2 lutego 2009

Thriller (1983) - Danse Macabre z Michaelem Jacksonem

W pięknych okolicznościach przyrody Michael nieśmiało proponuje ślub swej dziewczynie, prześlicznej Oli Ray (Playmate Playboya z czerwca 1980 roku!). Ponieważ w momencie wydania płyty Thriller był jeszcze Jackson całkiem przystojnym młodzieńcem, jego oświadczyny zostają przyjęte. Nagle dzieje się coś strasznego! Oczy Michaela stają się nadnaturalnie czerwone, jego ubranie rozdziera się pod naporem pęczniejących mięśni, jego skóra porasta sierścią! Tak, wzrok nas nie myli! Michael zamienia się w wilkołaka, który gania piszczącą Olę po leśnych ostępach. Dopada ją wreszcie, rozwiera zębatą paszczę i...

Spokojnie, to tylko film, oglądany w kinie przez parę nastolatków (ponownie Jackson i Ray). Dziewczyna, nie gustująca w tego typu rozrywce, wychodzi zniesmaczona. Michael z ociąganiem podąża za nią. Odprowadzając Olę do domu, żartuje z jej strachliwości, śpiewając piosenkę Thriller. Popisy wokalne przerywa mu jednak pojawienie się stada przerażających, wygłodniałych zombie! Sytuacja jest naprawdę poważna: pusta ulica, znikąd pomocy, zombie zbliżają się...

Na domiar złego w żywego trupa przemienia się również sam Michael!!! Co ciekawe, fakt ten diametralnie zmienia zachowanie zombie. Na chwilę odkładają plan zjedzenia apetycznej Murzynki, by nauczyć się słynnego moondance, tańca o jakże odpowiedniej nazwie dla wszelakich stworzeń nocy! Nawet zaawansowany stan rozkładu nie przeszkadza truposzczakom w opanowaniu "księżycowych" ruchów. Jednak stepowanie w końcu się kończy i Ola z powrotem znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Któż zdoła ją uratować?!?

Cause this is thriller, thriller night
And no ones gonna save you from the beast about to strike
You know its thriller, thriller night
Youre fighting for your life inside a killer, thriller tonight

Prawdziwy majstersztyk. Niedościgły wzór dla wszystkich twórców teledysków. 13-minutowy musicalowy horror w reżyserii Johna Landisa (American Werewolf In London, 1981) poziomem i rozmachem realizacji bije na głowę większość parodiowanych przez siebie filmów. Efekty specjalne uznać należy za mistrzowskie, zwłaszcza wygląd zombie, aż nadto sugestywny jak na potrzeby parodii! Znany z płyty utwór został na potrzeby clipu odpowiednio zmiksowany. Michael na samym początku wyśpiewuje Oli wszystkie zwrotki, zaś refren pojawia się dopiero pod koniec. Najbardziej klimatyczny moment ilustrowany jest wspaniałym monologiem Vincenta Price, gwiazdy gotyckich horrorów i aktora o niepowtarzalnej barwie głosu:

Darkenss falls across the land
The midnite hour is close at hand

Creatures crawl in search of blood
To terrorize yawls neighbourhood

And whosoever shall be found

Without the soul for getting down

Must stand and face the hounds of hell

And rot inside a corpses shell

The foulest stench is in the air

The funk of forty thousand years

And grizzy ghouls from every tomb

Are closing in to seal your doom

And though you fight to stay alive

Your body starts to shiver

For no mere mortal can resist

The evil of the thriller

Cóż mogę dodać? Chyba tylko westchnienie żalu, że w dobie masowej konsumpcji nikt już się tak nie stara przy realizacji teledysków. Apeluję więc do wszystkich matek-Polek: Jeśli nie chcecie, by wasze dziecko do reszty przesiąkło komercyjną, hip-hopową papką, pokażcie mu zamiast dobranocki Thriller Michaela Jacksona. Będzie Wam wdzięczne do końca życia!

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0088263/

The Pumaman (1980) - Poczuj w sobie siłę pumy!

"Każdy człowiek jest Bogiem, każdy człowiek jest wolny!"

