5 marca 2010

The Ultimate Degenerate (1969) - '60: Generacja degeneracji


Michael i Roberta Findlay to małżeństwo, które zapisało się złotymi literami w annałach kina exploitation (o ile do tego typu produkcji "złota" symbolika pasuje). W drugiej połowie lat 60tych odważnie wprowadzili do niewinnego świata nudies ostre przyprawy: przemoc i sex. Nie oni jedni zresztą. Również inni twórcy niskobudżetowych produkcji zastanawiali się w tym czasie, co też miałoby szansę przyciągnąć do samochodowych kin publiczność. Z pewnością musiało to być coś mocniejszego niż kolejna wizyta na plaży nudystów, tradycyjnym miejscu akcji "rozbieranych" filmów Doris Wishman, np. Beauties in the Sun, Diary of a Nudist, Behind the Nudist Curtain. Przestały wystarczać nawet tak niezwykłe lokalizacje jak księżyc zaludniony przez nie znające odzienia niewiasty (Nude on the Moon).

Filmy nudies miały swoje naturalne walory (operacje plastyczne nie były jeszcze wtedy w modzie), jednak widzowie domagali się więcej - ileż w końcu można oglądać wyłącznie rozbieranki? Findlayowie odpowiedzieli na ich pragnienia najbardziej radykalnie ze wszystkich. Nie rezygnując z istoty gatunku, tzn. delektowania się nagim ciałem kobiecym, wzbogacili go o elementy thrillera i horroru. Inspiracja tym pierwszym przyniosła m.in. Satan's Hot Bed, w którym młoda, niewinna Japoneczka (w którą wcieliła się Yoko Ono, wówczas jeszcze nieznana) dostaje się w łapy lubieżnych gangsterów, co owocuje serią gwałtów i innych nieprzyjemności. Fascynacja drugim znalazła najpełniejszy wyraz w słynnej Trylogii Ciała, ukazującej wyczyny niejakiego Richarda Jenningsa, seryjnego zabójcy - mizogina, wykańczającego w niezwykle pomysłowy sposób kolejne "nierządnice" (jak określał zresztą każdą w miarę atrakcyjną dziewczynę).

Flesh Trilogy była dla Findlayów największym powodem do sławy (bądź też niesławy, gdyż w świecie seksploatacji mogą to być synonimy). Jednak małżonkowie nie spoczęli na laurach i już kilka miesięcy po The Kiss of Her Flesh przedstawili kolejną dość niegrzeczną produkcję. Nie da się ukryć, że poprzednimi filmami ustawili sobie poprzeczkę dość wysoko. Po samym tytule wnioskować można, że zamierzali pokazać coś jeszcze bardziej radykalnego. The Ultimate Degenerate - Największy Degenerat! Największy? Czyżby przerastał samego Richarda Jenningsa?

Od razu trzeba przyznać, że mimo najszczerszych chęci nie udało się przebić Flesh Trilogy. W związku z tym po dziś dzień pozostaje ona najmocniejszym punktem amerykańskiej eksploatacji lat 60tych. Jednak The Ultimate Degenerate prezentuje tę samą strategię, polegającą na przekraczaniu wszystkich dopuszczalnych granic, w czym bije na głowę całą konkurencję, z cyklem filmów o Oldze (protoplastce Ilsy, Wilczycy Z SS!) włącznie. Pod względem realizacyjnym jest to rzecz bliźniaczo podobna, wykorzystująca tych samych aktorów, a nawet ten sam podkład muzyczny (rock, jazz, oraz trochę klasyki - całkiem przyjemna mieszanka). O ile w pierwszym "zapożyczeniu" nie ma niczego nagannego (urodzie dziewczyn z ekipy nie można niczego zarzucić), to drugie świadczyć może o pośpiechu i nonszalancji, z jaką kręcono zazwyczaj produkcje grindhouse.

