19 listopada 2010

Zara Wampirzyca, T.1: Wampirzyca

Dziś coś z zupełnie innej beczki: skanlacja pierwszego tomiku Zara La Vampire. Serii, nad którą niejednokrotnie rozpływałełem się w zachwytach. Już pierwsza odsłona Zary zdradza przyczyny mej fascynacji. Włoskim twórcom udało się nawiązać zarówno do klasycznego, gotyckiego horroru spod znaku wytwórni Hammer, jak i do jego nowszej, mniej tradycyjnej odmiany, przesyconej zmysłowością i doprawioną solidną dawką wisielczego poczucia humoru. W pierwszym rzędzie narzucają się skojarzenia z dorobkiem Jeana Rollina i Jesusa Franco, jednakże z pewnym zastrzeżeniem. Podczas gdy obydwaj panowie stawiali głównie na hipnotyczną atmosferę, redukując akcję do niezbędnego minimum, komiksy o Zarze są pełne dramatycznych wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Bez wątpienia Franco i Rollin wiele by dali za aktorkę, która seksapilem i temperamentem dorównywałaby Zarze Pabst. Równie seksowne nie były nawet Soledad Miranda w Vampyros Lesbos i Brigitte Lahaie w Fascination!

Z pierwszego tomiku przygód niezrównanej Zary dowiadujemy się m.in. jak nietypowe formy może przybierać miłość ojca do córki, jak szybko i skutecznie ożywić wampira, a także jak bardzo głębokie dekolty nosiły panienki z dobrego domu w wiktoriańskiej Anglii... Czytelników XXI wieku zaskakiwać mogą mętne dywagacje naukowców na temat przeszłości wampira Drakuli. Przecież każde dziecko wie doskonale, że był to Vlad Tepes, hospodar wołoski z XV wieku, postrach Turków i wielki miłośnik palowania. Nie powinniśmy jednak zapominać, że w latach 70. nie było jeszcze odpowiedniego hasła na Wikipedii czy filmowego hitu Coppoli, zaś głównym źródłem wiedzy historycznej o hrabim Draculi była dla komiksowych twórców hammerowska seria z Christopherem Lee w roli głównej.

Zapraszam do lektury!

13 listopada 2010

Komiksowy Cytat Tygodnia - Prosiacek 1990-2010

Nie po raz pierwszy za sprawą Kultury Gniewu rasowy underground wędruje na salony Empików. Tym razem tego zaszczytu doczekał się Krzysztof "Prosiak" Owedyk, twórca komiksowego zina Prosiacek, celnie i dowcipnie komentującego polską rzeczywistość lat 90tych. Imponujących rozmiarów tom zbiorczy jest prawdziwą podróżą sentymentalną dla wszystkich czytelników, którzy pamiętają te dziwne, niespokojne czasy tuż po przemianie ustrojowej. Okres, w którym jednym z najgroźniejszych szkodników okazała się czarna stonka...


RELIGIA W SZKOLE


Rok 1990
Ksiądz katecheta: Bóg pragnie, byśmy go kochali.

Rok 1992
Ksiądz katecheta: Powinniśmy kochać Boga.

Rok 1994
Ksiądz katecheta: Należy kochać Boga!

Rok 1996
Ksiądz katecheta: Boga koniecznie trzeba kochać!

Ksiądz katecheta: Synu, kiedy w końcu pokochasz Boga?
Uczeń #1: A!
Uczeń #2: Nie chciał iść na religię...

8 listopada 2010

Drzewa (1995) - Nie mordujcie lasu!

Grzegorz Królikiewicz, najbardziej bezkompromisowy spośród polskich reżyserów, za temat swojego ostatniego filmu fabularnego obrał bezpardonową konfrontację człowieka z naturą. Drzewa określane są zazwyczaj jako ekologiczny horror, jednak nie jest to całkowicie precyzyjna klasyfikacja i na dobrą sprawę mogła wyrządzić dziełu więcej szkody niż pożytku. W przypadku filmu podpisanego przez twórcę, który jak żaden inny zasłużył na miano "polskiego Godarda", możemy być pewni tylko tego, że będzie awangardowo i mrocznie. Ów mrok występuje w Drzewach prawie wyłącznie w warstwie metaforycznej. Tonacja obrazu jest bardzo jasna, wręcz mieni się wszystkimi kolorami tęczy. A to za sprawą wielobarwnej roślinności, która staje się głównym punktem zainteresowania twórców.