Taką to mantrę, skądinąd bardzo sympatyczną, powtarza w filmie The Pumaman aztecki kapłan Vadinho, jednak sam przebieg akcji wyraźnie jej przeczy. Weźmy takiego Tony'ego Farmsa (Walter George Alton). Chciał być tylko zwyczajnym profesorem (bądź profesorem zwyczajnym). Tymczasem wyrokiem losu stał się superherosem, na którego barkach spoczywa dobro całego świata. Pogromcą wszelkiego zła, obrońcą uciśnionych. Jednym słowem, Człowiekiem Pumą!

Farms odkrył swe prawdziwe powołanie rychło w czas, ziemi zagraża bowiem olbrzymie niebezpieczeństwo. Oto szalony naukowiec, złowieszczy Kobras (Donald Pleasence), dostał w swe ręce Złotą Maskę. W nieodpowiednich rękach ów święty aztecki relikt może stać się śmiertelnie groźny. Każdy, kto go założy, posiądzie moc narzucania swojej woli innym. Świadomy możliwości Maski Kobras wiąże z nią wielkie plany: zamierza podbić świat! Złoczyńcy sen z powiek spędza jednak stara aztecka przepowiednia, głosząca: "Ktokolwiek naruszy spokój Złotej Maski, tego spotka śmierć z ręki potomka Bogów, Człowieka Pumy!".

Rezolutny Kobras nie zamierza czekać, aż dopadnie go Człowiek Puma. Postanawia wyeliminować wszystkich potencjalnych kandydatów do tego tytułu. Kto się kwalifikuje? Tego niestety film nam nie wyjaśnia ani w tym momencie, ani później. Pozostaje nam zaufać instynktowi Kobrasa, który najwyraźniej wie najlepiej, udowadniając tym samym, że należy mu się tytuł Geniusza Zła. Siepacze Kobrasa rozpoczynają akcję wyrzucania młodych mężczyzn przez okna. Jeśli jakiemuś uda się przeżyć, bez wątpienia będzie to Człowiek Puma!

Gdy zaczyna się ta masowa defenestracja, Tony Farms nie jest jeszcze świadomy swojego daru. Zanadto zajmuje go błyskotliwa kariera na uniwersytecie: pomimo wyraźnie młodego wieku może się już pochwalić poważnym tytułem naukowym. Lecz nie profesura jest jego przeznaczeniem, a peleryna superbohatera. Uświadamia mu to aztecki kapłan Vadinho (Miguel Ángel Fuentes, aktor o charakterystycznych indiańskich rysach, najlepiej znany z Fitzcarraldo Wernera Herzoga). Co ciekawe, stosuje tę samą technikę, co zbiry Kobrasa: na "dzień dobry" wyrzuca naszego bohatera przez okno. Widocznie jest to jedyny sposób na weryfikację personaliów Człowieka Pumy. Tony przechodzi ją bezbłędnie, wzbijając się do lotu. Wkrótce wychodzą na jaw inne jego umiejętności, np. nadludzka siła w kończynach, telekineza i teleportacja.

Bohater nie jest tym wszystkim zachwycony. I nic dziwnego. Każde dziecko wie, że "wielka moc to wielka odpowiedzialność", tymczasem nasz profesor wolałby posiedzieć w bibliotece, a wieczorami zapraszać na randki uroczą Jane Dobson (Sydne Rome). Paradoksalnie, to właśnie ze względu na nią Tony przezwycięża swe wątpliwości. Piękna Jane wpadła w oko również Kobrasowi, który zmanipulował jej wolę za pomocą Maski. Farms i Vadinho śpieszą niewiaście na ratunek! Zanim dojdzie do pierwszej konfrontacji z Kobrasem, kapłan ofiarowuje Tony'emu magiczny pas, który zmienia strój bohatera na bardziej odpowiedni. Powiewająca na wietrze peleryna, obcisłe rajtuzy i złote logo na piersi - tak właśnie każdy szanujący się Człowiek Puma wyglądać powinien. A czy jego supermoce i superstrój wystarczą, by pokrzyżować plany diabolicznie inteligentnego megalomana, będącego w posiadaniu Złotej Maski?!?