Rzut oka na fabułę może zadziwić wszystkich pamiętających Flesh Trilogy, bowiem tym razem bohaterem i narratorem nie jest tytułowy degenerat, lecz piękna, niezależna kobieta. Maria Curtis (Uta Erickson) jest nowojorską nimfomanką, bardzo trudną do zaspokojenia. Nie bawi jej już tradycyjny związek lesbijski, nawet wzbogacony o akcent ekshibicjonistyczny (Marie podczas stosunku notorycznie odsłania firankę sypialni!). Spragniona nowych doznań, zgłasza się na przesłuchanie do spektaklu erotycznego. Spencer (Michael Findlay), przykuty do wózka producent, od początku wzbudza jej podejrzenia. Po pierwsze, przesłuchania ciągną się już od jakiegoś czasu, ale ich końca nie widać. Po drugie, wszystkie aktorki na czas prób (nieokreślony) zamieszkują w posiadłości Spencera, który regularnie serwuje im dożylnie "afrodyzjak miłości", rozbudzający zmysły i pozbawiający wszelakich zahamowań. Wygląda na to, że rzeczony show jest tylko przykrywką dla obleśnego inwalidy, śliniącego się na widok kobiecych krągłości. Rezolutna Marie domyśla się tego błyskawicznie, co nie przeszkadza jej w dołączeniu do zabawy. Podobne nastawienie mają inne dziewczyny. Cóż bowiem strasznego w zaspokajaniu wojerystycznych potrzeb faceta, skoro dostaje się za to regularną pensję? Żadna z nich nie zdaje sobie sprawy, w jak niebezpieczne zabawy przyjdzie im grać, zwłaszcza że posępny Bruno, kamerdyner Spencera, w tajemnicy przed wszystkimi dodaje do afrodyzjaku jeszcze jeden składnik....

„Uważajcie, czego pragniecie, dziewczyny, bo jeszcze wyjdzie wam to bokiem” – tak zapewne brzmiałoby motto filmu, gdyby jego twórcy zapragnęli osłaniać się listkiem figowym moralizatorstwa. Nie czynią tego jednak, z upodobaniem ukazując rozmaite aktywności seksualne, nie udając nawet, że je potępiają. Dzięki czemu zresztą przesłanie, którego można się tu na siłę doszukać, ma prawie że feministyczny wydźwięk. To kobiety mają prawo głosu (Maria jest bohaterką i narratorką całej historii), dysponują swoim ciałem wedle własnej woli, spełnianie męskich zachcianek jest dla nich dziecinną igraszką, a jeśli jakiś paskudny degenerat będzie próbował je wykorzystać, tym gorzej dla niego: dostanie za swoje w finale! Jest to finał wręcz absurdalnie krwawy, więc naprawdę warto na niego zaczekać.



Nie ukrywam, że podobnie jak film, tak i niniejsza recenzja była tylko pretekstem dla zaprezentowania wdzięków kilku ponętnych kobiet. A więc przejdźmy do meritum:

Marie w pełnej krasie. Ach, mieć taką bezpruderyjną sąsiadkę...


"Undress her, Bruno!"


"Nie obawiaj się: to tylko niegroźny afrodyzjak mojego własnego wyrobu!"


"Od momentu, w którym kazał mi to zrobić, wiedziałam z całą pewnością , że jest szalony!"


"Put my CLOCK between your legs, girl!"


Dosadne do bólu konotacje falliczne


"Za delikatne to wszystko. Przygotuj coś lepszego, Bruno!"


"Spencer wpadł w szał!"


The Ultimate Degenerate!



Link IMDb

22 lutego 2010

Le Triomphe de Michel Strogoff (1961) - Où sont les neiges d'antan?


Sequel głośnego filmu przygodowego, który we wszystkich krajach nazywał się Michel Strogoff, ewentualnie Michael Strogoff, lecz Polsce przemianowany został na Kuriera carskiego. Zamiana o tyle usprawiedliwiona, że taki tytuł nosiła książka Julesa Verna, której film jest adaptacją. Nie czytałem, więc mogę zaledwie zgadywać, że nie jest to arcydzieło literatury XIX-wiecznej, raczej wartka powieść o dzielnym kurierze cara Aleksandra II, aż prosząca się o wersję filmową.

Swoją przygodę ze Strogoffem zacząłem jak najbardziej nietypowo, bo nie od adaptacji z 1956 roku, lecz jej sequela. W sumie jednak nie stała mi się jakaś większa krzywda, gdyż Triumf… można oglądać bez znajomości poprzedniej części, broni się ona jako samodzielna całość i obywa bez flashbacków. Zapewne dlatego, że jak na bohatera akcji przystało, Strogoff nie rozpamiętuje przeszłości i żyje dniem dzisiejszym, przynoszącym mu zawsze moc wrażeń. Strogoff właśnie otrzymał awans na pułkownika, na dodatek cieszy się względami na dworze. Zatroskana caryca powierza mu nieoficjalną misję specjalną: ma pilnować młodego księcia, który rwie się do walki z Tatarami. Porywczość połączona z nierozwagą nader szybko wikła następcę tronu w niezłą kabałę, z której wyciągnąć go może tylko doświadczony i dzielny wojak – kurier carski Michel Strogoff!