W tle bujnej przyrody znajduje się para małżeńska zamieszkująca w nadmorskim miasteczku. Paweł (Paweł Wawrzecki) jest nauczycielem przyrody w podstawówce. Zamiast cieszyć się ciszą i spokojem na lekcjach (dzieci są wyjątkowo grzeczne - to jeden z koronnych dowodów na całkowity brak realizmu w filmie), bohater zadręcza się świadomością, że jego pedagogiczne wysiłki nijak się mają do zawodowych sukcesów jego żony, uznanej pani biolog, cieszącej się w świecie naukowym sławą supergwiazdy. Ewa (Ewa Kasprzyk) bez reszty pochłonięta jest badaniami nad roślinami, przesiadując dnie i noce w gigantycznej pracowni, wypełnionej komputerami i sadzonkami. Zaniedbywany i sfrustrowany małżonek zaczyna urządzać jej sceny, narasta w nim ślepa furia, którą zaczyna kierować na przedmiot badań Ewy.

Paweł utwierdza się w przekonaniu, że winę za jego wszelkie kłopoty ponoszą rośliny, oglądając telewizyjne wystąpienie charyzmatycznego profesora (Leon Niemczyk!). Głaszcząc pieszczotliwie ogromnego węża, profesor twierdzi, iż drzewa, krzewy, trawa, tudzież inne chwasty są dla ludzkości zwykłą zawadą. "Nie potrzebujemy ich tlenu, ponieważ promienie księżyca dostarczają nam zbawczy ozon!" - przekonuje, nawołując do ostatecznej rozprawy z przebrzydłą roślinnością, która od wieków toczy z rodzajem ludzkim walkę o dobra naturalne planety. Profesor wydał nawet książkę na ten temat. Co ciekawe, jej współautorką była Ewa, zupełnie nieświadoma faktu, że wyniki prowadzonych przez nią badań posłużą do wysnucia tak skrajnych wniosków.

Paweł przekonuje urząd miasta o konieczności wycięcia wszystkich spróchniałych drzew, zasłaniając się troską o publiczne bezpieczeństwo. Na tragedię nie trzeba długo czekać. Jeden ze ścinanych dębów przygniata robotnika (Franciszek Trzeciak, jeden z najbrzydszych polskich aktorów, ulubieniec Królikiewicza). Pod wpływem argumentów Pawła, a zapewne również i prof. Niemczyka, który za sprawą TV gości w każdym domu, mieszkańcy miasteczka biorą się do masowego wyrębu lasu. Od tej pory zaczyna się totalna masakra. W ruch idą siekiery, piły mechaniczne, noże, palniki, łańcuchy, igły, żelazka, a nawet zęby (w scenie obgryzania gałązki przez rozszalałą gospodynię domową). Zanim nastanie kres szaleństwa, zostaną powalone setki drzew...

Na potrzeby realizacji ostatniej partii filmu poświęcono sporą połać lasu, dlatego też lekko dziwi Nagroda Specjalna na IV Ogólnopolskim Festiwalu Filmów Ekologicznych EKOFILM'96. Zapewne jurorzy stwierdzili, że "gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą", że szlachetne przesłanie pro-ekologiczne usprawiedliwia tak radykalne środki. Może zresztą Królikiewicz po prostu wystarał się u drwali o możliwość sfilmowania akcji, która tak czy inaczej zostałaby przeprowadzona? Tego się nie dowiemy, w każdym razie nie można tym razem liczyć na uspokajającą informację: "Żadne drzewo nie ucierpiało przy powstawaniu tego filmu". Nie da się ukryć, że ucierpiało, i to niejedno. Tym ważniejsze staje się pytanie, czy zrealizowane tak wysokim kosztem Drzewa spełniają swoją perswazyjną funkcję? Czy ich wymowa będzie dla wszystkich czytelna?

Klarowność przesłania nie jest w przypadku twórczości Królikiewicza czymś oczywistym. Jego awangardowy, pogmatwany styl sprawia, że widz najczęściej zostaje po seansie z większą ilością pytań niż odpowiedzi. W przypadku Drzew pomocna okazuje się konwencja horroru, do jakiej reżyser się odwołuje. W filmie grozy człowiek staje oko w oko ze śmiertelnym zagrożeniem, ucieleśnionym pod postacią przedstawiciela jakiegoś obcego gatunku. Nierzadko jednak prawdziwe źródło zła kryje się w samej naturze ludzkiej i okazuje się, że naszym największym wrogiem jesteśmy my sami. U Królikiewicza następuje połączenie tych wątków. Pozornie zagrożenie stanowią drzewa, dzięki nietypowym punktom widzenia kamery istotnie przybierające kształty odmiennej, potencjalnie niebezpiecznej formy życia. Właśnie w ten sposób postrzegają je mieszkańcy miasteczka, którzy ostatecznie okażą się prawdziwymi agresorami. Intencja reżysera staje się jasna, gdy odczytamy zawartą w fabule biblijną metaforę, ukazującą na miasteczko jako na raj, w którym człowiek żyje w symbiozie z naturą (choć niezupełnej - w końcu to już XX wiek i wszyscy mają samochody, mieszkania, najzamożniejsi nawet komputery!), zanim nie zwróci się przeciwko niej, ulegając zwodniczym podszeptom Diabła. Metafora nie jest zbyt trudna do odczytania, co chwilę coś nam o niej przypomina, a to znaczące imię bohaterki, a to gigantyczny wąż, ofiarnie dźwigany na ramionach przez Niemczyka. Łatwo też dostrzec w końcowej hekatombie drzew aluzję do pogromów i Holocaustu - mechanizm narastania agresji wobec "obcego", którego obwinia się o całe zło świata, przedstawiony został dość przejrzyście.