W miarę rozwoju akcji robi się jeszcze ciekawiej, jednak w tym miejscu powinniśmy zaprzestać streszczania. A nuż powyższy opis zachęci kogoś po sięgnięcia po tę mało znaną produkcję? Nie psujmy przyjemności potencjalnym widzom. Co więcej, powstrzymamy też naturalne ciągoty do wytykania filmowi wad. Nie tym razem! Stwierdzenie, że Człowiek Puma to film zły, jest przecież czystym truizmem. Właściwie już od momentu powstania przynależał do kategorii "so bad it's good". Produkcji niemiłosiernie kiepskich, do których wraca się jednak wielokrotnie, niczym do najzabawniejszych komedii. Dla specyficznego grona odbiorców tytuły takie jak Pumaman czy Ninja Champion są prawdziwą gratką. Niskie oceny, jakie otrzymują w przeróżnych zestawieniach, tylko zachęcają amatorów, wytrwale poszukujących właśnie dzieł najgorszych z najgorszych. Oczywiście nie każdy nieudany twór kinematografii może liczyć na kultowy status. Chybiony film artystyczny ma tutaj raczej marne szanse (chyba że odznacza się monstrualnych rozmiarów pretensjonalnością). Natomiast rażąco kiepski film gatunkowy - western, horror, erotyk bądź sensacyjniak - a i owszem!

Pumaman należy jeszcze do innej kategorii, mianowicie adaptacji komiksów superbohaterskich. Pomysłodawcami idei współczesnych herosów są twórcy amerykańscy i nikogo nie powinien dziwić fakt, że epicentrum tego typu filmów jest Hollywood, dysponujące również najodpowiedniejszym dla nich budżetem. Fabryka Snów od kilkudziesięciu lat wyznacza standardy opowieści o superbohaterach, którym przynajmniej pod względem kosztowności produkcji bardzo trudno dorównać. Nie potrafią tego największe europejskie studia, a co dopiero mówić o rozmaitych lokalnych kinematografiach, które przecież również chciałyby mieć swojego herosa. Dysponujący minimalnym budżetem włoscy twórcy Pumaman byli na przegranej pozycji już na starcie. Przy świecącej w tym samym okresie triumfy drugiej części Supermana przygody Człowieka Pumy wyglądają wręcz na amatorski projekt fanowski (pomimo udziału samego Donalda Pleasence, pamiętnego Blofelda z Żyje się tylko dwa razy). Być może właśnie w tych kategoriach powinno się Pumę odbierać? Wszak dziełom amatorów przebacza się wiele, o ile z ich prac przebija entuzjazm. A akurat tego filmowi Alberto De Martino odmówić nie sposób. Wyraźnie widać, że wszyscy obecni na planie mieli niezły ubaw, bo czy przy tak absurdalnym scenariuszu da się zachować powagę? Szczerze wątpię, by koncept Człowieka Pumy przełknęli nawet Amerykanie, od dziecka wychowywani na przygodach ludzi-nietoperzy i ludzi-pająków.

Od zapomnienia Człowieka Pumę ocalił Mystery Science Theater 3000. Cieszący się w Ameryce kultowym statusem program zasłynął z wygrzebywania spod ziemi rozmaitych kiepskich filmów. Przyznam, że jego ogromna popularność nieco mnie dziwi. Formuła MST3K polega bowiem na oglądaniu danego filmu przez prowadzących, którzy bez wytchnienia komentują wszystko, co dzieje się na ekranie. Pomijając fakt, że ich uwagi nie są zanadto błyskotliwe, sama idea głośnych rozmów podczas seansu napawa mnie oburzeniem. Doprawdy, jeśli uznaję film za zabawny w swej nieporadności, mogę roześmiać się samodzielnie, nie potrzebuję do tego zachęty pod postacią "dowcipnych" komentarzy. Twórcy MSt3K najwyraźniej traktują amerykańskich widzów jak głupków, którzy bez ich pomocy mogliby pomylić Człowieka Pumę z Gwiezdnymi Wojnami.

