17 lutego 2010

Rezurekcja!


"Pieśń ma była już w grobie, już chłodna;
Krew poczuła: z pod ziemi wygląda
I jak upiór powstaje krwi głodna
I krwi żąda, krwi żąda, krwi żąda."
Adam Mickiewicz, Dziady cz. III

Tym uroczym cytatem z klasyka powracam do działalności blogowej. Nie jestem pewien, czy komuś potrzebna jest kolejna strona z recenzjami filmów i komiksów? Zapewne nie, ale przecież nie wszystko musi być utylitarne, zwłaszcza w Internecie, tej marności nad marnościami, pełnej bezużytecznego śmiecia. Bez problemu natrafić tu można na znacznie głupsze blogi. Tak więc dość lenistwa! Na dobry początek jeszcze jedna strofa z "szatańskiej" pieśni Konrada:

"I pieśń mówi: ja pójdę wieczorem,
Naprzód braci rodaków gryźć muszę;
Komu tylko zapuszczę kły w duszę,
Ten jak ja musi zostać upiorem."

Abre los ojos, Zara!

3 listopada 2009

The Blackout (1997) - Zażywasz: Przegrywasz!


Jeden z tzw. "brudnopisów" w dossier Abla Ferrary. Reżysera, który robi ciekawe kino, ale prawdopodobnie nie poświęca swym projektom wystarczającej ilości czasu, w związku z czym zazwyczaj daleko im do perfekcji. Zaćmienie wyraźnie wymaga dopracowania, niemniej jest całkiem interesujące.
Matthew Modine gra popularnego aktora, prowadzącego iście straceńczy tryb życia - pieniądze zapewniają mu nadmiar alkoholu, dragów i łatwych kobiet. Ferrara filmuje to wszystko z lubością (zwłaszcza wyuzdane lasencje topless), ale jak się okazuje tylko po to, by potępić jako niemoralne! Imprezowy Matt partaczy więc związek z Béatrice Dalle, którą chyba naprawdę kocha, jednak pod wpływem narkotyków zmusza do usunięcia ciąży. Beatrice odchodzi, a Matt stacza się na samo dno. Gdy na drodze do samozagłady spotyka młodziutką i ładniutką kelnerkę (Sarah Lassez), kompletnie urywa mu się film...
Półtora roku później Matt prowadzi zdrowy tryb życia nawróconego grzesznika. Chodzi na terapie, mieszka w dobrej dzielnicy (tzn. bez dziwek, czarnych handlarzy i barów ze striptizem), a jego dziewczyną jest sama słodycz i niewinność w osobie Claudii Shiffer (tak, to naprawdę ona!). Jednak męczą go koszmarne sny. Czuje, że jego relacje z byłą dziewczyną nie zostały należycie uporządkowane. Gdy tylko Claudia wyjeżdża na kilka dni, Matt udaje się na poszukiwanie Beatrice. Przy okazji wraca do swych wszystkich złych nałogów i odkrywa przerażającą prawdę o pewnym zdarzeniu z przeszłości...
Gdyby nie halucynacyjny, "lynchowski" styl (niczym z Zagubionej autostrady), byłby to natrętny moralitet, do którego zresztą katolik Ferrara miał zawsze ciągoty. Przesłanie kijem po łbie: "Nie ćpaj, nie cudzołóż i nie zadawaj się z demonicznymi typami a la Dennis Hopper!". Dennis pojawia się bowiem w filmie jako rozpustny właściciel baru go-go, filmujący wszystko podręczną kamerą (pretekst do zabaw z formą!). Jest to charakterystyczna dla tego aktora nadekspresyjna rola ze słowotokiem, "na haju", co może nawet było celowym zabiegiem, skoro film traktuje właśnie o tym. Miła wiadomość dla fanów Béatrice: choć jej rola nie jest zbyt rozbudowana, nie sposób odmówić jej wyrazistości. Na marginesie należałoby dodać, że ostre ćpanie na planie Zaćmienia doprowadziło do jej aresztowania przez policję i wydalenia z USA z wilczym biletem. Najlepszy dowód na to, że choć moralistom zdarza się przynudzać, to koniec końców mają jednak rację.

