30 lipca 2009

ENH - Festival of Beauty!

Festiwal Era Nowe Horyzonty, 9. edycja. Z ilością atrakcyjnych filmów prezentowanych na tej imprezie konkurować może jedynie ilość atrakcyjnych dziewcząt, które zjechały z całej Polski - blondynki, brunetki, szatynki, wysokie i niskie, szczuplutkie i przy kości. Są wśród nich nawet prawdziwe Boginie, o posągowych, rubensowskich kształtach, co budzi mój szczególny zachwyt (pięknego ciała nigdy za dużo!). Wśród tych cudów Natury nie zabrakło innych nacji (w końcu jest to impreza z international w nazwie!), wśród których największe wrażenie robią Azjatki, wyjątkowo liczne w tym roku, przyciągnięte zapewne pełną retrospektywą nudziarza Tsai Ming-Lianga bądź transgresyjnymi horrorami erotycznymi, czy to koreańskimi ("Wycieńczeni"), czy też japońskimi ("Cybronowe dusze"), których przynajmniej w Japonii nie sposób obejrzeć bez cenzury (jak widać, genitalia są tam większym tabu nawet od zoofilii). Tak, jest co oglądać, jest co smakować i podziwiać. Szkoda, że na sali kinowej po rozpoczęciu seansu zapada zmrok, co poważnie ogranicza naszą percepcję.
Pretekstem do tej eksplozji piękna są rzecz jasna pokazy filmów, w większości nietuzinkowych, nierzadko bardzo ciekawych, czasami wręcz bardzo dobrych, a w wyjątkowych wypadkach - zapierających dech i wciskających w fotel ("Głód", "Biała wstążka", "Tlen", "Miłość" - to pierwsze tytuły, któłre przychodzą na myśl). Jak zwykle pochłaniam je w ilościach hurtowych, jednak czas na refleksję, jakieś syntetyzujące spojrzenie przyjdzie później, gdy przestaną mi zaprzątać myśli setki dorodnych cór Ewy, z których niejedna wzbudziłaby zazdrość u samej Afrodyty (przyznaję, zabrzmiało to nieco pretensjonalnie, ale wolałbym uniknąć zanadto dosadnych, rażąco prymitywnych określeń, które usłyszeć możemy przy każdej budce z piwem - "fajne dupy", "niezłe laski", "spoko cizie" itp.)
Wpis idealnie ilustrowałyby fotki co piękniejszych uczestniczek (poczynione przez niżej podpisanego byle jak, bo komórką, lecz wciąż cieszące oko), jednak zamieszczanie ich tutaj byłoby nie fair - w końcu nie każde dziewczę chce widzieć swoją podobiznę jako ilustrację do napalonego wpisu w jakimś dziwacznym blogu. Tym razem będzie więc ascetycznie, lecz obiecuję, że ten stan nie potrwa długo!

30 maja 2009

Présences occultes AKA Okultystyczne osobistości

Na wstępie przyznaję się do winy: zapomniałem o blogu na dobre kilka miesięcy. Winę za to ponoszą komiksy, które w pewnym momencie po prostu wyparły seanse filmowe. Cóż, bywa i tak. Sprawdza się przysłowie "czym skorupka za młodu...". Komiksy były moją pierwszą pasją, na długo przed odkryciem wspaniałości kinematografu. Fascynacją, która jak widać została na całe życie. Może nieco przytłumiły ją "chude" lata rodzimego rynku (druga połowa lat 90tych), lecz rozbudziła się na wraz z jego tendencją zwyżkową (od początku XXI wieku aż do chwili obecnej!).

Ale czas już na meritum. Po raz pierwszy zdecydowałem się na umieszczenie linku do pobrania. Zazwyczaj poprzestaję na delikatnej aluzji, niejednoznacznej sugestii skąd i jak można dany film/komiks ściągnąć. Tym razem jednak zanadto rozpiera mnie duma. Jest to bowiem moja własna translacja, do tego z języka, którego opanowanie jest nie lada wyczynem... Języka komiksowych Gallów i Wikingów... Diablo trudnego, lecz niezbędnego dla każdego szanującego się fana komiksu... Do jego satysfakcjonującego opanowania jeszcze daleka droga, lecz Presences Occultes można uznać za pierwszy jej etap.