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0081693/

31 stycznia 2009

Ninja Champion (1985) - Rozkosze recyclingu

Największa popularność ninja przypada na lata 80te. Dzięki upowszechnieniu odtwarzaczy VHS zamaskowani wojownicy zagościli w domach europejskich i amerykańskich miłośników kina akcji. Zapotrzebowanie na kolejne odsłony kina sztuk walki było tak duże, że wkrótce nie wystarczały nawet importowane w ogromnych ilościach produkcje azjatyckie. Zachodni aktorzy musieli pójść w ślady japońskich kolegów po fachu, przywdziewając twarzowe kostiumy ninja. Niektórzy, jak Michael Dudikoff (American Ninja, 1985), czuli się w nich całkiem dobrze. Inni radzili sobie ździebko gorzej, czego najlepszym przykładem Franco Nero, weteran spaghetti westernów, wyraźnie męczący się w zbyt obcisłym wdzianku (Wejście Ninja, 1981).

Regularnym dostawcą kolejnych eposów o ninjach stał się Godfrey Ho, reżyser z Hong Kongu. Na przestrzeni niecałych 10 lat wypuścił na rynek około 40 filmów o wiele mówiących tytułach: Ninja in the Killing Fields, Ninja Terminator, Ninja Masters of Death, Ninja Thunderbolt, The Ultimate Ninja, Ninja the Protector, The Ninja Squad, Ninja Fantasy... Tak imponujący dorobek stawia go na równi z najpracowitszymi reżyserami wszechczasów, Hiszpanem Jesusem Franco i Japończykiem Takashim Miikem. Zaś pod względem jednorodności stylistycznej Ho bije obu tych panów na głowę. Wszak Miike nie realizował wyłącznie filmów o yakuzie, a i Franco podejmował różne tematy (choć niezmiennie podszyte erotyką). Tymczasem twórcę z Hong Kongu interesowali tylko i wyłącznie ninja, nic więcej!

Wszystko pięknie, lecz obeznanym z filmowym rzemiosłem nasuwać się musi pytanie o jakość tak obficie płodzonych obrazów. Czy można zachować choćby przyzwoity poziom przy kręceniu np. 7 filmów rocznie? W przypadku Godfreya Ho pytanie okazuje się bezzasadne, a to ze względu na wyjątkowość stosowanej przezeń metody twórczej. Otóż Ho wykupywał z wytwórni Hong Kongu rozmaite nieukończone obrazy akcji, odpowiednio je montując i dubbingując na angielski. Od siebie dodawał wyłącznie parę sekwencji z udziałem ninja. Rzecz jasna pierwotna akcja filmów nie miała nic wspólnego z akrobacjami zamaskowanych wojowników, lecz od czego montaż i dubbing? Na tym zresztą nie koniec, gdyż nakręcone raz sceny walk potrafiły pojawić się w kilku kolejnych obrazach reżysera. Metoda zarazem ekonomiczna i całkowicie sprzeczna z etyką filmowca. Jednak czy mamy prawo oczekiwać jej od filmów produkowanych masowo na rynek video? Pomimo wszystkich swych niedostatków, dostarczały one odbiorcy dokładnie tego, czego oczekiwał.

"- Kto to jest? - Agent Interpolu. Bada tę sprawę. - Mam nadzieję, że odnajdę go jako pierwszy. Nigdy dotąd nie zabiłem agenta Interpolu. Hahahaha!"

Idealnym przykładem ukochanej przez Ho techniki "cut and paste" jest Ninja Champion (1985). Do sensacyjnego filmu z Hong Kongu, który mógłby być kolejnym pierwowzorem Kill Billa, dołączone zostały sekwencje z amerykańskimi aktorami w odpowiednich kostiumach. Tytułowym championem jest Donald (Bruce Baron), agent Interpolu, badający sprawę azjatyckich handlarzy narkotyków. W regularnych odstępach czasu ma on możliwość popisania się swoimi wyjątkowymi umiejętnościami, musi bowiem stawić czoło wyszkolonym zabójcom, nasłanym przez swojego śmiertelnego wroga, Maurycego. Podczas gdy na amerykańskiej ziemi Donald dzielnie pokonuje kolejnych przeciwników, właściwa akcja rozwija się w Hong Kongu.

