14 marca 2009

Hakujitsumu (1981) - Nieoczekiwane skutki wizyty u dentysty

W poczekalni u dentysty chłopak spotyka piękną dziewczynę. Wkrótce oboje lądują na fotelu i dostają znieczulenie. Tuż przed zapadnięciem w narkotyczny sen chłopak kątem oka dostrzega, że zachowanie doktora i jego asystentek dalece odbiega od normy. Kobiety rozbierają nieprzytomną pacjentkę, a doktor zaczyna się z nią zabawiać! Czy to jeszcze jawa, czy już koszmar? Sceneria wkrótce ulega zmianie, lecz zasadnicza treść pozostaje ta sama. Dentysta, tym razem ubrany jak Hrabia Drakula, prześladuje dziewczynę na rozmaite sposoby, z których Japończycy słyną: wiązanie w wymyślne sposoby, chłostanie pejczem po piersiach, brzuchu i pośladkach, o gryzieniu i szarpaniu za włosy nie wspominając. Nieładnie, panie doktorze!

Hakujitsumu jest, a zarazem nie jest dziełem oryginalnym. Jest, bo trudno wyszukać coś równie osobliwego, nawet w gatunku pinku eiga. Nie jest, gdyż to po prostu remake filmu z 1964, noszącego identyczny tytuł i zrealizowanego przez tego samego reżysera. Ciekawe, jakimi motywami kierował się Tetsuji Takechi , wracając do latach do dawnego pomysłu? Czyżby postanowił "sprzedać" go jeszcze raz, licząc na krótką pamięć publiczności? Jeśli tak, to trafił w sedno. Day Dream A.D. 1981 odniósł komercyjny sukces i doczekał się kontynuacji.

Co nowego proponuje? Surrealizm, czarny humor, seksowna obsada - to było już w oryginale. Najbardziej rzucającą się w oczy nowością są niezwykle odważne sceny erotyczne. Właściwie należałoby użyć określenia "pornograficzne", gdyż w przypadku gigantycznego zbliżenia połączonych ze sobą narządów płciowych kobiety i mężczyzny raczej nie ma wątpliwości, jakiego rodzaju produkcję oglądamy. Detalicznie ukazana kopulacja (bez cenzury optycznej, co w Japonii jest rzadkością) nie przesłania jednak innych aspektów filmu. Więcej tu domieszki pinku i awangardy, niż XXX czystej wody. Na całe szczęście, gdyż tego ostatniego mamy na pęczki gdzie indziej.

Wiele różowych tytułów doczekało się porządnego wydania DVD, ale Hakujitsumu jak dotąd nie. W dobie Internetu i tłumaczeń fanowskich fakt ten nie stanowi przeszkody w zapoznaniu się z tym tytułem. Niestety, najbardziej popularna kopia pozbawiona jest angielskich napisów. Na pociechę mamy holenderskie, które jakoś tam (ze względu na swoje podobieństwo do języka niemieckiego) pomagają zorientować się w fabule. Na szczęście dialogi są w przypadku dzieła Tetsuji Takechi sprawą drugorzędną.

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0223417/

11 marca 2009

Zlatá princezna (2002) - Podróż sentymentalna

Bardzo nietypowa pozycja na blogu, który z założenia miał być wypełniony po brzegi seksem i brutalnością. Zdecydowałem się jednak na jej krótkie opisanie, jako że nikt inny w sieci nie podjął się tego zadania. Najwyraźniej tę nakręconą dla czeskiej TV baśń większość potencjalnych widzów zbywa wzruszeniem ramion. Ot, typowa produkcja telewizyjna dla dzieci, która jednak dla mnie już na starcie miała jeden niekwestionowany walor: udział Lindy Rybovej, prześlicznej czeskiej aktorki młodego pokolenia. Lindę mogliśmy dotąd podziwiać m.in. w poetyckim Kytice, nominowanym do Oscara Moście, Ciemnoniebieskim świecie Sveraka, oraz w anglojęzycznym slasherze Basen. Efemeryczna uroda predestynuje ją do występowania w rolach nimf, rusałek, czy też księżniczek, jak to ma miejsce tutaj.