Kilka słów o samym komiksie. Nie zdradzając ani słowa z fabuły, powiedzieć mogę tylko, że zadowoli ona zarówno miłośników gore, jak i "twardej" erotyki. Nieco mniej usatysfakcjonowani będą amatorzy kryminału, choć Presences usiłuje być również nim, wprowadzając element zagadki. Niestety, prawa rynku są nieubłagane i dla podniesienia ilości sprzedanych egzemplarzy już na okładce umieszczono tajemniczego mordercę, który w samym komiksie pojawia się po dobrych 50 stronach... No nic, przynajmniej jest na co popatrzeć! Żadnej auto-cenzury, tak typowej np. dla komiksów angielskich. Autorzy od razu wykładają karty na stół i nikt nie może mieć do nich pretensji za sprośne i paskudne treści, które bez wątpienia odnajdzie w środku woluminu.

Mimo samodzielnej fabuły, Presences nie są odrębnym dziełem, lecz 68. tomem serii Incube. Owa zaś seria jest jedną z wielu, które w latach 70tych wydawała we Francji ELVIFRANCE, firma wyspecjalizowana w przekładach fumetti neri, najbardziej niesławych spośród włoskich komiksów. Sex i przemoc - oto, czym twórcy tej i dziesiątek innych serii (m.in. Maghella, Terror Blue, Terrificolor, Zara La Vampire, Jacula...) przyciągali czytelników z Italii. W sumie nie dziwi też fakt, że ich ofertą zainteresowała się też Francja, było nie było ojczyzna Markiza De Sade! Natomiast o wiele gorzej przedstawiała się sytuacja w innych krajach, najwyraźniej odpornych na uroki włoskiej pulpy. Z szeroko pojętych fumetti ukazały się w Polsce tylko Dylan Dog (11 tomów) i Nathan Never (zaledwie 4 tomy). To stanowczo za mało, zresztą obydwa tytuły to raczej ugrzeczniona, soft-wersja fumetti per adulti... Tak więc prawdziwe ekstremum dopiero dopiero przed Wami. Zasysajcie i czytajcie, bo nieprędko trafi się w rodzimym języku druga taka okazja! Ach, jakie to satysfakcjonujące, choć raz być pionierem...

Link

31 marca 2009

Seduction: The Cruel Woman (1985) - "Bo to zła kobieta była..."

Monika Treut w swoim fabularnym zaprasza nas do podziemnego klubu, prowadzonego przez charyzmatyczną Wandę. Kobietę, która lubi mieć absolutną kontrolę nad mężczyznami. Kobietę, którą cieszy wydawanie im rozkazów. Kobietę, która uwielbia karać za najmniejsze przewinienie. Jednym słowem: dominatrix!!!

Wanda jest kobietą sukcesu, Frau mit Geszeft. Dominowanie jest jej pracą i sposobem na życie. Nie poznamy jednak szczegółów socjalnych, np. w jaki sposób doszła do sukcesu i jakie przeszkody musiała pokonać. Film jest czymś na pograniczu dokumentu i fantasmagorii. Realne zdarzenia przetworzone zostały przez wyobraźnię fetyszysty. W Verführung: Die grausame Frau pełno jest odwołań do klasyki S/M, zarówno tej, w której kobiety przyjmują pozycję bierną (Historia O J. Jaeckina, z którą film Moniki Treut i Elfi Mikesch łączy postać Udo Kiera, występującego w obu) jak i czynną (rzecz jasna Wenus w futrze Sacheravon Masocha, z którego Wanda przejęła swe imię). Nie mogło też zabraknąć miejsca dla Boskiego Markiza. Cytaty z niego są chyba najłatwiej rozpoznawalne. Jedna z bohaterek nosi podwójne imię: Justine-Juliette, a na murze otaczającym klub widnieje tylko jeden napis: SADE.