Screens:

Matthew Modine i Béatrice Dalle - niegrzeczny chłopiec i niegrzeczna dziewczynka

Gorące noce w Miami

Najgorętsza scena filmu: Dennis Hopper i dziwka

Sleazy!!!

Mieszczańska arkadia u boku Claudii Shiffer

Finałowy słowotok Hoppera

Obowiązkowy u Ferrary płacz skruszonego grzesznika



Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0118734/

5 października 2009

Pierwszy start (1950) - TOP GUN SP

Ach, być lotnikiem i poszybować w przestworzach! Tylko o tym myśli Tomek, chłopak ze wsi, namiętnie składający modele szybowców. Dziś, w czasach bezwzględnego kapitalizmu, na modelarstwie pewnie by się skończyło, lecz kiedyś, w epoce komunizmu, każdy obywatel PRL miał szansę spełnić swe marzenia.
Tak przynajmniej wynika z tego, a także innych filmów zrealizowanych w pierwszej połowie lat 50tych. Niestety, promienna poetyka socrealizmu nie miała wiele wspólnego z ówczesną rzeczywistością. No, może oprócz psychozy na punkcie dywersantów, dążących do obalenia cudownego systemu. Przestrzegały przed nim plakaty, gazety i literatura, przestrzega więc i kino. W Pierwszym starcie „niepożądanym elementem” okazuje się inżynier – przedwojenny, więc niechętny zmianom, nowoczesnej technice. Na dodatek nieobca mu jest zawiść, korzysta więc z okazji, by oczernić młodszego inżyniera… (Nie jest natomiast – o dziwo! – zachodnim szpiegiem) Na szczęście koledzy denuncjują drania na UB. "Wyciągnijmy z tego naukę" - rzecze sentencjonalnie funkcjonariusz - "Musimy wzmóc czujność! Nie można ufać ludziom, którzy nie są w pełni oddani naszej sprawie!". W tym momencie z ekranu powiało chłodem, można było odczuć autentyczną grozę totalitaryzmu. Brr…
Ale to tylko wątek poboczny. Większość filmu jest hurra-optymistyczną utopią, w której młodzi chłopcy śpiewają gromkim chórem piosnki patriotyczne. Czynią to przy każdej okazji, np. pomagając rolnikom w sianokosach. Radosne nucenie przerywają tylko na czas wykonywania lotów doskonałymi samolotami "Junak". Najlepszym spośród nich, absolutnym mistrzem nad mistrzami, okazuje się nasz bohater, Tomek Spojda. Oczywiście nie tak od razu, lecz dzięki wytrwałej pracy nad sobą pod czujnym okiem zastępowego Franka (Stanisław Mikulski w pierwszej kinowej roli!). By zostać asem, Tomek nie może poprzestać na nauce powietrznych manewrów – najważniejsze okazuje się jego dojrzewanie ideologiczne. Dzieje się to stricte według schematu, znanego z dziesiątek podobnych obrazów, niemniej na ekranie wszystko wygląda całkiem przekonująco. Kto wie, może samych realizatorów filmu ogarnęła podczas zdjęć radosna atmosfera patriotyczna? Nie bez powodu scenarzysta Pierwszego startu, Ludwik Starki, otrzymał w 1951 roku Wyróżnienie Honorowe "za żywe i optymistyczne przedstawienie życia młodych budowniczych socjalizmu w Polsce Ludowej". Szkoda tylko, że wątki propagandowe odsuwają na dalszy plan romans bohatera z piękną Junaczką z Obozu Społecznego Dziewcząt (Oddział Ambulatorium). Zwłaszcza w pompatycznym finale, który należy nie do bohaterów, lecz do rozentuzjazmowanego sprawozdawcy sportowego (vide cytat pod ostatnim screenem). Naprawdę brakuje tutaj sceny padnięcia sobie w ramiona. Więcej nie śmiałbym żądać: całus byłby już nieprzyzwoity, zatem "nieludowy"!