Piękna Rose zostaje brutalnie zgwałcona w lesie przez trzech mężczyzn w maskach. W wyniku odniesionych obrażeń trafia na oddział intensywnej terapii. Dzięki wyjątkowej determinacji udaje jej się przeżyć i po wyjściu ze szpitala planuje zemstę. Pomimo środków ostrożności, jakie podjęli napastnicy, dziewczyna nie ma żadnych problemów z ich zlokalizowaniem. Tajemnicę wyjaśnia pojawiający się później dialog:
"- Jedna rzecz mnie zastanawia. Jak ona może być taka pewna, że to właśnie ta trójka ją zgwałciła, skoro wszyscy byli zamaskowani? - To kobieca intuicja. Pamiętasz, co mówił o niej nasz trener? Jest jak wewnętrzny głos: 'Nieważne, co mówi prawo. Jestem przekonana, że to ci faceci, którzy mnie zgwałcili. Teraz muszę się zemścić!' To bez znaczenia, że byli w przebraniu. Ona ich nie zapomni!"

Bohaterka bardzo szybko idzie za swym wewnętrznym głosem. Inteligencją i sex-appealem zwabia w śmiertelną pułapkę pierwszego bandziora. Choć jest to mistrz boksu światowej sławy, w konfrontacji z Rose nie ma żadnych szans:
"- Ach, pali mnie! To wino musiało być zatrute! - Nie wino, a moje sutki, ty kretynie!"

Drań nr 2 ginie w mniej wyrafinowany, lecz o wiele krwawszy sposób. W jego zejściu ze świata niepoślednią rolę odgrywają wysokie obcasy. Zresztą w rękach pragnącej zemsty kobiety każdy, nawet najbardziej niewinny przedmiot staje się śmiertelną bronią. Choć Rose nie jest ninją z tytułu, zaradności odmówić jej nie sposób. Niestety, trzeci łajdak okazuje się sprytniejszy i rani dziewczynę nożem. Czy uda jej się ujść z życiem, by dopełnić zemsty?

"- Myśleliście, że wy idioci możecie mnie przechytrzyć? Jeśli tak, to musicie się nauczyć kilku rzeczy. Przede wszystkim, że nie tak łatwo mnie zabić i to się nie zmieni. Nie ważne co zrobicie, będę od was sprytniejsza! Po drugie, że ludzie tacy jak wy muszą zostać ukarani, zanim pójdą do piekła. Zgwałciliście mnie i zachowaliście się w okrutny i odrażający sposób, lecz ja wyrównam rachunki. A wiecie jak? Wyślę was do piekła w towarzystwie tych stworzeń, które najbardziej was przerażają. Tak, wy zdeprawowane łajdaki! Jakąż przyjemność sprawi mi widok was, kąsanych przez jadowite węże! Legowisko węży będzie piekłem dla ciebie, Walter, i je właśnie ci przysyłam! "
Trzeba przyznać, że rozwiązanie fabularne, mimo całego swojego wydumania, robi wrażenie. Na dodatek to jeszcze nie koniec, bowiem po pierwszym finale, w którym wyjaśniają się losy bohaterki i jej prześladowców, czeka nas jeszcze następny, tym razem z Donaldem w roli głównej. Po serii konfrontacji ze złymi mistrzami ninja, które przez cały film uniemożliwiały mu przyjazd do Hong Kongu i udzielenie pomocy Rose (tak jest, tych dwoje nie spotyka się ani razu!), czeka go prawdziwe wyzwanie - pojedynek z Maurycym, nie bez kozery nazywanym Boss Ninja! W trakcie rozgrzewki przed ostateczną konfrontacją Maurycy wyjaśnia Donaldowi piękno swojego planu, w niewiarygodny wręcz sposób łączącego obydwa wątki filmu (zdradzę jedynie, że to właśnie on nakazał zgwałcić Rose). Jak dobrze, że wreszcie wszystko się wyjaśniło! Pozostaje nam tylko podziwiać finałową walkę, mającą miejsce w dość nietypowej lokalizacji: na placu zabaw.

Grono odbiorców filmów Godfreya Ho jest dość wyraźnie określone. Obok najzagorzalszych fanatyków kina kopanego będą to ci wszyscy, którzy potrafią cieszyć się z filmowej tandety. Właśnie dla nich Ninja Champion powinien okazać się prawdziwą ucztą.