Fabuła, skupiająca się na dręczeniu przez Wandę swego byłego kochanka, Gregora (jak zwykle niesamowity Udo Kier) jest dość minimalna, bo to przede wszystkim portret środowiskowy. Bardziej fascynujący niż przerażający, przynajmniej dla niżej podpisanego. Nieczęsto mam przyjemność z utworem o tematyce BDSM, który nie tylko nie poraża prymitywizmem, ale i ukazuje niejaką erudycję twórców. Widać, że oprócz pornograficznych pisemek sięgali oni po takie perełki literatury, jak Le Jardin Des Suffices Octave Mirbeau. Właściwie cały film jest jednym wielkim cytatem, co czyni go wdzięcznym obiektem analizy postmodernistycznej. Bez obawy, ani myślę zanudzać nią potencjalnych czytelników.

Późniejsza twórczość Moniki Treut ma nieco odmienny charakter. Jest dokumentalna bądź quasi-dokumentalna i jak ognia unika kreacjonizmu. Sadomasochizm odszedł w kąt, a na pierwszy plan wysunął się wątek lesbijski. Nic dziwnego, że po przyjeździe do Nowego Jorku reżyserka obwołana została gejowską ikoną. Jednak warto pamiętać, że i towarzystwo w skórzanych maskach ma ją za co szanować.

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0090252/

Ubalda, All Naked And Warm (1972) - Dekameron Light

Jesień średniowiecza w słonecznej Italii. Wracający z wyprawy krzyżowej rycerz Olimpio (Pippo Franco) jest święcie przekonany, że żona dochowała mu wierności. Gwarancją jej stałości jest założony przed wyjazdem pas cnoty. Naiwny Olimpio, nie zna kobiecej przebiegłości! Ślusarz był pierwszym mężczyzną, którego Fiamma (Karin Schubert) uwiodła po wyjeździe męża. Bynajmniej nie ostatnim! Kolejni kochankowie ukrywają się w kufrach, szafach i pod łóżkiem...

Cóż może począć rogacz Olimpio, by znów poczuć się mężczyzną ? Samemu przyprawić komuś rogi! Nadarza się ku temu okazja. Sąsiadka naszego rycerza, niezwykle nadobna białogłowa Ubalda (Edwige Fenech), wydaje się lekko znudzona pożyciem ze swoim brzydkim i starym mężem. Problem w tym, że to osobnik wyjątkowo podejrzliwy i niełatwo go podejść. Przed Olimpio ciężki orzech do zgryzienia, ale czegóż się nie robi dla wdzięków niewieścich?

Włoskie kino rozrywkowe lat 70tych to nie tylko western, horror, giallo i policiotto, ale również slapstickowa komedia o zdecydowanie erotycznym charakterze. Nie spodziewajmy się jednak zberezieństw! Cały erotyzm Quel gran pezzo dell'Ubalda tutta nuda e tutta calda (ech, te długie na kilometr włoskie tytuły!) sprowadza się do pikantnych żartów i zachwycającej golizny (naga Edwige Fenech! naga Karin Schubert!). Wszystko tak lekkie w tonie, że mogłoby stanowić treść jednego z odcinków Benny Hilla. Czyżby Włosi odpoczywali w ten sposób po realizacji innych filmów, pełnych brutalności i perwersji? Całkiem prawdopodobne. Każdy od czasu do czasu lubi się zrelaksować i pośmiać z mało wyrafinowanych żartów. Mariano Laurenti daje taką możliwość. Skorzystają z niej zapewne głównie fani włoskiej eksploatacji, gdyż właśnie oni najszybciej natrafią na ten mało znany tytuł (dopiero niedawno wydany na DVD). Dla wszystkich fanów boskiej Edwige Fenech jest to pozycja obowiązkowa!