Niewątpliwie przy odrobinie dobrej woli da się odczytać większość z tego, co Drzewa chciały nam przekazać. Kwestią sporną pozostaje natomiast, czy mają one wystarczającą siłę sugestii, by przekonać do siebie widzów. Recepcja po premierze okazała się wyjątkowo chłodna. Publiczność zdecydowanie odrzuciła trudny film, w czym sekundowali jej krytycy, spisując Królikiewicza na straty, jako zdziwaczałego do reszty awangardzistę. Drzewa docenione zostały docenione wyłącznie przez grona profesorów nauk humanistycznych. Co nie powinno dziwić - jest to w głównej mierze propozycja intelektualna. Musi rozczarować widzów spodziewający się atrakcyjnej i przejrzystej fabuły, ciekawych psychologicznie sylwetek protagonistów, napięcia i emocji... w sumie wszystkiego, czego tradycyjnie oczekuje się od kina. Całkiem prawdopodobne, że cieplejsze przyjecie mogą zgotować mu miłośnicy horrorów, pod warunkiem, że nie nastawią się na masakrę (nawet najbardziej efektowny wyrąb lasu to jednak nie to samo, co krew i flaki), lecz sugestywny klimat tajemnicy i niepokoju. Niewątpliwe dziwaczne i raczej nie do końca udane dzieło Grzegorza Królikiewicza przy odrobinie właściwej promocji mogłoby doczekać się statusu filmu kultowego. By tak się jednak stało, należało by najpierw postarać się o jego wydanie - w Polsce, a jeszcze lepiej we Francji bądź Japonii. Właśnie tam ma największe szanse na sukces.

Choć screeny pochodzą z pokątnej kopii, jakości obrazu i dźwięku mogłoby jej pozazdrościć wiele polskich klasyków oficjalnie wydanych.

Oto one: tajemnicze, przerażające istoty...


Wszelaka roślinność wychodzi na plan pierwszy, dosłownie przysłaniając bohaterów.


Telewizja szkodzi!


Z siekierą na dąb.


Rzeź niewiniątek: zarówno delikatne listki...


...jak i wiotkie gałązki padają ofiarą ludzkiej agresji!


R.I.P.


Natura zawsze znajdzie sposób. A co z człowiekiem?!?

7 listopada 2010

Komiksowy Cytat Tygodnia - Fables #38


Poniższy epizod, ukazujący iście salomonową mądrość Imperatora Stron Rodzinnych Baśniowców, pochodzi z 38. numeru Fables, który w 2006 roku pojawił się w wydaniu zbiorczym pt. Homelands. Polski przekład ujrzał światło dzienne w pierwszej połowie bieżącego roku.


Herald: Niech następny petent zbliży się i zostanie wysłuchany!

Imperator: Z jakim problemem przychodzisz?
Petent: Chodzi o mojego brata. Odziedziczył po ojcu połowę majątku, tak jak ja, ale to oszust i imbecyl. Na każdym kroku się ze mną nie zgadza. Kiedy zbierać plony, jak uprawiać jabłka i wiśnie w sadzie. Gdy ja postanawiam robić coś tak, on chce, by było inaczej. Tylko dlatego, żeby mi się sprzeciwiać.

Imperator: Dlaczego nie zajmiesz się uprawą swojej połowy ziemi, a brat niech zajmie swoją?
Petent: To niemożliwe. Ojciec nalegał, by majątek pozostał w całości, dlatego uczynił nas współwłaścicielami każdej połowy.

Imperator: Rozumiem. Ale czego się po nas spodziewasz? To sprawa rodzinna.
Petent: Masz władzę zmienić testament ojca wstecz tak, by całość zapisał mnie. Mój brat wszystko rujnuje, wkrótce pozostaniemy bez grosza.

Imperator: Nie. Nie będziemy się wtrącać pomiędzy dwóch braci. Silne więzy rodzinne to fundament, na którym zbudowane jest nasze imperium.
Zamiast tego usuniemy materialne przeszkody, które między wami stoją.