Księżniczka Libena od początku zachwyca wdziękiem i gracją, lecz do pełnej doskonałości jeszcze daleka droga. Żyjąc w luksusie, stała się próżna i nieczuła. Słusznie przeczuwamy, że ów stan musi ulec zmianie. Księżniczka zostaje niewolnicą czarodzieja Vladara (David Matásek), którego uczucia zraniła, wyśmiewając jego powierzchowność (ma bardzo ziemistą cerę). Pod wpływem rzuconego czaru skóra księżniczki przybiera kolor złota. Tylko wewnętrzna poprawa, wsparta przez moc dobrych uczynków, może cofnąć zaklęcie i przywrócić ją światu. Libena zaczyna uczyć się współczucia i miłości. Ma ku temu okazję, gdy do podziemnego królestwa przybywa dobry i dzielny syn rybaka, Radovid (Tomás Mechácek).

W przeciwieństwie do Kytice, innej niedawno powstałej czeskiej baśni, Złota księżniczka nie jest i nie będzie znana poza granicami rodzimego kraju. Trudno się dziwić, jest to po prostu fachowa robota z przeznaczeniem na mały ekran (która doczekała się jednak wydania DVD). Cieszy fakt, że w tak postmodernistycznych czasach powstają jeszcze tradycyjne baśnie, z refleksyjną fabułą i jasnym przekazem moralnym. Tylko czy młodzi widzowie, przyzwyczajeni do szybszego tempa akcji, chcą takowe jeszcze oglądać? Jeśli nie, to ich strata. Choć akurat Księżniczce daleko do wyjątkowości, piękno Lindy zachwyca, zaś szlachetna prostota historii wzrusza. Przez godzinę poczułem się znowu małym chłopcem, słuchającym baśni na dobranoc. Ach, ten sentymentalizm, w końcu dopadnie nawet takiego cynika, jak niżej podpisany!

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0372039/

28 lutego 2009

Scream Blacula Scream (1973) - Nosferatu is b(l)ack!

Blaxpolitation wymaga od współczesnych widzów niejakiego przygotowania. Muszą wiedzieć, że podstawowym zadaniem gatunku było wbicie czarnoskórej publiczności w dumę. "Oto mamy WŁASNE kino rozrywkowe i WŁASNYCH twardzieli, twardszych nawet od białych!". Rzeczywiście, przy takim Shafcie nawet Brudny Harry może wyjść na cieniasa. Co jednak począć z wampirem Blaculą, postrachem nadobnych dziewic, przeklętym na wieki? Otóż również on może być wzorem dla czarnych braci! Tak, jest odrażającym krwiopijcą, ale nie przez cały czas. W swoim ludzkim wcieleniu, jako hrabia Manuwalde, to inteligentny, przystojny, czarujący i oczytany facet. Nadto nie został wampirem z własnej winy. Przed stu laty ukąsił go biały właściciel, u którego był niewolnikiem. Częściowo zdejmuje to z niego odpowiedzialność za niecne czyny.

Blacula zdaje sobie sprawę z ogromu zła, jakie wyrządza innym Murzynom (przede wszystkim urodziwym Murzynkom!), żerując na ich krwi, dlatego postanawia zmienić swą naturę. W tym celu przychodzi do Pam Grier, pięknej kapłanki voodoo, która zresztą nie pozostaje mu obojętna (i vice versa). Czaru niestety zdjąć się nie da, lecz Pam uwolni Blaculę od egzystencjalnych cierpień, wbijając mu kij billardowy w serce (a konkretnie - w laleczkę voodoo, która go przedstawia - efekt ten sam).

Murzyńska magia to ciekawy pomysł adaptacyjny. Dobry, bo oryginalny. Tego typu folkloru nie sposób odnaleźć w "białych" filmach o wampirach. Trzeba pochwalić Williama Marshalla za magnetyczną kreację. Jego wampir w niczym nie ustępuje takim demonicznym arystokratom jak Christopher Lee czy Frank Langella. Pam Grier została dobrze dobrana do roli pięknej i silnej kobiety, lecz odniosłem wrażenie, że niepewnie czuje się w horrorze. Zapewne ta dziarska niewiasta wolałaby dzierżyć giwerę w jakimś sensacyjniaku.