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0070583/

Ichi The Killer: Episode 0 (2002) - Rażąca nieobecność

Animacja Koroshiya 1: Animated Episode 0 oraz aktorski 1-ICHI to prequele Ichiego Zabójcy, mangi stworzonej przez Hideo Yamamoto i przeniesionej na ekran przez Takashiego Miike. Film z udziałem Tadanobu Asano zdobył olbrzymią popularność i w chwili obecnej ma już solidnie ugruntowany kultowy status. Można przypuszczać, że głównym motywem twórców obydwu prequeli była chęć zysku. Temat cieszy się bowiem tak wielkim zainteresowaniem, że wystarczy nakręcić cokolwiek doń nawiązującego, by odnieść komercyjny sukces.

Co różni obydwie produkcje, oczywiście poza sama techniką wykonania? 1-ICHI odwoływał się do filmu Miike, który animacja ignoruje, nawiązując bezpośrednio do mangi. To drugie podejście przynosi lepsze rezultaty - Animated Episode 0 okazuje się lepszym, dosadniejszym prequelem. Pamiętajmy, że mangę słusznie uznano za "najbrutalniejszego reprezentanta gatunku" (Frank Miller). Jeszcze dalej niż Yamamoto posuwają się tylko twórcy ero-guro, tacy jak Waita Uziga czy Suehiro Maruo, ale ich twórczość przynależy do undergroundu, nie jest i nigdy nie będzie mainstreamowa.

Wszystkich fanów ICHIEGO z pewnością ucieszy fakt, że animacja dochowuje wierności mandze, ostentacyjnie pławiąc się w okrucieństwie i perwersyjnej erotyce. Jest tak krwawa i paskudna, jak tylko się da. Fabuła skupia się na ukazaniu, jak to neurotyczny nastolatek odkrywa w sobie sadystyczne skłonności. Seksualność Ichiego ujawnia się w gigantycznym wzwodzie, jaki ma podczas oglądania scen przemocy, oraz w orgazmie, jakiego doznaje podczas zadawania śmiertelnego ciosu. Zbrodnie, jakich się dopuszcza, nie są jednak w żaden sposób wykalkulowane. Chłopak traci wszystkie zahamowania i wpada w psychotyczną wściekłość wyłącznie pod wpływem fizycznego bólu.

Jakkolwiek porąbany by Ichi nie był, pozostali bohaterowie niewiele się od niego różnią. Porzućmy nadzieję, że zobaczymy w filmie choć jednego przyzwoitego człowieka. Nic z tego - mamy do czynienia z alternatywną wersją rzeczywistości, w której brutalność stała się normą w stosunkach międzyludzkich. Wizja świata najczarniejsza z możliwych, kompletnie pozbawiona humoru. Dokładnie tak, jak w mandze Yamamoto (film Miike jest nieco bardziej "zabawowy").

Wszystko bardzo ładnie, ale i tak nie jestem usatysfakcjonowany. Twórcy ponownie uznali, że najciekawszą postacią w fabule pierwowzoru jest psychotyczny beksa. Błędny wniosek! Ichi może sobie być bohaterem tytułowym, lecz w centrum zainteresowania czytelników i widzów znajduje się jego antagonista, masochistyczny yakuza Kakihara. To dopiero intrygująca postać! W przeciwieństwie do mazgajowatego Ichiego dokładnie wie, czego chce od życia i co go kręci. Ma tajemniczą przeszłość, wartą zbadania (w mandze dostajemy zaledwie kilka skąpych informacji). Dlaczego by nie skupić się na nim? Nie wierzę, żeby twórcy nie zdawali sobie sprawy, jak wielką popularnością cieszy się wśród odbiorców. Wystarczy spojrzeć na okładkę Animation Episode 0. Czyja pocięta buźka zachęca nas do oglądania?

Kakihara co prawda promuje DVD, lecz w samym anime pojawia się tylko na chwilę. Sytuację osładza nieco fakt, że przemawia głosem samego Takashiego Miike! Jego "cameo" to właściwie powtórka z rozrywki, czyli finałowy pojedynek megasadysty Ichiego z megamasochistą Kakiharą. Dodajmy, że w wersji kanonicznej, tzn. przedstawionej w mandze Hideo Yamamoto. Widzowie, którzy fabułę Ichi The Killer znają tylko z filmu, mogą być więc ździebko zdezorientowani.

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0362808/