Tomek to wzór, chluba podkarpackiej szkoły szybowcowej "Służba Polsce"!


Prawdziwy As Przestworzy!

Ale przecież niewiele by zdziałał bez kolektywu!!!
"Przyjaciele, mówię szczerze,
taką pewność w sobie mam,
że jak dużo nas się zbierze,
to się wszystko musi udać nam!"

"Moim skromnym zdaniem pomysły kolegi Nowaka są zbyt śmiałe, zbyt nowatorskie.
A ostatecznie nie wszystko dobre, co jest nowe..."
Już po tych słowach rozpoznać można niereformowalnego konserwatystę,
potencjalnego dywersanta!

"Proszę państwa! Zwyciężył nie tylko szybowiec Junak, nie tylko Tomasz Spojda, ale zwyciężyła nowoczesna myśl konstruktorska, zwyciężył nowy styl pracy i stosunek ludzi do niej!"

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0043921/

2 października 2009

Bajka o carze Sałtanie (1966) - ... o carycy, jego żonie, oraz o ich synu Gwidonie.

Kolejny wpis na temat filmu kierowanego raczej do młodszych widzów. Czyżby pierwsze symptomy infantylizacji z mojej strony? A może podświadomie zaczynam obawiać się starzenia, w związku z czym wybieram na seanse takie, a nie inne pozycje? Kto wie? Faktem jest, że radziecki film pt. Bajka o carze Sałtanie dostarczył mi eskapistycznej rozrywki na najwyższym poziomie. I bynajmniej nie polegała ona wyłącznie na kontemplacji urody jednej z głównych aktorek, jak w przypadku opisywanego niedawno telewizyjnego produktu Disneya. Owszem, Kseniya Ryabinkina w roli Księżniczki Łabędzia jest urocza, lecz jest ona tylko jednym z eksponatów w swoistym muzeum urokliwych osobliwości, jakim jest cały film Aleksandra Ptushko.
Za podstawę scenariusza, a zarazem całą listę dialogową, posłużył poemat Aleksandra Puszkina. Dzieckiem będąc, poznałem go w mistrzowskim przekładzie Mickiewicza. Dostarczył mi wtedy tylu wrażeń, że aż po dziś dzień wspominam go z sentymentem. Do seansu podszedłem więc "pozytywnie uprzedzony", zresztą pamiętałem również o poprzednich, zaiste imponujących dokonaniach Ptushko. Myślę jednak, że nawet bez uprzedniej styczności z tekstem i filmowym dorobkiem jego adaptatora musiałbym zachwycić się tym obrazem. Bajka o carze Sałtanie wydaje się nie tyle wykreowana, co wyczarowana z filmowej materii. Zarazem oryginalna, jak i osadzona w rosyjskiej tradycji. Olśniewająca przepychem, który zapiera dech w piersiach, ale i podkreślająca umowność, wręcz puszczająca oko do widza. Jednocześnie poruszająca i zabawna, liryczna i rubaszna.
Tak, Aleksandr Ptushko po raz kolejny udowodnił, że należy mu się tytuł Czarodzieja Radzieckiego Kina. Co prawda nie wiem, czy takowy kiedykolwiek mu przyznano, w każdym razie ja zrobiłbym to bez wahania. Bajka nie jest bowiem jego pierwszym monumentalnych rozmiarów filmem o baśniowym charakterze. Już w latach 50tych zrealizował Sadko (1953) oraz Ilyę Muromca (1956) - dwie wystawne adaptacje ludowych klechd. Wygląda na to, że z obrazu na obraz rosyjski reżyser coraz śmielej puszczał wodze swojej wyobraźni, kreując fantastyczne światy, w których kolorowy jarmark łączy się z poezją i operą. Jakaż to jednak zuchwałość na tle programowo realistycznej, odgórnie sterowanej kinematografii ZSRR. Najwyraźniej dziecięcy adresat okazał się w tym przypadku wystarczającym alibi. Zresztą nie tylko dla Ptushki - w Rosji powstawało wówczas mnóstwo filmów, które dziś określilibyśmy jako "fantasy", dostarczających widzowi w każdym wieku mniejszej lub większej dawki magii, pozwalającej znieść niewesołą codzienność.
Obecnie żywych kolorów jest pod dostatkiem, zarówno w byłym Związku Radzieckim, jak i u nas, natomiast znacznie gorzej prezentuje się kino przeznaczone dla najmłodszych widzów. Wygląda na to, że zupełnie zrezygnowało z wyrafinowania na rzecz rozrywkowości, refleksję zastąpiło bezustannymi dowcipasami, a morał efektowną eksplozją w finale. Zdaję sobie sprawę, że takie są prawa rynku, że z komercyjnego punktu widzenia uwrażliwianie dzieci nie opłaca się tak bardzo jak ich ogłupianie, że trzeba wychować nowe pokolenie konsumentów, itd. Ale ja nie muszę przecież męczyć się, oglądając te bzdury. Wolę zasiąść przed zrealizowaną kilkadziesiąt lat temu radziecką baśnią i poczuć raz jeszcze magię, której nawet taki Harry Potter (bądź co bądź jedna z najwartościowszych obecnie pozycji "dziecięcych") jest zaledwie nikłą namiastką.