Właściwie już w brzmieniu imienia naszego herosa tkwi istota pretensji, jaką można mieć do filmu. Czy jako Rosjanin nie powinien nazywać się Michajił, a może nawet Michajił Wasyljewicz, bądź jakoś w tym guście? Tymczasem wszyscy wymawiają stricte po francusku: „Miszel”. Podobnie jest z resztą tzw. kolorytu lokalnego. Carskie wojsko przypomina Legię Cudzoziemską, zwłaszcza że pustynne lokalizacje niejako automatycznie przywodzą na myśl słynny Fort Saganne z Gérardem Depardieu w roli głównej. Caryca wygląda i zachowuje się bardziej jak dystyngowana arystokratka z paryskich salonów, niż jak władczyni wielkiego imperium rosyjskiego. Może jednak w jej wypadku nie powinienem się czepiać, gdyż wpływy francuskie były u Romanowów tak silne, że mogli imitować wersalskie obyczaje.

Tak czy inaczej, nie jest Triumf realistycznym portretem XIX-wiecznej Rosji, raczej fantazją „na temat”. Zapewne identyczny zarzut można postawić literackiemu pierwowzorowi, którego autorem jest poczytny francuski pisarz, nie pretendujący bynajmniej do miana drugiego Tołstoja. Pal licho historyczną akuratność! Ważne, że mamy do czynienia z nielichym widowiskiem, na które nie pożałowano środków, mimo że kończyła się już era podobnie wystawnych produkcji, wypieranych przez ascetyczną Nową Falę. Choć dla ówczesnych młodych filmowców z Cahiers du Cinema „kino papy” było irytującą ramotą, którą należało zastąpić czymś świeżym i autentycznym, my możemy odbierać je bardziej przychylnie, jako seans sentymentalny. Nie ma już bowiem takich dzielnych i niezłomnych bohaterów, nie ma tak majestatycznie pięknych kobiet (w Triumfie jest to popularna wówczas modelka Capucine), tak czystych romansów, tak jednoznacznych pod względem moralnym sytuacji. O wielkich scenach batalistycznych obywających się bez efektów komputerowych nie wspominając....


A jak mężny kurier prezentuje się na screenach?

Michel Strogoff (Curd Jürgens) na spotkaniu z carycą w Ermitażu. Zauważmy, że nasz bohater nie jest już młodzieniaszkiem!


Piękna szansonistka Volskaya (Capucine) zabawia carskich oficerów francuskim szlagierem (sic!).


Nieuchronny konflikt! Mademoiselle Volskaya wpadła również w oko młodemu i porywczemu księciu.


W stepie szerokim...


W niewoli u Wielkiego Chana!


Michel Strogoff nie traci zimnej krwi nawet w tak nieciekawej sytuacji...


"Za cara i ojczyznę!" - wstęp do imponującej szarży Białych. Jaka szkoda, że w starciu z czerwonoarmiejcami nie poradzili sobie równie dobrze...


Finałowe ujęcie pięknego profilu Volskayi.


Link IMDb

17 lutego 2010

Le Pape Terrible, Tom I - Della Rovere

Alejandro Jodorowsky najwyraźniej się rozkręcił i planuje papieską trylogię komiksową! W oczekiwaniu na czwarty tom BORGIÓW czytelnicy (na razie ci z krajów frankojęzycznych) otrzymują pierwszy tom nowej serii : LE PAPE TERRIBLE - POTWORNY PAPIEŻ! Właśnie, właśnie, mam pewne obawy w stosunku do polskich wydawców. Niejednokrotnie już ryzykowali (PREACHER!), ale czy zdecydują się na publikację tytułu, który z miejsca pachnie ekskomuniką? A sam tytuł to nie wszystko... Obecni w każdym Empiku BORGIOWIE, pomimo niezwykle sensacyjnej treści, jakoś nie przyciągnęli wzroku obrońców moralności, natomiast spore szanse miałby na to okładka z wyzywająco uśmiechniętym młodzianem, siedzącym nago na papieskich kolanach.