Gorzej wypada reszta filmu, która przypomina zwykły nudnawy blaxploitation, wypełniony grypsującymi ziomalami z czarnego getta. Niestety, ukąszeni przez Blaculę Murzyni pozostają równie szpanerscy i aroganccy jak za życia. Niewiele nauczyli się od Mistrza. Nic dziwnego, że on sam jest tym wszystkim zmęczony i chce się wycofać. W Scream Blacula Scream nie wyczuwa się atmosfery grozy, choć jak na ironię wampirów tu w bród.

Całość ratuje klimatyczny finał z bębnami, kiedy to Pam próbuje wygnać Blaculę z Manuwalde'a, a policja szturmuje dom pełen ożywieńców i następuje klimatyczna masakra. Za plus trzeba uznać fakt, że Blacula nie daje się łatwo pokonać i w walce z nim trzeba uciec się aż do magii. Jaka sympatyczna odmiana po cyklu wytwórni Hammer, gdzie Dracula miał permanentnego pecha: a to wpadał do jeziora i zamarzał, a to do kościoła, gdzie niefortunnie przewracał się prosto na krzyż i ginął marnie. Raz nawet zaplątał się w krzak głogu, co również miało dlań opłakane konsekwencje. Na taką fuszerkę nasz Black Nosferatu nigdy by sobie nie pozwolił!

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0070656/

The Beast With A Gun (1977) - Wściekły Pies Helmut

Bez wątpienia największą atrakcją filmu Bestia ze spluwą jest Helmut Berger, wcielający się w bezwzględnego przestępcę. Nanni Vitali to absolutny antybohater, nie ma ani jednej pozytywnej cechy, chyba że za takową uznamy niesamowitą witalność (vide nazwisko). Choć po brawurowej ucieczce z więzienia zdrowy rozsądek nakazywałby zaszyć się w bezpiecznym miejscu, bandziora zanadto rozpiera energia, decyduje się więc z kumplami na brawurowy skok. Na dobry początek porywa piękną Giulianę (Marisa Mell, gwiazda Diabolika), tłukąc jej chłopaka na kwaśne jabłko. Na tym podły gangster nie kończy. W chwilę później jego banda grzebie delikwenta żywcem. Ma to nauczyć dziewczynę, że z Vitalim i spółką absolutnie nie ma żartów!

Czy to tylko przypadek, że wielcy aktorzy, występujący we włoskich produkcjach seryjnych (obok Bergera np. Klaus Kinski), tak wściekle miotają się po ekranie? Czyżby dawali upust swej goryczy, że nie dane im było zagrać w czymś ambitniejszym? Kto wie, może rzeczywiście Berger odczuwał pewną irytację, że po śmierci Viscontiego nie pojawił się dlań żaden ambitny projekt, niemniej w stereotypowej roli brutalnego bandziora dał z siebie wszystko. Promieniuje pierwotną dzikością i zwierzęcym magnetyzmem, w pełni uzasadniającym rozmaite tytuły filmu. Jak to w przypadku hitów kaset video bywało, jest ich całkiem sporo, w tym wypadku wszystkie pasują jak ulał: Wściekły pies, Wściekły pies zabójca, Ludzka bestia, Okrutna bestia ze spluwą, Dzikie bestie z pistoletami maszynowymi (ten ostatni traktuje również o towarzyszach Nanniego).

Reszta to typowa sensacja po włosku, fachowo określana jako poliziotto. Nie ma ona demaskatorskich ambicji dzieł Elio Petriego (Śledztwo w sprawie obywatela poza wszelkim podejrzeniem) bądź Francesco Rosi (Szacowni nieboszczycy), jednak nadrabia te braki mnogością akcji. Czego tu nie ma! Pościgi samochodowe, strzelaniny na pistolety i karabiny, brutalne pojedynki na pięści (w których celuje Vitali, dopóki nie napotka godnego siebie przeciwnika, inspektora Sorelli), nadto seks, który nie przypadnie do gustu feministkom. Kobiety są tutaj przymuszane, traktuje się je bezceremonialnie. Pierwszą napotkaną pannę Vitali gwałci, z drugą postępuje jeszcze gorzej, tnąc brzytwą (równie paskudnie zachowa się David Hess w The House on the Edge of the Park Ruggero Deoddato- czyżby jakaś inspiracja?). Film Sergio Grieco nie jest pod tym względem odosobnionym przypadkiem. Podobnie przedstawia się sytuacja w całym włoskim kinie popularnym lat 70., kiedy to kobiety skazane były na rolę ofiar, biernie czekających na wybawcę, np. dzielnego inspektora (tutaj w wykonaniu weterana gatunku, Richarda Harrisona). Do głowy im nie przyszło wziąć sprawę (tzn. spluwę) we własne ręce i samodzielnie ukarać dręczącego je łobuza.

