, mając po temu różne powody (dziś bardziej natury komercjalnej niż obyczajowej). Przypadek Markiza jest nietypowy o tyle, że zarówno Justyna jak i Julietta doczekały się polskich edycji i to w nakładzie na tyle obfitym, by egzemplarzy starczyło dla wszystkich zainteresowanych. A jednak w kontakcie z tymi pozycjami musi nas spotkać zawód.

Pod tytułem Julietta nie kryje się cały tekst, lecz jego fragmenty. Z liczącej ponad tysiąc stron powieści-rzeki pozostawiono zaledwie kilka epizodów, liczących w sumie około 300 stron. Co prawda w drugim wydaniu tych fragmentów jest trochę więcej niż w pierwszym, ale w dalszym ciągu nie ma się z czego cieszyć. Casus Justyny jest nieco inny. Nie dokonywano na niej żadnych operacji chirurgicznych. Po prostu wykorzystano jej pierwszą, znacznie łagodniejszą, wersję. Sam autor nie był całkowicie zadowolony z efektu, dlatego też po latach powrócił do niej, znacznie modyfikując i wzbogacając. Stąd podtytuł Nowa, w domyśle: doskonalsza. Zapewne warto znać obie wersje, zwłaszcza że tylko pierwsza posiada pierwszoosobową narrację. Jednak polski czytelnik nie ma wyboru, może sięgnąć tylko po jedną. A przynajmniej tak było do niedawna.

Ukazała się bowiem książka Krzysztofa Matuszewskiego pt. Sade. Msza okrucieństwa. Na pierwszy rzut oka można przypuszczać, że to kolejna pozycja biograficzna bądź analityczna. Takich dla odmiany mamy pod dostatkiem, są to zarówno przekłady (najważniejsze: Roland Barthes, Pierre Klossowski), jak i nasze rodzime tytuły. Od kilkudziesięciu lat monopolistami na tym polu są Bogdan Banasiak i Krzysztof Matuszewski, założyciele nieformalnego Stowarzyszenia Przyjaciół Markiza, niestrudzeni orędownicy jego twórczości. Największym marzeniem tej dwójki było od zawsze opublikowanie pełnej kolekcji dzieł wielkiego libertyna. Specyfika naszego rynku wydawniczego uniemożliwiła tak dalekosiężny projekt, musieli więc zadowolić się namiastkami, na wzór owej postrzępionej Julietty. Sadyczna pasja obydwu znajdowała jednak ujście w setkach artykułów w prasie oraz w obszernych wstępach umieszczanych bodajże przed każdym dziełem Markiza, któremu udawało się ukazać. W 2006 roku Banasiak zaproponował monografię Sade. Integralna potworność, będącą efektem jego wieloletnich badań. Spodziewałem się, że pojawiająca się dwa lata później Sade. Msza okrucieństwa będzie utrzymana w analogicznie naukowym tonie, zwłaszcza że sygnuje ją prestiżowe wydawnictwo Słowo/obraz/terytoria.

Książka Krzysztofa Matuszewskiego okazała się jednak czymś innym, być może najdziwniejszym w dziejach polskiej sade'ografii, mianowicie... drobiazgowym streszczeniem Nowej Justyny, scena po scenie i dialog za dialogiem. Cel owego zabiegu wyjaśnia sam autor w przedmowie. Otóż żadne wydawnictwo nie zamierzało ryzykować publikacji obszernej powieści, na którą może nie być popytu, skoro większość Justynę już czytała - może niedokładnie w tej wersji, ale ile osób zwraca uwagę na takie szczegóły? Niezrażony Matuszewski zaproponował, że w takim razie sam opowie historię, którą każdy wielbiciel Sade'a powinien poznać w pełnym kształcie. Przy okazji starczyło jeszcze miejsca na kilka innych rzeczy. Rozbudowany wstęp, dokonujący analizy filozofii Markiza oraz miejsca N.J. w jego dorobku. Literackie dodatki pod postacią afektowanych dokumentów z epoki, odsądzających Markiza od czci i wiary (rewelacyjny ustęp o młodzieńcu, który pod wpływem nieopatrznej lektury Justyny postradał zmysły!). Przede wszystkim zaś mnogość ilustracji, pojawiających się konsekwentnie co dwie, trzy strony.

Przyznaję, że mam problem z oceną tej książki. Wiem, że powstała z miłości do dzieła, które nie ma szczęścia do polskich wydawców. Przypuszczam, że jej wydanie wiązało się z pewnym ryzykiem. Nie chodzi już nawet o samo nazwisko Sade'a, już obłaskawione pośród literaturoznawców, lecz o odważną szatę graficzną, na którą złożyła się ponad setka pornograficznych rycin z XVIII wieku. Mnogość sprośnych obrazków miała zrekompensować czytelnikowi skrótowość tekstu głównego i rzeczywiście, momentami mamy wrażenie, że nie przeglądamy pozycji popularnonaukowej, lecz luksusowo wydany album Taschena pt. Porno naszych pradziadków. Jednak cały ten edytorski przepych, a także zapał i sprawne pióro autora nie mogą zmienić faktu, że ponownie oferuje się polskiemu odbiorcy ekstrakt, zaledwie namiastkę oryginalnego dzieła. Wciąż nie my czytamy Sade'a, lecz czyta się go za nas. Musimy zadowolić się interpretacją, która, nawet najbardziej obiektywna i szczegółowa, nadal należeć będzie do kogoś innego. Wydana z pietyzmem książka będzie pięknie prezentować się na półce, lecz każdego miłośnika twórczości Boskiego Markiza pozostawi z uczuciem nienasycenia.

Po długiej wewnętrznej walce zrezygnowałem z prezentacji wnętrza książki. Przecież tego bloga przeglądać mogą niewinne dzieci!!!!

Tytuł: Sade. Msza okrucieństwa (Cykl: Przygody Ciała)
Autor: Krzysztof Matuszewski
Wydawca: Słowo/obraz/terytoria, 2008
Liczba stron: 360

Linki:
1) Dzieła De Sade w formie elektronicznej, m.in. pełne wersje Nowej Justyny i Julietty!
2) Pornograficzne ryciny z pierwszego wydania Julietty (1789), kilka znalazło się w polskim wydaniu, ale nie aż tyle! Taki przedsmak dla tych, którzy się jednak na zakup Mszy... zdecydują.