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0081236/

Downtown - Die nackten Puppen der Unterwelt (1975) - Detektyw Jess Franco na tropie!

Ciekawostka z bogatego dorobku Mister Franco. "Downtown" (1975) to kryminał, w którym reżyser zagrał główną rolę. Wcielił się w Al Pereirę, prywatnego detektywa, którego prześladuje pech. Na zlecenie bogatej klientki wykonuje serię fotek przedstawiających jej męża in fligranti z kochanką. Gdy Al wywiązuje się z zadania, czeka go przykra niespodzianka. Śledzony osobnik zostaje zamordowany, a jego rzekoma małżonka znika. Al staje się głównym podejrzanym w sprawie o zabójstwo. Czy uda mu się oczyścić z zarzutów i rozwiązać kryminalną intrygę?


Streszczenie zapowiada klasycznie mroczny noir, tymczasem kręcony w słonecznym Puerto Rico film cechuje pogodny, zabawowy nastrój. To właściwie komedia z niezbyt rozgarniętym bohaterem, parającym się zupełnie nieodpowiednim dla siebie zawodem. Jesus Franco nie byłby sobą, gdyby nie wzbogacił akcji kilkoma gorącymi scenami. Jakże mogło być inaczej, skoro rolę femme fatale powierzył ponętnej i wiecznie niezaspokojonej Linie Romay? Zazwyczaj tylko dzielnie rejestrował jej miłosne igraszki kamerą filmową. Przy kręceniu "Downtown" zapewne już nie mógł wytrzymać i przyłączył się do zabawy. Jako aktor pojawiał się w swoich filmach dość często, lecz bardzo rzadko w roli głównej, zaś w scenach erotycznych jeszcze rzadziej. Z oczywistych względów - amantem jest raczej żadnym, a na golasa prezentuje się dość pociesznie. Być może dlatego poczekał z rozbierankami aż do realizacji komedii?


W drugiej połowie lat 70. Franco zaangażował się na całego we współpracę z niemieckim producentem Erwinem C. Dietrichem. Na tle typowych dla tego okresu obrazów z gatunku WIP (women in prison), humorystyczna eroteska prezentuje się wyjątkowo sympatycznie. Całkiem prawdopodobne, że "Downtown" było formą relaksu pomiędzy kolejnymi brutalnymi obrazami w stylu "Barbed Wire Dols" i "Women Behind Bars" (oba również z 1975 roku). Jak wszystkie filmy podpisane przez Franco, ten również daleki jest od perfekcji. Jednak jego bezpretensjonalny wdzięk pozwala przymknąć oczy na pewne niedostatki. Zaś za sprawą z rzadka tylko odzianych Liny Romay i jej uroczej przyjaciółki Martine Stedil można się nie tylko pośmiać, ale i podniecić.

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0072904/

26 stycznia 2009

Titanic (1943) - Keine Panik auf Titanic

Sporo nakręcono filmów o pierwszym (i zarazem ostatnim) rejsie Titanica, lecz ten jest inny niż pozostałe. Jego oryginalność wiąże się z krajem i datą produkcji: Niemcy, 1943. W państwie totalitarnym i w okresie największej mobilizacji całego narodu kino nie mogło pozostać obojętne i nawet tak "egzotyczny" temat jak brytyjska tragedia z 1912 roku zawierać musiał potężną dawkę propagandy. Jak dużą? Intrygowało mnie to od momentu, w którym o filmie usłyszałem. Wreszcie, po kilku ładnych latach, mogłem się o tym przekonać. Nie sprawdziły się moje najśmielsze przypuszczenia, tzn. zatonięcie statku nie okazało się efektem syjonistycznego spisku. Co więcej, w tej wersji historii pośród pasażerów statku nie ma ani jednego Żyda. Ten brak jest podejrzany. Nasuwa uzasadnione przypuszczenia, że na tym etapie wojny starano się wymazać naród żydowski nie tylko z oblicza ziemi, ale i z pamięci niemieckich obywateli. Niemniej lepsza ta całkowita absencja niż perfidna karykatura, z jakiej kinematografia III Rzeszy słynęła.