Bestia ze spluwą broni się jako pełna adrenaliny, męska rozrywka. Nieco traci w zestawieniu z innymi pozycjami z filmografii Bergera. Jest antytezą artystycznych dzieł Luchino Viscontiego, z którymi aktor jest najbardziej kojarzony. Brutalne potraktowanie płci pięknej nie wystarczyło, by otoczyła go aura skandalu, towarzysząca takim tytułom, jak erotyczna adaptacja Wilde'a Dorian Grey (1970) czy naziploitation Salon Kitty (1976). Bezpretensjonalny poliziotto zyskał sobie jednak wiernych fanów, czego najlepszym dowodem Quentin Tarantino. Bohaterowie Jackie Brown (1997) oglądają na video strzeleckie popisy Bergera-Vitali, myląc go początkowo z Rutgerem Hauerem (!).


Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0075740/

I jeszcze link do Salonu Helmuta Bergera, strony prowadzonej przez japońską fankę aktora. Znajdziemy tu filmografię, rozmaite ciekawostki, unikatowe zdjęcia, a przede wszystkim angielskie streszczenie ekshibicjonistycznej autobiografii Ich (Ja), jak dotąd wydanej tylko w języku niemieckim. Polecam!

http://helmut-berger.com/contents.htm


24 lutego 2009

The Erotic Rites Of Frankenstein (1972) - Potworze, do dzieła!

Przekleństwo Frankensteina, Erotyczne przygody Frankensteina, Erotyczne obrzędy Frankensteina - pod takimi właśnie tytułami ukrywa się film, będący zapewne najbardziej ekscentryczną (choć raczej nie najbardziej erotyczną, ukazało się już całkiem sporo "gorących" Frankensteinów)) i najmniej kanoniczną adaptacją powieści Mary Shelley. Z oryginalnej fabuły ostał się tylko sam doktor wraz ze swym monstrum, obydwaj zresztą zmienieni nie do poznania. Reszta to już licentia poetica Jessa Franco. W zależności od naszego stosunku do tego pracowitego, acz bardzo nierównego reżysera, możemy uznać The Erotic Rites of Frankenstein (zdecydowanie najbardziej atrakcyjny tytuł, dlatego będziemy się go trzymać) za profanację świętości, bądź też sugestywną wariację na temat.

Film to diablo trudny do streszczenia, przypomina bowiem koszmarny majak, w którym zdarzenia nie zawsze mają swe logiczne kontinuum. Spróbujmy jednak, nie ręcząc do końca za wiarygodność tej interpretacji. Doktora Frankensteina (Dennis Price) poznajemy jako schorowanego starca, podtrzymywanego przy życiu dzięki kroplówce. Jego przypominające robota, stalowe monstrum (Fernando Bilbao) ma się dobrze, lecz inteligencją nie grzeszy, staje się więc łatwym celem dla silniejszej osobowości. Jest nią mag Cagliostro (Howard Vernon), wcielenie zła, pragnące stworzyć podległą sobie rasę nadludzi. Jak dotąd owocem jego eksperymentów jest Melissa (Anne Libert) - drapieżna kobieta ptak. Twór nie do końca doskonały, bo ślepy, zarazem trudno odmówić mu skuteczności. Melissa i monstrum porywają dorodną hrabinę Orloff (Britt Nichols). Ożywione przez Cagliostro zombie hrabiny (biedaczka zostaje bowiem błyskawicznie skrócona o głowę) ma wydać na świat nową rasę poprzez spółkowanie z potworem. Tytułowi musi stać się zadość - rozpoczynają się erotyczne gody Frankensteina! Przyglądają się im podekscytowane hordy demonów, przywołane przez Cagliostro z samego piekła.