Imperator: Wasze pola i sady zostaną spalone, bogactwa skonfiskowane, domy zrównane z ziemią, a niewolnicy i najemnicy oddani katu.
Nie zostanie nic, o co moglibyście się kłócić.

31 października 2010

Komiksowy Cytat Tygodnia - Wiedźmin, T.3: Mniejsze zło

Czy Wiedźmin Andrzeja Sapkowskiego jest utworem nieprzekładalnym? Zwolennicy tej tezy mają na jej poparcie żelazny argument: fatalną ekranizację Marka Brodzkiego. Niektórzy powołują się również na serię komiksową autorstwa Bogusława Polcha i Macieja Parowskiego. Czy jednak ich propozycja jest aż tak zła, by służyć za antywzór adaptacji? Na jej recepcji zaciążyła estyma, jaką cieszyły się wcześniejsze prace Polcha, utrzymane w stylu hiperrealistycznym (Funky Koval, Ais - cykl przemianowany ostatnio na Ekspedycję). W porównaniu z nimi Wiedźmin wydawać się musiał komiksem niedbałym, o niedopracowanej kresce, narysowanym jakby od niechcenia. Osobiście nie wydał mi się aż tak tragiczny, może z racji młodego wieku (kolejne numery kupowałem na bieżąco, jeszcze w podstawówce), a może ze względu na całkiem zgrabne scenariusze Parowskiego, w intrygujący sposób rozwijające wątki opowiadań Sapkowskiego. Na przykład: pojawienie się trubadura Jaskra wprowadza do komiksowego Mniejszego zła nie tylko akcenty komediowe (sprośne rymy ludowe, które wyśpiewuje w stanie zamroczenia alkoholowego), ale i głębszą refleksję, której nie powstydziłby się sam Sapkowski.

Małe wprowadzenie w treść: wojownicza księżniczka Renfri stawia swemu odwiecznemu wrogowi, czarodziejowi Stregoborowi, złowieszcze ultimatum. Albo odda się w jej ręce (z których czeka go niechybna śmierć), albo będzie miał na sumieniu życie miejscowej ludności, wyciętej w pień przez bandę bezwzględnych najemników Renfri. Wmieszany w całą historię Geralt postanawia nie dopuścić do masakry mieszczan, stawiając czoło siepaczom księżniczki. Następnie musi usiec w pojedynku z samą Renfri, zresztą nie jest mu obojętna (spędzili razem upojną noc). Ludność miasteczka, nie wtajemniczona w szczegóły sprawy, bynajmniej nie odczuwa wdzięczności, uznając Geralta za zwykłego mordercę, który wszczął burdę na rynku, by wszystkich okrutnie posiekać...


Głos z tłumu: Rzeźnik!!!

Mieszczanin: Zbój!
Mieszczanka: Uważaj, jeszcze i nas porąbie!
Wójt: Ludzie, stać!

Wójt: Dość! Koniec z tym, psiamać!
Czy to już wszystko? Tak wygląda mniejsze zło, które wybrałeś? Czy to już koniec?!

Geralt: Tak.
Wójt: Twoja rana jest poważna?
Geralt: Nie.
Wójt: To zabieraj się stąd i nigdy tu nie wracaj, Geralt. Nigdy!

W tak posępny sposób kończy się opowiadanie Sapkowskiego. Twórcy komiksu dodają od siebie niebanalny epilog, w którym decydujący głos ma człowiek pióra...


Jaskier: Wiedźminie! Zaczekaj!!
Zaczekaj, proszę. Ja wiem więcej niż inni... !!!


Jaskier: Napiszę, że musiałeś. Nie było innego wyjścia!
Geralt: Odejdź, poeto. To nic nie zmieni. I tamtym nie przywróci życia.

Jaskier: Panie Geralt! Uczynię was nieśmiertelnym, jakem Jakier!
Geralt: Głupiś, Jakier. Jestem wiedźmin. I tak jestem nieśmiertelny.

Jakier: Nie lekceważ poety i poezji, wiedźminie. Napiszę, żeś rzeźnik, to rzeźnikiem zostaniesz. A jak napiszę, żeś miłował tę dziewkę, to będziesz postacią tragiczną po wsze czasy!

Geralt: To ci powiem, że faktycznie ją miłowałem.. tej nocy.
Jaskier: Wiedziałem! Czułem! Jakem poeta! Ha, miłowałeś ją! Dzięki, panie Geralt! Ale będzie ballada... Zobaczymy się jeszcze!
Geralt: Nie sądzę, cudaku...

PS: Kadry pochodzą z czeskiej, fanowskiej translacji komiksu (podpisanej przez Mankina, czołowego translatora tamtejszej sceny). Czyżby Czesi mieli więcej serca do "obrazkowego" Wiedźmina?