Nie mogłem się powstrzymać przed ozdobieniem screenów odpowiednimi cytatami z Puszkina. Właściwie można by z tego zrobić foto story, ale może lepiej nie nadużywać cierpliwości ewentualnych czytelników V+C....

"Była wojna na Północy,
Więc car Sałtan ruszył w drogę
I pożegnał swą niebogę
Napomniawszy w krótkim słowie,
Żeby dbała o swe zdrowie. "

"Gdy usłyszał car od gońca,
Jaka przyszła wieść gorsząca,
Zaczął gniewać się i biesić
I już gońca chciał powiesić (...)"

"Wolę cara ogłosili
I do beczki w tejże chwili
Posadzili syna z matką,
Potoczyli beczkę gładko
I spuścili ją od razu
Na ocean - w myśl rozkazu."

"Carewiczu, mój wybawco,
Ocalenia mego sprawco,
Moja wdzięczność wieczna będzie,
Znajdziesz zawsze mnie i wszędzie,
Nie martw się, choć głód ci dojmie,
Kładź się spać i śpij spokojnie."

"Z przyzwolenia więc carycy
Zaczął rządzić syn w stolicy
I przed ludem zgromadzonym
Zamianował się Gwidonem. "

"Łabędzica nas przysłała
I surowy nakaz dała,
Byśmy, twą spełniając wolę,
Obchodzili gród patrolem. "

"Jest księżniczka gdzieś za morzem,
Co zaćmiewa światło boże,
W nocy jasność w krąg rozsnuwa,
Jej uroda wzrok przykuwa,
Pod warkoczem księżyc pała,
Lśni na czole gwiazda biała,
A wspanialsza jest od pawia,
Gdy dostojnie kroki stawia,
A gdy wdzięczne słowo powie -
Szmer strumienia brzmi w jej mowie. "

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0174207/
Pełny text Aleksandra Puszkina: http://www.wiersze.annet.pl/w,,10310