Nie, tym razem pod ostrze faszystowskiej propagandy dostali się Brytyjczycy. A konkretnie - arystokracja i finansjera, za nic mająca sobie prostego człowieka. Zgniłym burżujom procenty i profity przesłaniają nie tylko dobro ogółu, ale i zdrowy rozsądek. Najbardziej odrażającym brytyjskim snobem jest Sir Bruce Ismay, prezydent linii White Star, który za wszelką cenę chce pobić dotychczasowy rekord trasy UK-USA. Nakazuje więc kapitanowi maksymalną prędkość, ignorując ostrzeżenia o niebezpieczeństwie, grożącemu statkowi. Skutki tej nieostrożności dobrze znamy z innych filmów o Titanicu. Szalup ratowniczych było za mało, tysiące ludzi zostało skazanych na śmierć w głębinach morza i na niewiele zdało się bohaterstwo marynarzy, którzy próbowali ocalić, kogo się dało.

W niemieckiej wersji wśród ratowników na pierwszy plan wysuwa się jedna postać. Szlachetny pierwszy oficer, który jako pierwszy dostrzegł zagrożenie i z całych sił próbował mu zapobiec. Nikt go jednak nie słuchał, a potem było już za późno... Jest to figura nierozerwalnie związana z filmem katastroficznym. To na nim skupia się sympatia widza (choć kibicujemy również parze kochanków, która obowiązkowo musi się pojawić). Przestrogi bohatera muszą okazać się głosem wołającego na puszczy, inaczej nie byłoby filmu, lecz ma on szansę wykazania się już w trakcie katastrofy . Tak jest i tym razem. Pierwszy oficer rezygnuje z miejsca w szalupie, pomaga kalekom, ratuje od utonięcia małą dziewczynkę, itp. Na szczęście nie straszne mu również lodowate fale oceanu, dlatego też po zatonięciu statku bez problemu dostaje się wpław do najbliższej szalupy. Już w Anglii doprowadza do postawienia przed sądem Sir Bruce'a, faktycznego sprawcy całej tragedii.

Byłby to kolejny typowy szlachetny bohater, gdyby nie jego narodowość. Otóż jest on... Niemcem. Bohaterstwo i mądrość nie są w tym wypadku zaledwie rysem indywidualnym. Podobnie prawy i dzielny jak on jest cały naród niemiecki, cała aryjska rasa! Nie da się ukryć, że taki heros to dla propagandy skarb nie do przecenienia. Mniejsza o to, że musiał zostać wymyślony, gdyż w rzeczywistości nie istniał (Pierwszym oficerem na Titanicu nie był Niemiec Petersen, lecz Brytyjczyk William McMaster Murdoch). Historyczna akuratność to tylko detal, najważniejszy jest emocjonalny wpływ filmu na widza. Z jednej strony podbudowanego wzniosłym przykładem męstwa rodaka, a z drugiej oburzonego korupcją elit Wielkiej Brytanii. Film bowiem kończy się oskarżeniem angielskiego sądownictwa, które pomimo przytłaczających dowodów uniewinnia zbrodniarza Ismaya.

Patrząc z perspektywy czysto filmowej, jest to fachowy film katastroficzny, o bezbłędnej konstrukcji dramaturgicznej, zrealizowany sprawnie i z rozmachem. Spory nakład kosztów może robić wrażenie, zważywszy na to, że w trzecim roku wojny Niemcy miały również inne, bardziej priorytetowe wydatki. Jednak nie tylko Lenin, ale i Goebbels wiedział, że kino jest najważniejszą ze sztuk, dlatego obydwaj nie oszczędzali na propagandzie. Niestety tym właśnie, czyli antybrytyjskim paszkwilem, jest "Titanic" AD 1943. Mniejsze znaczenie ma fakt, że jest to również całkiem przyzwoity filmowy spektakl. Na zawsze już pozostanie okryty niesławą, skazany na "pokątne" oglądanie z DVD (importowanego), tudzież na specjalistycznych przeglądach. .

Link IMDb: http://www.imdb.com/title/tt0036443/