Z obwolutą dość dobrze koresponduje zawartość tomu. Wyuzdanie, okrucieństwo, cynizm i makiawelizm - wszystko, do czego przyzwyczaiła nas seria BORGIA. De facto jest to sequel. Tom "Della Rovere" rozpoczyna się otruciem winem mszalnym Aleksandra VI, czyli naszego starego znajomego Rodriga Borgii. Wkrótce równie marny koniec spotka jego syna, walecznego Cezara. Tak przemija chwałą świata i ci, którzy jeszcze niedawno mianowali się jego władcami!

Oczywiście to nie zagniewana zbrodniami Borgiów Opatrzność odpowiedzialna jest za ich upadek. Wszystkie zasługi w tym względzie Jodorowsky przypisuje ambitnemu i bezwzględnemu kardynałowi Della Rovere, dążącemu po trupach do papieskiej władzy. Czym różni się od wyeliminowanych przez siebie Borgiów? Pierwsza rzecz, która przychodzi do głowy, to seksualne preferencje - od kurtyzan zdecydowanie woli towarzystwo pięknego młodzieńca, choć nie pogardzi również usługami muskularnego Murzyna. Ponadto jest takim samym sukinkotem jak poprzednik, stosującym równie paskudne metody w celu zdobycia i utrzymania władzy.

Identyczny modus operandi bohatera musi nasuwać pytanie o sens powstania tej serii, będącej właściwie lustrzanym odbiciem poprzedniej. Oczywiście głównym celem przyświecającym Jodorowskiemu jest kompromitacja papiestwa, a pobocznym - niezła zabawa, polegająca na mnożeniu coraz to wymyślniejszych scen okrucieństwa i rozpusty. "Do czego jeszcze posuną się te potwory w sutannach?" - zastanawiamy się podczas lektury i nie jesteśmy zawiedzeni, gdyż perfidnych pomysłów scenarzyście nie brakuje. Osobiście nie mam rzecz jasna nic przeciwko tej antyklerykalnej strategii, ale nie sposób zaprzeczyć, że nie ma ona nic a nic wspólnego z subtelnością, a przypadkowych czytelników prędzej może zniechęcić do samego komiksu, niż do wyszydzanej przez niego instytucji papiestwa. Mimo widocznego gołym okiem przygotowania merytorycznego scenarzysty oraz imponujących wizualnym przepychem plansz rysownika, LE PAPE TERRIBLE więcej ma wspólnego z obrazkowym pulp fiction w rodzaju Elvifrance (nawet przez fanów z pobłażaniem określanego jako "BD de gare"), niż z wielkimi dokonaniami francuskiego komiksu historycznego.

Nowością jest nieznany mi dotąd rysownik Theo (z prowadzonego przezeń bloga można wywnioskować, że czuje się zaszczycony współpracą z legendą). Wydaje się odpowiednią osobą do zilustrowania papieskiej serii. Bezbłędnie odmalowuje bogactwo i splendor Watykanu, sugestywnie ukazuje też mroczne i zaniedbane uliczki Rzymu. Bardzo dobrze radzi sobie z ukazywaniem męskiego ciała, natomiast znacznie gorzej wychodzą mu kobiety. To niewielkie zarzut, jako że niewiasty odgrywają raczej marginalną rolę w tej męskiej aferze. Dla niektórych czytelników będzie ona zapewne aż nadto męska, nie każdego przecież w równym stopniu bawi widok homoseksualnych igraszek. Jeśli czegoś mi tutaj brakowało, to właśnie kobiecej postaci w stylu Lukrecji Borgii, którą w tak kuszący sposób odmalował Milo Manara.


Kilka smakowitszych kadrów:

Papież i jego świta w strojach Adama


Ostatni kielich Rodrigo Borgii


"Bóg nie istnieje, Francesco. Umieramy, grzebią nas, gnijemy..." I kto to mówi!


Po lewej: Piękna architektura, czyli bardzo mocny punkt albumu. Po prawej: Cezar Borgia w masce, której nie powstydziłby się Upiór z Opery!


Niccolò Machiavelli w domu uciech. Już wówczas ceniono "rubensowskie" kształty!


Juliusz II - z tym papieżem lepiej nie zadzierać!


Linki:
1)Wspomniany blog rysownika
2)Pod tym adresem można znaleźć album w wersji elektronicznej. Jak dotąd tylko w oryginalnej wersji językowej.

Rezurekcja!