30 września 2009

Roman Polanski: Wanted and Desired (2008) - Dokument (niestety) na czasie

Są filmy, które z dnia na dzień nabierają niepokojącej aktualności. Tak jak ów solidny dokument, ukazujący kulisy słynnego skandalu z udziałem Romana Polańskiego i nieletniej. Od niefortunnego dla obydwojga zainteresowanych wydarzenia doszło w 1977 roku, czyli prawdę mówiąc całe wieki temu, niemniej w świetle prawa amerykańskiego wciąż jest to sprawa nierozstrzygnięta. Co mogło grozić naszemu rodakowi, gdyby w odpowiednim czasie nie salwował się ucieczką? Nigdy się nie dowiemy. Może mało znaczący wyrok w zawieszeniu, a może wprost przeciwnie - olbrzymi, np. 15-20 lat. Nawet kilka, a co dopiero kilkanaście wiosen w celi potrafi człowieka zniszczyć. Co zresztą niepomiernie ucieszyłoby wrednego sędziego Rittenbana, w zamyśle którego prawny lincz na sławnym artyście miałby służyć jako straszak dla wszelkich potencjalnych amatorów lolitek. Trudno się dziwić reżyserowi, że wolał nie pokładać nadziei w dobrą wolę sędziego. Zapewne podjął słuszną decyzję, ponieważ kilkadziesiąt kolejnych lat przeżył na wolności, na gościnnej francuskiej ziemi, w związku z piękną kobietą. Nie da się zarazem ukryć, że na jego przeprowadzce straciła amerykańska sztuka filmowa, pozbawiona jednego z niewielu twórców, których stać było na ożywianie hollywoodzkich schematów, wzbogacanie ich głębszą treścią.
Co teraz? Wydaje się, że słowo stało się ciałem. Sąd USA wreszcie ma szansę wydania wyroku w sprawie Polańskiego. Stało się tak za sprawą nadgorliwych funkcjonariuszy szwajcarskich, którzy capnęli go na lotnisku w Zurychu 26 września 2009 (sługusy imperializmu, a tfu!). Nie wiadomo, jak dalej potoczą się losy reżysera. Podczas gdy tysiące fanów trzyma za niego kciuki i podpisuje petycję za uniewinnieniem, co najmniej drugie tyle konserwatystów, fanatyków religijnych, antysemitów i podobnej swołoczy życzy mu jak najgorzej. Właściwie co człowiek, to opinia. Jednak aby wyrobić sobie własną, nie wolno poprzestać na lekturze kolorowych pisemek, koszmarnie płytkich w swym zwyczajowym węszeniu za skandalem. Wypada zajrzeć co najmniej do dwóch książek: autobiografii reżysera Roman (po lekturze której jesteśmy skłonni całkowicie usprawiedliwić postępowanie narratora, taką czujemy doń sympatię!) oraz biografii Polański Christophera Sandforda (znacznie bardziej obiektywnej i chłodnej). Ich doskonałym uzupełnieniem jest właśnie Roman Polanski: Wanted and Desired Mariny Zenovich. Film, którego nie ma potrzeby streszczać, powtarzając przy okazji to, co setki czasopism mniej lub bardziej nietaktownie wałkuje od kilku dni. Wypada natomiast zachęcić do seansu i przypomnieć wszystkim skłonnym do zbyt pochopnych ocen moralnych, że nic na tym świecie nie jest jednoznacznie czarne bądź białe.

Jak to wygląda, czyli kilka screenów. Choć autorce dokumentu nie udało się dotrzeć do samego Polańskiego, rekompensują to liczne materiały archiwalne: zdjęcia, filmy i dokumenty.

A wszystko mogło wyglądać inaczej... Sharon i Roman, koniec lat 60tych.

Moi Lolita? - mniej znana sesja młodziutkiej Samanthy Gailey, współbohaterki skandalu '77

"Drżyjcie, podsądni!" - Sędzia Laurence J. Rittenband

Polański imprezowicz - zdjęcie z Oktoberfest,
które ostatecznie rozwścieczyło sędziego Rittenbanda.


Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt1157705/