Postacią Frankensteina Jess Franco zainteresował się już wcześniej. Dracula Contra Frankenstein (1972) nie był jednak sukcesem pod żadnym względem. Niedbale i bez pomysłu nakręcony, okazał się wyjątkowym nudziarstwem, co w przypadku autora exploitation jest właściwie grzechem śmiertelnym (wypominanym mu do dziś). Niepowodzenie zdopingowało Franco do ponownego podjęcia tematu jeszcze w tym samym roku. Obsada i lokalizacje pozostały te same, natomiast scenariusz uległ daleko idącym przemianom, dryfując w stronę surrealizmu. Nie mogło zabraknąć erotyki, jak zwykle u Franco dosadnej i perwersyjnej. Najpełniej dochodzi do głosu w scenie, kiedy monstrum smaga biczem skrępowaną parę, dla której choćby chwilowa utrata równowagi oznacza pewną śmierć, jako że podłoga naszpikowana jest kolcami! Trudno oprzeć się wrażeniu, że niezależnie od tematu, jakiego Franco się podejmuje, w ostatecznym rozrachunku i tak wychodzi mu wariacja na temat twórczości Markiza De Sade. Nie potrafi, a zapewne również nie chce, uwolnić się od jego wpływu, nawet wtedy, gdy za oficjalną patronkę ma romantyczkę Mary Shelley.

Jak na ironię, postaci na pozór najistotniejsze, mianowicie Frankenstein i jego potwór, pełnią w fabule dość podrzędną funkcję. Ich głównym zadaniem jest zmylenie potencjalnych widzów, którzy w swojej naiwności uwierzyli, że obejrzą adaptację Mary Shelley. Tymczasem dane im będzie zmierzyć się z tworami obsesyjnej wyobraźni, wyjątkowo tutaj rozpasanej. Już półnagie monstrum z imponującym torsem, przypominające bardziej bywalca siłowni niż poskładanego z trupów, powinno skutecznie wystraszyć purystów. Jeszcze bardziej intrygujące okazują się dwa czarne charaktery: Cagliostro (Howard Vernon z kozią bródką, zdecydowanie lepiej odnajdujący się w roli złowieszczego maga niż hrabiego Draculi) oraz drapieżna Melissa, rozszarpująca swych kochanków na strzępy. Sugestywność obydwojga zapewnia im poczesne miejsce w niezwykle bogatym katalogu filmowych kreatur Jesusa Franco.

Warto zobaczyć The Erotic Rites of Frankenstein przede wszystkim dla delirycznego szaleństwa, którym jest przepełniony. To również świadectwo talentu reżysera, który prazy minimalnym budżecie potrafił wykreować obrazy sugestywne, głęboko zapadające w pamięć. Pewnym utrudnieniem dla kolekcjonerów jest funkcjonowanie na rynku kilku wersji filmu, przy czym nie chodzi tu wyłącznie o kwestie cenzuralne. Udało mi się zobaczyć dwie i doprawdy trudno ustalić, która jest "kanoniczna". Pierwsza, trwająca 70 minut, zawiera całkiem sporo scen, w których aktorki prezentują swoje wdzięki. Druga, o 10 minut dłuższa, została wykastrowana ze wszelkiej nagości, do minimum skrócono również pożeranie przez Mellissę zakutego w kajdany mężczyzny. Na pociechę dodano poboczny wątek Cyganki Esmeraldy (Lina Romay), który jednak prowadzi donikąd. Znając metody pracy reżysera, należy przypuszczać, że istnieje również wersja XXX, na potrzeby której dokręcono kilka ostrych scen z udziałem dublerów - regularnych aktorów porno. Tak więc już pod względem czysto formalnym ten, jak wiele innych filmów Jessa Franco, ma w sobie coś z monstrum doktora Frankensteina.

Post scriptum dla ciekawskich, czyli kilka screenów z nieocenzurowanej wersji, dostępnej wyłącznie na starych kasetach video. Mimo koszmarnej jakości obrazu, robi ona znacznie większe wrażenie. Któż bowiem nie chciałby zobaczyć nagich niewolnic Cagliostro bądź przepięknej Britt Nichols nieśpiesznie zakładającej koszulę nocną (w wersji nr 2 przebiera się zanadto dyskretnie). Również najsłynniejsza sekwencja filmu prezentuje się zupełnie inaczej, gdy torturowani przez monstrum nie mają na sobie bielizny!

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0068559/