"Pieśń ma była już w grobie, już chłodna;
Krew poczuła: z pod ziemi wygląda
I jak upiór powstaje krwi głodna
I krwi żąda, krwi żąda, krwi żąda."
Adam Mickiewicz, Dziady cz. III

Tym uroczym cytatem z klasyka powracam do działalności blogowej. Nie jestem pewien, czy komuś potrzebna jest kolejna strona z recenzjami filmów i komiksów? Zapewne nie, ale przecież nie wszystko musi być utylitarne, zwłaszcza w Internecie, tej marności nad marnościami, pełnej bezużytecznego śmiecia. Bez problemu natrafić tu można na znacznie głupsze blogi. Tak więc dość lenistwa! Na dobry początek jeszcze jedna strofa z "szatańskiej" pieśni Konrada:

"I pieśń mówi: ja pójdę wieczorem,
Naprzód braci rodaków gryźć muszę;
Komu tylko zapuszczę kły w duszę,
Ten jak ja musi zostać upiorem."

Abre los ojos, Zara!

3 listopada 2009

The Blackout (1997) - Zażywasz: Przegrywasz!


Jeden z tzw. "brudnopisów" w dossier Abla Ferrary. Reżysera, który robi ciekawe kino, ale prawdopodobnie nie poświęca swym projektom wystarczającej ilości czasu, w związku z czym zazwyczaj daleko im do perfekcji. Zaćmienie wyraźnie wymaga dopracowania, niemniej jest całkiem interesujące.
Matthew Modine gra popularnego aktora, prowadzącego iście straceńczy tryb życia - pieniądze zapewniają mu nadmiar alkoholu, dragów i łatwych kobiet. Ferrara filmuje to wszystko z lubością (zwłaszcza wyuzdane lasencje topless), ale jak się okazuje tylko po to, by potępić jako niemoralne! Imprezowy Matt partaczy więc związek z Béatrice Dalle, którą chyba naprawdę kocha, jednak pod wpływem narkotyków zmusza do usunięcia ciąży. Beatrice odchodzi, a Matt stacza się na samo dno. Gdy na drodze do samozagłady spotyka młodziutką i ładniutką kelnerkę (Sarah Lassez), kompletnie urywa mu się film...
Półtora roku później Matt prowadzi zdrowy tryb życia nawróconego grzesznika. Chodzi na terapie, mieszka w dobrej dzielnicy (tzn. bez dziwek, czarnych handlarzy i barów ze striptizem), a jego dziewczyną jest sama słodycz i niewinność w osobie Claudii Shiffer (tak, to naprawdę ona!). Jednak męczą go koszmarne sny. Czuje, że jego relacje z byłą dziewczyną nie zostały należycie uporządkowane. Gdy tylko Claudia wyjeżdża na kilka dni, Matt udaje się na poszukiwanie Beatrice. Przy okazji wraca do swych wszystkich złych nałogów i odkrywa przerażającą prawdę o pewnym zdarzeniu z przeszłości...
Gdyby nie halucynacyjny, "lynchowski" styl (niczym z Zagubionej autostrady), byłby to natrętny moralitet, do którego zresztą katolik Ferrara miał zawsze ciągoty. Przesłanie kijem po łbie: "Nie ćpaj, nie cudzołóż i nie zadawaj się z demonicznymi typami a la Dennis Hopper!". Dennis pojawia się bowiem w filmie jako rozpustny właściciel baru go-go, filmujący wszystko podręczną kamerą (pretekst do zabaw z formą!). Jest to charakterystyczna dla tego aktora nadekspresyjna rola ze słowotokiem, "na haju", co może nawet było celowym zabiegiem, skoro film traktuje właśnie o tym. Miła wiadomość dla fanów Béatrice: choć jej rola nie jest zbyt rozbudowana, nie sposób odmówić jej wyrazistości. Na marginesie należałoby dodać, że ostre ćpanie na planie Zaćmienia doprowadziło do jej aresztowania przez policję i wydalenia z USA z wilczym biletem. Najlepszy dowód na to, że choć moralistom zdarza się przynudzać, to koniec końców mają jednak rację.

Screens:

Matthew Modine i Béatrice Dalle - niegrzeczny chłopiec i niegrzeczna dziewczynka

Gorące noce w Miami

Najgorętsza scena filmu: Dennis Hopper i dziwka

Sleazy!!!

Mieszczańska arkadia u boku Claudii Shiffer

Finałowy słowotok Hoppera

Obowiązkowy u Ferrary płacz skruszonego grzesznika



Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0118734/